Nowe mieszkanie
Bożena i jej mąż wychowywali dwoje długo wyczekiwanych dzieci. Agnieszka i Przemysław przyszli na świat w 1984 roku. Różnili się wyglądem i temperamentem. Dziewczynka była nieco wyższa od brata, miała długie, ciemnoblond włosy i była bardziej energiczna. Przemek, jak nazywali go najbliżsi, miał krótkie, ciemne włosy i uchodził za spokojniejszego, bardziej rozważnego chłopca. Rodzeństwo spędzało ze sobą większość czasu i chętnie uczestniczyło we wspólnych zabawach. Rodzina mieszkała na drugim piętrze jednego z niskich bloków przy ulicy Białej Przemszy na sosnowieckim osiedlu Bór. Przeprowadzili się tam stosunkowo niedawno, dlatego dzieci dopiero poznawały najbliższą okolicę. Ich ojciec pracował jako kierowca, a matka zajmowała się codziennymi obowiązkami domowymi. W pobliżu znajdowały się inne budynki mieszkalne, niewielkie uliczki oraz tereny prowadzące w kierunku rzeki. Z kuchennego okna Bożena mogła obserwować wejście do klatki schodowej i część podwórka. Bliźnięta nosiły podobne ubrania i miały niemal identyczne buty. W sklepach końca lat 80. wybór dziecięcego obuwia był znacznie mniejszy niż obecnie, dlatego rodzice kupowali im te same modele. Rodzeństwo nie lubiło jednak zamieniać się butami i bardzo pilnowało, aby każde zakładało własną parę. Bożena znalazła prosty sposób na uniknięcie pomyłek. Na podeszwach obuwia córki narysowała długopisem kółka, natomiast buty syna oznaczyła znakami X. Dzieci nauczyły się rozpoznawać te oznaczenia i przed wyjściem z mieszkania sprawdzały, czy wszystko się zgadza.
W lany poniedziałek dzieci czekały przed blokiem na dziadków
27 marca 1989 roku przypadał Poniedziałek Wielkanocny. Pogoda była wyjątkowo przyjemna jak na początek wiosny. Na osiedlu Bór świeciło słońce, a mieszkańcy przygotowywali się do świątecznych spotkań z rodziną. Dla Agnieszki i Przemka była to pierwsza Wielkanoc spędzana w nowym mieszkaniu. Czteroipółletnie dzieci bardzo cieszyły się z możliwości zabawy na świeżym powietrzu, szczególnie iż tego dnia mogły korzystać z wielkanocnych zabawek służących do oblewania się wodą. Ojciec bliźniąt mimo święta musiał iść do pracy. Bożena została sama z dziećmi, przygotowując poczęstunek dla zapowiedzianych gości. Niedługo mieli przyjechać dziadkowie, na których Agnieszka i Przemek niecierpliwie czekali. Oboje zaczęli prosić mamę, aby pozwoliła im wyjść przed budynek. Kobieta początkowo nie chciała się zgodzić. Dzieci były jeszcze małe, a rodzina mieszkała w tej okolicy od niedawna. Ostatecznie ustąpiła, uznając, iż będzie mogła przez cały czas obserwować bliźnięta z okna. Około godziny 15.30 Agnieszka i Przemek wyszli z mieszkania. Mieli na sobie ubrania odpowiednie na wczesnowiosenną pogodę. Oboje nosili niebieskie ortalionowe kurtki z kapturami, brązowe czapki z daszkiem i zimowe kozaczki. Dziewczynka była ubrana w granatową spódniczkę, a chłopiec w jasne, beżowe spodnie. Dzieci znalazły się przed wejściem do klatki schodowej, gdzie zaczęły się bawić. Bożena widziała je przez kuchenne okno i mogła kontrolować, czy nie oddalają się od budynku.
