Mąż porównał mnie do żony przyjaciela przy stole i dostał miskę sałatki na kolana

newsempire24.com 10 godzin temu

Znowu ten serwis wyciągnęłaś? Przecież prosiłem o ten ze złotą obwódką, co mama podarowała nam na jubileusz. Wygląda bardziej elegancko skrzywił się Wiktor, przyglądając się talerzowi, który Halina właśnie postawiła na śnieżnobiałym obrusie.

Halina zamarła na moment, z pęczkiem natki w ręku. Miała ochotę odpysknąć, powiedzieć, iż serwisu ze złotem nie wolno myć w zmywarce, a stać nocą przy zlewie po odejściu gości zupełnie jej się nie widzi. Jednak się powstrzymała. To przecież pięćdziesiąte urodziny Wiktora, jubileusz, nie chciała psuć nastroju od progu.

Wiciu, tamten serwis jest na dwanaście osób, a będzie nas tylko czworo. Poza tym te talerze są głębsze, lepiej się nadają do pieczeni odparła spokojnie, układając gałązki pietruszki na galarecie. Lepiej sprawdź, czy wódka się dobrze schłodziła. Stefan z Elżbietą powinni zaraz być.

Wiktor mruknął coś pod nosem i powlókł się do lodówki. Halina popatrzyła mu na plecy i westchnęła ciężko. Cały tydzień żyła w biegu, walcząc z kwartalnymi rozliczeniami w biurze rachunkowym i nocami szykując uroczystość. Wiktor uparł się, iż nie chce żadnej restauracji: Nikt nie gotuje lepiej od ciebie, Halinko. Po co przepłacać za lokal?

Miło, gdy mąż chwali, ale za tymi słowami kryło się zwyczajne oszczędzanie i niechęć widzenia rachunków z knajpy. Trzy wieczory z rzędu po pracy Halina marynowała mięso, gotowała warzywa, wypiekała biszkopty na tort orzechowy i rolady z bakłażana ulubiony przysmak jubilata. Nogi bolały, plecy rwały, na porządny manicure zabrakło czasu, musiała pomalować paznokcie bezbarwnie.

Dzwonek do drzwi wyrwał ją z zamyślenia.

Idę! zawołał Wiktor, od razu przybierając gościnny wyraz twarzy. Grymas znikał, pojawiał się szeroki gospodarski uśmiech.

Do przedpokoju wręcz wpłynęła Elżbieta. Inaczej nie da się powiedzieć. Żona Stefana, najlepszego przyjaciela Wiktora, zawsze wyglądała jak z okładki. Smukła, zadbana, w beżowej, eleganckiej sukience, idealnie dopasowanej. W ręku miała małą torebkę z ekskluzywnego butiku. Za nią szedł Stefan, obładowany prezentami i butelkami.

Halinko, kochanie! Elżbieta cmoknęła ją w policzek, zostawiając za sobą woń drogich perfum. Jak tu pachnie! Znów dokonałaś kulinarnego cudu? Boże, ja bym nie wytrzymała. Stefanowi od razu powiedziałam chcesz świętować, idź ze mną do restauracji, do kuchni mnie nie zagoni, mam przecież świeży manicure.

Halina odruchowo schowała ręce za plecy.

Ktoś musi zadbać o domową atmosferę uśmiechnęła się, przejmując płaszcz gościa. Chodźcie, wszystko już gotowe.

Biesiada zaczęła się po polsku: toast za zdrowie jubilata, komentowanie prezentów (Stefan podarował wypasiony kołowrotek, o którym Wiktor marzył od miesięcy), żarty, śmiechy. Halina krążyła między kuchnią a salonem, zmieniała talerze, dokładała przekąski, pilnowała, by w kieliszkach nie brakowało trunku. Sama zdążyła zjeść tylko łyżkę sałatki jarzynowej i kęs sera.

Wiktor, rozgrzany pierwszą kolejką, rozluźnił się. Oparł się wygodnie i z podziwem spojrzał na Elżbietę, która z gracją odłamywała widelcem kawałek ryby.

