MĄŻ CENNIEJSZY NIŻ GORYCZ OBRAZ
Tomek, to była ostatnia kropla! To koniec, rozwodzimy się! Nie klękaj tym razem, jak zawsze, to i tak nie pomoże! postawiłam ostateczny kres naszemu małżeństwu.
Tomek oczywiście nie uwierzył. Był przekonany, iż znów pójdzie to według starego scenariusza: padnie na kolana, zacznie przepraszać, kupi nowy pierścionek i ja wszystko wybaczę. Tak bywało nieraz. Ale tym razem postanowiłam naprawdę zakończyć nasze wspólne życie. Palce, do samych małych palców, miałam już zastawione pierścionkami, a życia w tym nie było. Tomek pił coraz więcej i coraz ciężej.
A wszystko zaczęło się przecież tak romantycznie
Mój pierwszy mąż, Mirek, zaginął bez śladu. Były to lata dziewięćdziesiąte, czas pełen niepokoju i niepewności. Mirek nie był człowiekiem łatwym w obyciu. Sam wpychał się w kłopoty. Jak to mówią, oczy miał jak orzeł, ale skrzydła jak komar. jeżeli coś nie było po jego myśli, zaczynał się taniec wokół własnej osi. Jestem przekonana, iż Mirek skończył w jakieś ciemnej sprawie. Nigdy nie otrzymałam od niego żadnej wieści. Zostałam sama z dwoma córkami Zosią, wtedy pięcioletnią, i Marysią, ledwie dwuletnią. Minęło pięć lat od jego tajemniczego zniknięcia.
Przez wiele miesięcy myślałam, iż oszaleję. Bardzo kochałam Mirka, choćby mimo jego wybuchowego temperamentu. Byliśmy nierozłączni, stanowiliśmy jedność. Uważałam, iż życie dla mnie się skończyło, postanowiłam poświęcić się wychowaniu dziewczynek. Zrezygnowałam z własnych potrzeb. Ale los chciał inaczej
Ciężko mi było w tamtych czasach. Pracowałam w fabryce i dostawałam wypłatę w żelazkach. Trzeba je było sprzedawać, by kupić jedzenie. W weekendy zajmowałam się właśnie tym. Pewnej zimy, już cała zsiniała z zimna na łódzkim targu, podszedł do mnie mężczyzna, któremu zrobiło się mnie żal.
Zmarzła pani? zapytał ostrożnie nieznajomy.
Jak pan to zauważył? próbowałam żartować, choć nie czułam już palców. Ale od jego głosu biło jakieś ciepło.
adekwatnie to głupio powiedziałem… Może ogrzejemy się w kawiarni? Pomogę ponieść pani te żelazka.
Chętnie, bo inaczej chyba tu zamarznę wymamrotałam.
Do żadnej kawiarni nie poszliśmy. Zaprowadziłam go blisko swojego bloku, poprosiłam, by poczekał przy klatce i przypilnował torby. Musiałam zabrać dzieci z przedszkola. gwałtownie pobiegłam, nogi zesztywniałe z zimna, ale dusza już rozgrzana cudzym dobrem. Wracając z maluchami, z daleka zobaczyłam Tomka (tak się przedstawił). Palił i kręcił się z nogi na nogę. Pomyślałam: Zaproponuję herbatę, a potem zobaczymy, co los przyniesie.
Tomek pomógł mi wnieść torbę na szóste piętro windą, rzecz jasna, nie dało się jechać. Kiedy już z dziećmi doczłapałam na trzecie, on schodził z góry.
Proszę zostać, mój wybawco. Nie puszczę Pana, dopóki nie napoję gorącą herbatą! chwyciłam go zimną dłonią za rękaw kurtki.
No nie wiem… Nie będę przeszkadzał? zerkał na dzieci.
Ależ skąd! Proszę, niech Pan złapie dziewczynki za rączki, a ja pobiegnę zaparzyć herbatę beztrosko się roześmiałam.
Nie chciałam tracić kontaktu z tym człowiekiem. gwałtownie stał się mi bliski. Przy herbacie Tomek zaproponował, żebym została jego pomocnicą. Zaproponował pensję wyższą niż cała moja roczna wypłata z fabryki żelazek.
Naturalnie kiwnęłam głową na zgodę, w duchu mając ochotę ucałować mu ręce za taką szansę.
Tomek miał za sobą już drugie małżeństwo i był w trakcie rozwodu. Z poprzednią żoną miał syna.
Wszystko nabrało tempa…
Wkrótce się pobraliśmy. Tomek przysposobił moje dziewczynki. Przeprowadziliśmy się do nowego, czteropokojowego mieszkania, które urządziliśmy eleganckimi meblami i sprzętem. Potem wybudowaliśmy domek letniskowy. Każdego roku obowiązkowo wyjeżdżaliśmy nad Bałtyk. Życie było jak bajka
Minęło siedem lat nieskalanego szczęścia. Być może, gdy Tomek osiągnął już wszystko, co mógł, coraz częściej sięgał po alkohol. Na początku przymykałam na to oko wiedziałam, iż mąż ciężko pracuje, musi się jakoś odprężyć. Ale kiedy zaczął nadużywać choćby w pracy, zrobiłam się czujna. Prośby i rozmowy nie pomagały.
Muszę dodać, iż zawsze byłam odważną duszą. Żeby odciągnąć Tomka od butelki, postanowiłam urodzić mu dziecko. Miałam już trzydzieści dziewięć lat, wszystkie koleżanki nie były choćby zaskoczone moim planem.
No to dawaj, Irenka, może i my spróbujemy w czterdziestce zostać mamami śmiały się.
A ja zawsze powtarzałam:
jeżeli pozbędziecie się nieplanowanego dziecka, będziecie żałować całe życie. Ale jeżeli je urodzicie, nigdy nie pożałujecie.