Poszła przygotować herbatę
W pewnym momencie w kuchni zagotowała się woda. Bożena odeszła od okna, aby zająć się herbatą i przygotowaniami do przyjęcia gości. Nie zamierzała zostawiać dzieci bez nadzoru na dłużej. Była przekonana, iż bliźnięta pozostaną przed klatką schodową, gdzie jeszcze chwilę wcześniej się bawiły. Kiedy ponownie podeszła do okna, nie zobaczyła jednak ani córki, ani syna. Kobieta zaczęła wołać dzieci. Nikt nie odpowiedział. Natychmiast wybiegła z mieszkania i zaczęła sprawdzać najbliższe otoczenie bloku. Zaglądała w miejsca, do których dzieci mogły pobiec podczas zabawy i pytała napotkane osoby, czy nie widziały bliźniąt. Według późniejszych wspomnień matki, Agnieszka i Przemek pozostawali poza jej wzrokiem jedynie przez kilka minut. W części zachowanych materiałów policyjnych pojawia się jednak informacja o kilkunastu minutach. Nie udało się jednoznacznie ustalić, jak długo dzieci przebywały bez bezpośredniego nadzoru. Wiadomo natomiast, iż zniknęły bardzo szybko, a kobieta nie zauważyła chwili, w której oddaliły się od budynku. Do Bożeny zaczęły dołączać inne osoby, w tym również ojciec, który wrócił z pracy. Pomagali dziadkowie i sąsiedzi zaalarmowani wołaniem matki. Sprawdzano podwórka, okolice budynków oraz miejsca, w których mogły schować się maluchy. Nikt nie potrafił jednak powiedzieć, w którą stronę poszły ani czy ktoś widział je w towarzystwie osoby dorosłej.
Milicja wkracza do akcji
Jeszcze tego samego popołudnia o zaginięciu powiadomiono Komendę Miejską Milicji Obywatelskiej w Sosnowcu. Z zachowanych dokumentów wynika, iż zgłoszenie przyjęto o godzinie 15.39. Zawiadomienie złożyła osobiście matka bliźniąt. Ze względu na wiek dzieci funkcjonariusze potraktowali sprawę priorytetowo. Rozpoczęto organizowanie akcji poszukiwawczej, w której stopniowo uczestniczyło coraz więcej osób. Milicjanci sprawdzali klatki schodowe, piwnice, pobliskie ulice oraz tereny niezabudowane. W działania zaangażowano funkcjonariuszy różnych jednostek, w tym ZOMO, strażaków oraz członków Ochotniczych Hufców Pracy. Do poszukiwań wykorzystano również psy tropiące. Każdą informację przekazywaną przez mieszkańców starano się sprawdzić, ponieważ w pierwszych godzinach nie było wiadomo, czy dzieci zabłądziły, uległy wypadkowi, czy zostały przez kogoś zabrane. Szczególną uwagę skierowano na tereny położone nad Białą Przemszą. Rzeka przepływała kilkaset metrów od osiedla, na którym mieszkały bliźnięta. Jeden z psów tropiących doprowadził poszukiwaczy w okolice wody. Funkcjonariusze zaczęli więc sprawdzać, czy dzieci nie zeszły nad brzeg i nie wpadły do rzeki. Nie istniały jednak dowody potwierdzające taki przebieg wydarzeń. Równolegle analizowano możliwość, iż Agnieszka i Przemek oddalili się w zupełnie innym kierunku. Do akcji skierowano także śmigłowiec Mi-2 należący do Zespołu Lotnictwa Sanitarnego w Katowicach. Jego załoga obserwowała z powietrza tereny wzdłuż Białej i Czarnej Przemszy. Na rzekę wypłynęli ratownicy i płetwonurkowie, którzy sprawdzali trudno dostępne fragmenty koryta. Woda była silnie zanieczyszczona przez zakłady przemysłowe, co znacząco utrudniało prowadzenie poszukiwań. W wielu miejscach widoczność pod powierzchnią była niemal zerowa.