Elu, jak zwykle olśniewasz! powiedział głośno. Patrzę na ciebie i się zastanawiam: to chyba czary! Jesz, a nie tyjesz. I ta sukienka! Od razu widać, iż kobieta o siebie dba.

Elżbieta poprawiła włos, uśmiechając się kokieteryjnie.

Oj, Wiktorze, przesadzasz. To kwestia dyscypliny. Trzy razy w tygodniu siłownia i żadnych węglowodanów po szóstej. I pielęgnacja. Odkryłam ostatnio cudowny krem do twarzy.

No właśnie! Wiktor podniósł palec, jakby ogłaszał mądrość życiową. Dyscyplina! Słyszysz, Hala? Dyscyplina! A ty zawsze: “zmęczona, nie mam czasu.” Ela też pracuje, a wygląda jak nastolatka.

Halina akurat stawiała na stół wielką tacę z pieczonym schabem i zamarła na chwilę. Pracowała jako główna księgowa w dużej firmie, prowadziła dom, doglądała działki, pomagała wnukom z lekcjami, gdy dzieci przyjeżdżały. Elżbieta była tylko administratorką w gabinecie kosmetycznym, dwa dni w tygodniu, i nie mieli z Stefanem dzieci.

Wiktorze, nie porównujmy powiedziała miękko, chcąc uniknąć konfliktu przy gościach. Każdy ma inne życie. Spróbuj schab, nowy przepis, z suszonymi śliwkami.

Ale Wiktora rozpędziło. Alkohol rozwiązał język, wyciągnął na powierzchnię stare żale i głupie przechwałki.

No co tam schab! machnął ręką, krojąc sobie solidną porcję mięsa. Jedzenie to jedno, ale estetyka… Stefan, szczęściarz z ciebie. Wracasz do domu, a tam nie kucharka w szlafroku, tylko wręcz wróżka. Miło popatrzeć. A u nas? Zawsze te garnki, zapach cebuli smażonej. Mówię Halinie: idź na fitness, zapisz się na zajęcia. A ona: “kręgosłup mnie boli, ciśnienie mi skacze.” Wymówki! Lenistwo.

Stefan poczuł niezręczność i próbował zmienić temat:

Wiciu, co ty gadasz? Halinka to złota gospodyni. Schab pierwsza klasa! Moja Elka tak nie umie, żyjemy na gotowcach lub zamawiamy.

No właśnie! podchwyciła Elżbieta, starając się złagodzić, ale wyszło jeszcze gorzej. Nie lubię gotować, to prawda. Dzięki temu mam czas dla siebie. Mężczyzna dba o oczami, nie? Prawda, Wiktorze?

Wiktor rozpromienił się, patrząc na żonę przyjaciela z rozanieloną miną.

Złote słowa! Miłość do oczu! A popatrz… wskazał pogardliwie na Halinę, siedzącą naprzeciw, z utrudzonymi rękoma na kolanach. Hala, sukienkę masz, uczesana jesteś, a wciąż wygląd taki… zmęczony. Jak ciocia, zrozum? U Eli oczy błyszczą, w ruchu życie. U ciebie w oczach tylko ceny z Biedronki.

Stół spowiła ciężka cisza. Stefan wbił wzrok w talerz, Elżbieta miętosiła serwetkę nerwowo. Halinie zrobiło się tak, jakby dostała w policzek. Przypomniała sobie, jak poprzedniej nocy Wiktor narzekał na brak czystych koszul, a ona prasowała mu przez godzinę tę samą błękitną, w której teraz ją poniżał. Przypomniała, jak zrezygnowała u kosmetyczki, by dokupić mu ten cholerny kołowrotek, dodając swojej wypłaty do zrzutki kolegów.

Wiktor, przestań rzekła cicho, stanowczo. Przesadziłeś.

Nie przesadziłem! ryknął. Mówię jak jest! Prawdziwy przyjaciel sprawdza się w biedzie, a żona w porównaniu. Ja patrzę i porównuję. I ci powiem: wypadłaś blado, Halina. Stefan może pochwalić się żoną, a mi wstyd. Widziałaś siebie w lustrze? Rozlazłaś się, zmarszczki… Przecież jesteście w jednym wieku!