Urodziły się nam bliźniaczki. Wychowywaliśmy więc cztery córki! Tomek jednak nie przestał pić. Znosiłam to długo, aż zatęskniłam za spokojem na wsi, marzyłam o gospodarstwie i zwierzętach. Dzieci by na zdrowiu zyskały, a i Tomek może nie miałby czasu w alkohol.
Sprzedaliśmy mieszkanie i letnisko. Kupiliśmy dom w małej miejscowości pod Piotrkowem. Otworzyliśmy stylową kawiarnię. Tomek został zapalonym myśliwym. Kupił strzelbę, cały ekwipunek; zwierzyny w lasach nie brakowało.
Wszystko szło znośnie, aż do kolejnego pijaństwa. Nie wiem, co wtedy pił, ale przemienił się w bestię! Tłukł talerze, wywracał meble, w końcu sięgnął po strzelbę i strzelił w sufit!
Z dziećmi pobiegłam do sąsiadów, szukając schronienia. To był koszmar.
Rankiem wszystko ucichło. Skrycie wróciłyśmy do domu. Widok był nie do opisania. Szkoda, iż dzieci musiały na to patrzeć wszystko stłuczone, połamane. Nie było choćby na czym usiąść, z czego jeść, na czym spać. Tomek spał jak nieżywy na podłodze.
Spakowałam, co ocalało, i razem z córkami poszłyśmy do mamy. Mieszkała w tej samej miejscowości. Mama lamentowała:
Oj, Irenka, co ja mam począć z tą twoją gromadką? Wróć do męża. W każdej rodzinie bywa różnie. Jak się zmieli ziarno, będzie mąka.
Mama zawsze powtarzała, iż lepszy mąż, choćby sprawiał kłopoty, byle był przystojny.
Po kilku dniach przyszedł Tomek. Wtedy właśnie postawiłam mu nieodwołalne warunki i zakończyłam nasze małżeństwo. Tomek nie pamiętał niczego z tamtej nocy. Żadna moja opowieść nie przekonała go. Ale mnie to już nie obchodziło. Wszystko zerwałam. Spaliłam za sobą mosty.
Jak miałam dalej żyć, nie wiedziałam. Ale wolałam żyć biednie, niż zostać zabitą przez pijanego męża.
Musiałam sprzedać kawiarnię za grosze, bo chciałam jak najszybciej z dziećmi uciec z tej miejscowości. Zamieszkałyśmy w małej chałupce w sąsiedniej wsi.
Starsze córki poszły do pracy. Wkrótce, na szczęście, wyszły za mąż.
Bliźniaczki chodziły do piątej klasy. Wszystkie dziewczyny kochały tatę Tomka i utrzymywały z nim kontakt. Wiedziałam więc o nim z drugiej ręki. Tomek przez nie błagał mnie o powrót. Córki też przekonywały: Mamo, przestań się upierać. Tato już sto razy przeprosił! Pomyśl o sobie nie masz już dwudziestu pięciu lat. Ale byłam nieugięta. Chciałam życia spokojnego, bez dramatów i burz.
Minęły dwa lata.
Zaczęło mi brakować Tomka. Doskwierała samotność. Wszystkie pierścionki zakupione przez męża oddałam do lombardu. Nie stać mnie było na ich wykupienie. Smutno mi było. Wspominałam dawne życie. W naszym domu była miłość. W gruncie rzeczy Tomek kochał wszystkie córki tak samo, żałował mnie, zawsze potrafił przeprosić. Byliśmy, mimo wszystko, wzorową rodziną. Każdy ma swoje szczęście cudze nie będzie twoje. Czego jeszcze szukać?
Starsze córki tylko dzwoniły, nie przychodziły młodzi, nie mają czasu. Za jakiś czas i moje bliźniaczki wyfruną z domu, a ja zostanę sama jak palec. Dziewczyny, jak gąski opierzą się i rozlecą.
Namówiłam bliźniaczki, by wybadały tatę, jak mu się wiedzie. Może ma już kogoś? Dziewczyny wszystko wybadały. Okazało się, iż Tomek mieszka i pracuje w innym mieście w Gdańsku. Nie pije już w ogóle. Nikogo sobie nie znalazł, jest sam. Zostawił im dokładny adres na wszelki wypadek
Jednym słowem, jesteśmy razem już piąty rok.
Zawsze mówiłam, iż jestem duszą do przygódCzasami, wieczorami, siedzimy razem przy stole w kuchnija, Tomek i któraś z naszych córek w odwiedzinach. Ciszę przełamuje parsknięcie śmiechu albo tupot dziecięcych stópek wnucząt, które już zaczęły pojawiać się w naszym życiu. Tomek nalewa mi herbaty, patrzymy sobie w oczy i już nie musimy nic mówić. On jest innym człowiekiem, a ja nauczyłam się od nowa ufać.
Wiem teraz, iż miłość nie jest pasmem niekończącej się euforii. Czasem smakuje jak popiół, czasem jak miód. Rozczarowania i blizny nie znikają, ale z czasem można je pogodzić z euforią bycia razem. Nie trzymam się już dawnych pierścionków ani smutkówwolę żyć chwilą, tym, co codzienne i zwyczajne. Często myślę o słowach mamy: Jak się zmieli ziarno, będzie mąka. Przetrwaliśmy, przetrawiliśmy gorycz, a wyrosło z niej coś cenniejszego niż nowy początekpokój. Ostatecznie, nie sztuką jest zacząć, ale wytrwać.
Z każdym dniem mniej się boję jutra, a bardziej cenię to, co mamrodzinę, poranny śmiech Tomka, cień jego dłoni na mojej. I wreszcie umiem powiedzieć: nie żałuję niczego.