Zdjęcia bliźniąt trafiły do telewizji
28 marca 1989 roku milicjanci rozpoczęli intensywne przesłuchiwanie rodziców oraz osób, które mogły mieć wiedzę o zachowaniu dzieci. Próbowano ustalić, czy Agnieszka i Przemek mieli zwyczaj samodzielnie oddalać się z podwórka lub nawiązywać kontakt z obcymi ludźmi. Rodzina przekonywała, iż nie byli przyzwyczajeni do chodzenia po okolicy bez opieki. Nie przypuszczano również, aby dali się łatwo namówić na przejażdżkę samochodem, ponieważ sami mieli do niego dostęp i podróżowanie autem nie było dla nich szczególną atrakcją. Funkcjonariusze przygotowali szczegółowe rysopisy bliźniąt. Agnieszka mierzyła około 116 centymetrów wzrostu, a jej włosy w chwili zaginięcia były związane w kucyk. U nasady nosa miała charakterystyczny fioletowy ślad w kształcie krótkiej kreski. Przemek mierzył około 110 centymetrów i miał krótko przystrzyżone czarne włosy. Opisy ich wyglądu oraz ubioru przekazano lokalnym mediom. Przez trzy kolejne dni TVP Katowice emitowała komunikaty poszukiwawcze i apele rodziny. 29 marca wiadomości o zaginięciu dzieci nadawano również w dużych zakładach pracy. Informacje docierały do kolejnych mieszkańców Sosnowca i okolicznych miejscowości. Śledczy otrzymywali zgłoszenia od osób, które twierdziły, iż widziały dzieci podobne do poszukiwanego rodzeństwa. Część relacji okazywała się pomyłką, inne wymagały dalszego sprawdzenia. Jedna z kobiet opowiadała, iż podczas spaceru z własnym dzieckiem zauważyła w pobliżu rzeki chłopca i dziewczynkę. Początkowo nie zwróciła na nich większej uwagi, ponieważ była przekonana, iż znajdują się pod opieką dorosłych. Później próbowała odtworzyć ich wygląd i ubiór. Pojawiła się jednak istotna rozbieżność. Według jej relacji chłopiec miał niebieskie spodnie, podczas gdy w oficjalnym rysopisie Przemka wskazywano spodnie beżowe. Nie udało się więc potwierdzić, iż kobieta rzeczywiście widziała zaginione bliźnięta. Milicjanci sprawdzili również informację o starszym mężczyźnie zauważonym w okolicy z dwojgiem dzieci. Udało się go odnaleźć, ale podejrzenia gwałtownie wyjaśniono. Mężczyzna spacerował ze swoimi wnukami, które były w podobnym wieku i miały ubrania przypominające stroje Agnieszki i Przemka. Przedmiot niesiony przez niego pod pachą, mogący z daleka wywoływać dodatkowe podejrzenia, okazał się lalką. Poszukiwania trwały nieprzerwanie. Funkcjonariusze przeszukiwali lasy, ogródki działkowe, okolice torów kolejowych oraz tereny w pobliżu głównych dróg. Na rzekach kontrolowano miejsca, w których nurt mógł zatrzymywać niesione przedmioty. Do końca 30 marca nie znaleziono jednak ani dzieci, ani należących do nich ubrań czy zabawek, które pozwoliłyby ustalić kierunek ich oddalenia się od domu.
Odnaleziono ciało Przemka
31 marca 1989 roku, w piątek, milicja przygotowywała się do rozszerzenia poszukiwań Agnieszki i Przemka Bugnów na cały kraj. Zdjęcia bliźniąt miały zostać pokazane w ogólnopolskim "Dzienniku Telewizyjnym". Tego samego popołudnia, około godziny 17, w rejonie zalewu Dziećkowice w Mysłowicach zauważono ciało małego chłopca. Znajdowało się przy brzegu Przemszy, częściowo zanurzone w wodzie. Miejsce to było oddalone o około 20 kilometrów od rodzinnego mieszkania dzieci. Dwie godziny później zwłoki wydobyto z rzeki. Był to czteroipółletni Przemek, którego od czterech dni szukały służby i mieszkańcy Sosnowca. Ciało chłopca było mocno zabrudzone błotem i zanieczyszczeniami znajdującymi się w rzece. Pod koniec lat 80. Przemsza należała do najbardziej zanieczyszczonych cieków wodnych w regionie. Trafiały do niej ścieki przemysłowe i wody odprowadzane z okolicznych zakładów. Zwłoki przewieziono do prosektorium szpitala w Mysłowicach, gdzie miały zostać przeprowadzone czynności pozwalające ustalić przyczynę śmierci. W późniejszych publikacjach pojawiała się informacja o utonięciu, jednak pełna dokumentacja sekcji zwłok nie zachowała się w dostępnych aktach.