Nie jesteśmy, Wiktorze poprawiła lodowatym tonem Halina. Ela ma trzydzieści osiem lat, ja czterdzieści osiem. Elżbieta nie taszczy siatek z zakupami na czwarte piętro, bo kiedy winda się psuje, Stefan leży na kanapie.

O, zaczyna się! Wiktor teatralnie przewrócił oczami. Ja pracuję! Przynoszę pieniądze! Mam prawo wymagać, by żona była na poziomie. A ty kwoka. Tylko sałatki kroić. choćby śledzik pod pierzyną ci nie wyszedł. U Eli na Nowy Rok jadłem delikatny, puszysty. U ciebie majonezowa pulpa. Jak ty sama.

Miarka się przebrała. We wnętrzu Haliny coś pękło. To niekończące się znoszenie, na którym opierało się dwadzieścia pięć lat ich małżeństwa, nagle wygasło, zostawiając tylko pustkę i lodowaty gniew.

Halina podniosła się powoli. Wiktor nie dostrzegł zmiany, gadał dalej, zwracając się do Stefana:

Powiedz sam, Stefan, nie mam racji? Kobieta powinna inspirować! A tu wracasz i znużenie. Szlafrok, bambosze i zupa. Nuda śmiertelna

Halina wzięła z kredensu głęboką salaterkę z warstwą śledzia pod pierzyną. Sałatka była świeża, dobrze przemoczona, z obficie ułożoną tartą buraczką i majonezem. Solidna porcja ze dwa kilo.

Obeszła stół, stanęła obok męża. Wiktor w końcu zamilkł i spojrzał na nią.

Po co stanęłaś? Za mało soli? Czy majonezu poskąpiłaś? rzucił zaczepnie.

Nie, Wiktor wycedziła spokojnie Halina. Wszystkiego w sam raz. Doszłam do wniosku, iż masz rację. Wygląda na to, iż tylko sałatki umiem. Skoro tak ci potrzeba estetyki i lekkości, ten śledzik pod pierzyną będzie ci najbliższy.

Słowa wykonały wyrok. Halina odwróciła salaterkę.

Czas stanął. Stefan rozdziawił usta. Elżbieta krzyknęła, zakrywając twarz ręką. Buraczkowo-majonezowa masa śliznęła się prosto na kolana Wiktora, na jego nowe, jasne spodnie, specjalnie kupione na jubileusz.

*Plask.*

Brzmiało to soczyście i mokro. Rzeki majonezu rozlały się po nogawkach, buraczki wsiąkły w drogi materiał, kawałki śledzia ozdobiły rozporek.

Przez chwilę wisiała grobowa cisza. Wiktor patrzył na swoje kolana, nie wierząc w to, co się stało. Buraczany sok rozlewał się błyskawicznie, jasne portki zamieniły się w malarską abstrakcję szaleńca.

Co ty zrobiłaś?! wrzasnął, zrywając się. Sałatka spadła na podłogę, na dywan i buty. Oszalałaś?! Nowe spodnie! Wariatka!

Halina ostrożnie odstawiła pustą salaterkę na stół.

Ale za to smacznie, Wiciu. Pożywnie. I jak widzisz, wszystko naturalnie. Bez chemii, wszystko własnymi rękami.

Ja ci! Wiktor zamachnął się, ale Stefan w porę wyskoczył, łapiąc go za rękę.

Spokój, Wiktor, dosyć! Sam sobie winien!

Ja winien?! wrzeszczał Wiktor, trzęsąc spodnie. Powinna to sprzątać! Natychmiast sprzątnij! Na kolanach!

Elżbieta, blada jak płótno, przylgnęła do oparcia. Wieczór przestał być przyjemny.

Halina spojrzała na szalejącego męża z obrzydzeniem, jakby widziała karalucha.

Sprzątaj sam wymówiła wyraźnie. Albo wezwij ekipę sprzątającą. Przecież jesteś panem domu, zarabiasz przecież. A ja, pozwolisz, wychodzę. Muszę zadbać o siebie. Jak to mówiłeś? Inspirować się.

Odwróciła się i wyszła. W korytarzu spokojnie włożyła płaszcz, chwyciła torebkę. Z salonu dochodziły wrzaski Wiktora i pocieszania Stefana.