Odnalezienie Przemka było dla rodziców ogromnym ciosem. Jeszcze tego samego dnia trwały przecież przygotowania do ogólnopolskiej akcji poszukiwawczej, a rodzina liczyła, iż dzieci gdzieś przebywają i uda się sprowadzić je do domu. Teraz stało się jasne, iż ich syn nie żyje. Najbliżsi przez cały czas nie mieli jednak żadnej wiadomości o Agnieszce. Nie znaleziono jej w pobliżu miejsca, w którym leżał brat, ani nie uzyskano informacji pozwalających ustalić, czy rodzeństwo rozdzielono wcześniej.
Płetwonurkowie ponownie przeszukali rzekę
Po wydobyciu zwłok chłopca działania poszukiwawcze skoncentrowano na terenach nadrzecznych. Funkcjonariusze chcieli sprawdzić, czy dziewczynka również mogła znaleźć się w wodzie. Ponownie przeszukano odcinki Przemszy, brzegi oraz miejsca, w których nurt tworzył zatory. Płetwonurkowie kontrolowali również okolice zalewu Dziećkowice, chociaż sam zbiornik nie był bezpośrednio połączony z rzeką. Poszukiwania prowadzono na trasie sięgającej aż do ujścia Przemszy do Wisły w rejonie Oświęcimia. Warunki były wyjątkowo trudne. Na dnie zalegały śmieci, gałęzie i przedmioty wyrzucane przez okoliczne zakłady. W niektórych miejscach woda była niemal nieprzezroczysta. Rzeka nie miała również prostego koryta. Liczne zakręty, podwodne przeszkody i powalone drzewa mogły zatrzymywać rzeczy niesione przez nurt. Z tego powodu funkcjonariusze musieli bardzo dokładnie sprawdzać kolejne fragmenty rzeki, nie ograniczając się wyłącznie do miejsca odnalezienia Przemka. Jednym z analizowanych scenariuszy było przypadkowe wpadnięcie dzieci do wody. W tej wersji nurt mógł przemieścić ciało chłopca na znaczną odległość od miejsca wypadku. Nie natrafiono na jednak ba zwłoki Agnieszki, ani na należące do niej części garderoby. Po latach do warunków prowadzenia tamtych poszukiwań odniósł się Maciej Rokus, biegły sądowy i szef Specjalnej Grupy Płetwonurków RP. Rozmawiał z nurkami uczestniczącymi w działaniach z 1989 roku i analizował dawny przebieg rzeki przy pomocy specjalistów oraz map. Podkreślał, iż poszukiwania prowadzono bardzo starannie, mimo wyjątkowo trudnych warunków. Jego zdaniem, gdyby Agnieszka również znalazła się w wodzie, istniała znaczna szansa, iż ciało zatrzymałoby się na jednym z licznych zatorów i zostało odnalezione. Zastrzegał jednak, iż sam nie brał udziału w tamtej akcji i nie dysponował kompletem dokumentów.
Przemek miał but Agnieszki
Podczas przygotowywania ciała Przemka do pogrzebu Bożena Bugno zauważyła szczegół, którego znaczenia przez następne lata nie potrafiła wyjaśnić. Na jednej stopie chłopca znajdował się but należący do jego siostry. Kobieta rozpoznała go po oznaczeniu wykonanym wcześniej na podeszwie. Zamiast znaku X widniało na nim kółko, którym oznaczała obuwie Agnieszki. Matka była przekonana, iż dzieci nie zamieniły się butami przed wyjściem z mieszkania. Uważała więc, iż do zamiany musiało dojść później. Nie wiedziała jednak, kto mógł tego dokonać i w jakich okolicznościach. Ten szczegół miał szczególne znaczenie dla rodziny. o ile Przemek rzeczywiście wyszedł z domu we własnym obuwiu, a po śmierci miał na stopie but siostry, oznaczałoby to, iż między zaginięciem a odnalezieniem ciała doszło do zdarzenia, którego nie udało się odtworzyć. Dzieci mogły zamienić się butami podczas zabawy, ale nie można było wykluczyć także udziału osoby trzeciej. Żadna z tych możliwości nie została potwierdzona. Przemka pochowano na cmentarzu w Sosnowcu-Niwce. Rodzina mogła pożegnać chłopca, ale nie znała odpowiedzi na pytanie, dlaczego jego życie zakończyło się w tak tragicznych okolicznościach.
Świadkowie mówili o pomarańczowym fiacie
Wśród informacji analizowanych przez milicję znalazły się również relacje o samochodach widzianych w okolicy osiedla Bór. Jeden z tropów dotyczył pomarańczowego fiata, do którego miało wsiąść dwoje dzieci, odpowiadających wyglądem zaginionym bliźniętom. W innych relacjach pojawiał się duży fiat w kolorze czerwonym lub pomarańczowym, a także dwóch nieznajomych mężczyzn przebywających w samochodzie. Świadkowie nie przedstawiali jednak jednolitego opisu pojazdu, ani okoliczności zdarzenia. Funkcjonariusze próbowali ustalić, czy zgłoszenia rzeczywiście dotyczyły Agnieszki i Przemka. Musieli brać pod uwagę, iż 27 marca był dniem świątecznym, a na osiedlu pojawiały się samochody osób odwiedzających rodziny. Dodatkowo w końcu lat 80. fiaty należały do najczęściej spotykanych pojazdów na polskich drogach. Brak numerów rejestracyjnych i jednoznacznego opisu kierowców, utrudniał sprawdzenie napływających informacji. Hipoteza uprowadzenia zaczęła zyskiwać szczególne znaczenie dla rodziny po odnalezieniu zwłok chłopca. Rodzice nie wierzyli, iż tak małe dzieci mogły samodzielnie pokonać kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów. Rozważali, czy ktoś nie zabrał ich samochodem spod domu, a później nie rozdzielił rodzeństwa. W takiej wersji Przemek mógł znaleźć się w wodzie wskutek działania osoby dorosłej, podczas gdy Agnieszka zostałaby przewieziona w inne miejsce. Milicjanci nie zdobyli jednak dowodów potwierdzających taki przebieg wydarzeń. Nie zidentyfikowano kierowcy, nie odnaleziono pojazdu mogącego mieć bezpośredni związek ze sprawą i nie ustalono świadka samego momentu uprowadzenia. Pojawiające się opowieści o osobach porywających dzieci dodatkowo utrudniały oddzielanie wiarygodnych zgłoszeń od pogłosek. Pod koniec lat 80. krążyły przecież liczne historie o tak zwanych czarnych wołgach, wykorzystywane także do wyjaśniania innych niewyjaśnionych zaginięć.
Sprawa śmierci chłopca trafiła do prokuratury
Odnalezienie zwłok Przemka oznaczało konieczność przeprowadzenia odrębnych czynności prokuratorskich. Śledczy musieli ocenić, czy chłopiec zginął w wyniku nieszczęśliwego wypadku, czy jego śmierć mogła być skutkiem przestępstwa. Istotne znaczenie miały wyniki sekcji zwłok, oględziny miejsca odnalezienia ciała oraz ustalenia dotyczące przebiegu poszukiwań. Sprawdzano również, czy istnieją informacje wskazujące na udział osoby trzeciej. W ówczesnych realiach prowadzenie takiego postępowania było znacznie trudniejsze niż obecnie. Nie istniały powszechnie dostępne nagrania z monitoringu, a metody analizy śladów biologicznych nie dawały takich możliwości jak współczesne badania DNA. Nie było też możliwości szybkiego sprawdzania lokalizacji telefonów komórkowych. Większość ustaleń opierała się na zeznaniach, oględzinach i tradycyjnych metodach kryminalistycznych. Każda nieścisłość mogła mieć ogromne znaczenie, ponieważ materiał dowodowy pozostawał bardzo ograniczony. Przedstawiciele organów ścigania stanęli przed problemem dwóch odmiennych postępowań. Jedno dotyczyło wyjaśnienia śmierci odnalezionego chłopca, drugie poszukiwania jego siostry. Chociaż obie sprawy wynikały z tego samego zaginięcia, dalsze czynności prowadzono w różnych trybach.
27 czerwca 1989 roku, dokładnie trzy miesiące po zaginięciu bliźniąt, Prokuratura Rejonowa w Sosnowcu umorzyła postępowanie dotyczące śmierci Przemka z powodu braku znamion przestępstwa. Oznaczało to, iż na podstawie zebranego materiału nie stwierdzono podstaw do prowadzenia sprawy jako przestępstwa. Nie było to jednak równoznaczne z ustaleniem pełnego przebiegu wydarzeń, które doprowadziły do śmierci chłopca. Rodzina przez cały czas nie znała odpowiedzi na pytanie, jak Przemek znalazł się w rzece i co wydarzyło się z jego siostrą.
Zniknęły ważne dokumenty
Pod koniec maja 1996 roku, siedem lat po tragedii, dokumentacja prokuratorska dotycząca śmierci Przemka Bugno została zniszczona. Decyzję podjęto na podstawie zezwolenia wydanego przez Archiwum Państwowe w Katowicach. W tamtym czasie obowiązywały inne zasady przechowywania akt zakończonych postępowań. Nie oznacza to jednak, iż utrata dokumentów nie miała znaczenia dla późniejszych prób wyjaśnienia losów rodzeństwa. Zniknęły materiały, które mogłyby pomóc współczesnym śledczym w ponownej analizie sprawy. Wśród dokumentów, do których nie można już dotrzeć, znajduje się pełna dokumentacja postępowania prokuratorskiego. Nie udało się również odnaleźć kompletnego protokołu sekcji zwłok chłopca. To szczególnie istotne, ponieważ dokładne wyniki badań mogłyby pomóc ocenić, jak długo dziecko przebywało w wodzie, czy na jego ciele znajdowały się obrażenia oraz czy zachowały się inne ślady wymagające ponownego sprawdzenia. Dziś nie można już zweryfikować tych kwestii na podstawie pierwotnych dokumentów. Dodatkowe wątpliwości pojawiły się po ustaleniu, iż w repertorium Prokuratury Rejonowej w Sosnowcu z 1989 roku nie odnotowano odrębnej sprawy dotyczącej Agnieszki Bugno. Nie oznacza to, iż dziewczynki nie poszukiwano. W policyjnym archiwum zachowała się bowiem część dokumentacji związanej z jej zaginięciem. Wynika z tego jednak, iż postępowanie dotyczące śmierci chłopca i poszukiwania jego siostry nie pozostawiły po sobie jednej kompletnej dokumentacji, którą można byłoby po latach przeanalizować.
Po latach sprawą zajęła się dziennikarka Marta Ludwiczek, która przygotowała obszerny reportaż opublikowany w 2025 roku w "Newsweeku Kryminalnym". Podczas pracy analizowała zachowane materiały policyjne, dawne wydania lokalnej prasy oraz relacje osób mających wiedzę o poszukiwaniach. Skontaktowała się również z Prokuraturą Rejonową Sosnowiec-Południe, prosząc o odnalezienie archiwalnych akt i wyników badań sądowo-lekarskich. Odpowiedź prokuratury potwierdziła, iż dokumenty zniszczono w 1996 roku. Dziennikarka próbowała ustalić, dlaczego zdecydowano się na to tak szybko, skoro zaginięcie Agnieszki przez cały czas pozostawało niewyjaśnione. Zwracała uwagę, iż obie sprawy były ze sobą bezpośrednio związane, a materiał dotyczący śmierci jednego dziecka mógł mieć znaczenie dla ustalenia losów drugiego. Nie udało się jednak uzyskać wszystkich odpowiedzi dotyczących powodów archiwalnej decyzji. Podczas przygotowywania reportażu próbowała również dotrzeć do dziennikarzy opisujących poszukiwania w 1989 roku. Większość osób z dawnego zespołu redakcyjnego już nie żyła. Jedyna żyjąca dziennikarka, która pamiętała tamte wydarzenia, z powodu choroby utraciła pamięć. Nie mogła więc opowiedzieć o informacjach, które mogły nie trafić do publikowanych wówczas artykułów. Dla współczesnych badaczy sprawy oznaczało to kolejną utratę potencjalnie cennego źródła wiedzy.
Matka nie przestała szukać córki
Bożena Bugno przez następne lata starała się odnaleźć jakiekolwiek informacje dotyczące córki. Nie potrafiła pogodzić się z myślą, iż los Agnieszki może pozostać nieznany. W przeciwieństwie do śmierci Przemka, której tragiczny finał potwierdzono, w przypadku dziewczynki nie było żadnego rozstrzygającego dowodu pozwalającego stwierdzić, czy żyje. Rodzice nie otrzymali wiadomości, która pozwoliłaby im jednoznacznie zakończyć poszukiwania. Kilka lat po zaginięciu bliźniąt w rodzinie przyszły na świat kolejne dzieci. Wychowywały się już w domu naznaczonym historią starszego rodzeństwa. Dla Bożeny i jej męża oznaczało to konieczność łączenia codziennych obowiązków rodzicielskich z niepewnością dotyczącą wydarzeń z 1989 roku. Jedną z rozważanych możliwości było uprowadzenie Agnieszki i wychowywanie jej przez obcych ludzi pod innym nazwiskiem. W takim scenariuszu dziewczynka mogłaby nie znać swojego prawdziwego pochodzenia, szczególnie gdyby od najmłodszych lat przekazywano jej nieprawdziwe informacje o rodzinie.
W poszukiwania dziewczynki zaangażowała się również Fundacja ITAKA - Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych. Organizacja opublikowała jej dane oraz fotografię z dzieciństwa. Przygotowano także progresję wiekową, czyli komputerowo opracowany wizerunek przedstawiający, jak Agnieszka mogłaby wyglądać po wielu latach. Wśród informacji identyfikacyjnych szczególne znaczenie ma charakterystyczna blizna na prawej dłoni Agnieszki, poniżej małego palca. Powstała ona po urazie wymagającym szycia. W przeciwieństwie do koloru włosów, fryzury czy rysów twarzy, które mogły zmienić się w ciągu kilkudziesięciu lat, taki znak może przez cały czas pozostawać widoczny. To jedna z nielicznych cech opisanych w materiałach poszukiwawczych, która mogłaby pomóc w identyfikacji dorosłej kobiety.

Policja zabiera głos
W 2025 roku zaginięciem zainteresowały się kolejne redakcje. Dziennikarze kontaktowali się z Komendą Miejską Policji w Sosnowcu, pytając o zachowane ustalenia i możliwość wyjaśnienia sprawy po tak długim czasie. Rzeczniczka komendy, podkomisarz Katarzyna Cypel-Dąbrowska, potwierdziła, iż w archiwalnych materiałach analizowano różne wersje wydarzeń. Podkreśliła również, iż żaden ze zgromadzonych wówczas tropów nie pozwolił potwierdzić uprowadzenia dzieci. 9 października 2025 roku sprawę opisała ponownie dziennikarka Anna Malinowska na łamach "Gazety Wyborczej". W listopadzie kolejny materiał opublikował „Fakt”, którego reporterka rozmawiała z matką bliźniąt. Bożena Bugno przyznała, iż nie ma już siły wracać do tamtych wydarzeń. Mimo upływu 36 lat wspomnienia pozostawały dla niej zbyt bolesne. Nie chciała ponownie szczegółowo opowiadać o tragedii, która odcisnęła piętno na całym życiu rodziny.
27 marca 2026 roku minęło 37 lat od dnia, w którym Agnieszka Bugno zniknęła. 20 maja 2026 roku historia rodzeństwa została ponownie przypomniana w podcaście "Kryminalne Szepty". Jego twórca przedstawił zachowane informacje i niewyjaśnione okoliczności zaginięcia, zwracając uwagę na ogromne znaczenie dawnych dokumentów oraz relacji świadków. Agnieszka przez cały czas figuruje w materiałach Fundacji ITAKA jako osoba zaginiona. Każdy, kto posiada wiarygodną informację o losie dziewczynki, może skontaktować się z Fundacją ITAKA pod numerem 116 000 lub adresem [email protected]. Organizacja zapewnia dyskrecję osobom przekazującym informacje.
Źródła:
https://zaginieni.pl/sprawa-agnieszki-bugno/
https://sosnowiec.wyborcza.pl/sosnowiec/7,93867,32313399,zaginiona-agnieszka-bugno-z-sosnowca-niewyjasniony-dramat-sprzed.html
https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,23080037,znaleziono-cialo-przemka-a-po-agnieszce-slad-zaginal-rodzina.html
https://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/matka-spuscila-ich-z-oczu-na-kilka-minut-tajemnicze-zaginiecie-blizniat/q2r6z5h
https://dziennikzachodni.pl/tag/zaginiona-agnieszka-bugno
https://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/slask/zaginiecie-blizniat-w-sosnowcu-przemek-nie-zyje-agnieszka-zniknela-bez-sladu/dvw8jfc
https://youtu.be/gCknQSuc4bU?is=SMidnJkPBfPSBPJO