Halina, gdzie idziesz? Elżbieta wyskoczyła w korytarz, trzepocząc sztucznymi rzęsami. Hala, nie zostawiaj, on pijany, nie chciał

Chciał, Elu Halina spojrzała rywalce w oczy, ale nie czuła do niej gniewu. Tylko litość. On tak myśli od zawsze, gdy był trzeźwy, milczał. Dziękuję ci, iż przyszłaś. Otworzyłaś mi oczy.

Halina wyszła w chłodny, jesienny wieczór. Nie miała dokąd iść, a nie chciała wracać do tamtego mieszkania. Usiadła na ławce pod blokiem, wyjęła telefon, zamówiła taksówkę. Do mamy postanowiła. Matki nie było od dwóch lat, mieszkanie stało puste, Halina wciąż nie mogła się zdecydować na wynajem. Teraz się przydało.

Wiktor dzwonił do niej kilkanaście razy tego wieczoru. Najpierw, pewnie, żeby krzyczeć, potem, po wytrzeźwieniu. Halina nie odebrała. Kupiła w nocnym sklepie butelkę wina i czekoladę, pojechała do maminego mieszkania, gdzie pachniało kurzem i starymi książkami, i pierwszy raz od lat po prostu położyła się na kanapie, nie martwiąc się prasowaniem czy jutrzejszym śniadaniem.

Dla Wiktora zaczęło się piekło.

Halina nie wróciła następnego dnia, ani później. Mieszkała u mamy, chodziła do pracy, a wieczorami Umówiła się na masaż, na który szkoda jej było pieniędzy od trzech lat.

Wiktor został sam w mieszkaniu, gdzie okazało się, iż jedzenie nie pojawia się samo, a skarpetki nie wskakują do pralki, by po chwili trafić czyste do szuflady.

Przez pierwsze trzy dni się pysznił. Jadł pierogi z marketu, paradował w dżinsach (spodni nie dało się odprać, pralnia nie gwarantowała sukcesu). Wygadywał Stefanowi przez telefon, jaka Halina jest złośliwa i histeryczna.

Nic to, wróci chwalił się. Gdzie ona pójdzie po pięćdziesiątce? Popsuje się i wróci. Zobaczymy, czy przeproszę.

Czwartego dnia skończyły się czyste koszule. Wiktor nie umiał prasować, nienawidził tego. Piątego dnia bolał go brzuch po mrożonkach. Szóstego zorientował się, iż zabrakło papieru toaletowego, a kupić zapomniał.

Mieszkanie zaczęło zarastać brudem. Plama po sałatce, którą szorował na dywanie, zaczęła cuchnąć majonezem i rybą. Przytulny dom, który uważał za oczywistość, rozpadł się w oczach.

A Halina Halina rozkwitła. Przestała dźwigać ciężkie siatki, gotowała tylko dla siebie, jadła mało, wyspała się. W pracy zauważono zmianę.

Pani Halino, zakochała się pani? Oczy się świecą żartowano w księgowości.

Zakochałam się, dziewczyny odpowiadała Halina. W sobie. Nareszcie w sobie.

Po dwóch tygodniach Wiktor zaczaił się pod jej pracą. Wyglądał marnie: pognieciona koszula, zarost, oczy jak u zbitego psa. W ręku trzymał głupi bukiet z trzech goździków w folii.

Halinka zaczął, kręcąc się nerwowo.

Halina spojrzała na niego chłodno, spokojnie.

Czego chcesz, Wiktor?

Hala, już wystarczy. Dość tych żartów. Wracaj do domu. Tam kwiatki do podlania. Kot tęskni.

Kota nie mieli.

Nie wracam, Wiktor powiedziała prosto. Złożyłam pozew o rozwód. Niedługo dostaniesz wezwanie.

Szczęka Wiktora opadła.

Rozwód?! Oszalałaś? Przez sałatkę? Przez kilka słów? Razem tyle lat!

No właśnie. Przez dwadzieścia pięć lat byłam dla ciebie wygodnym urządzeniem. Kucharka, sprzątaczka, praczka. Nigdy nie byłam człowiekiem. Chciałeś wróżki, Wiktorze? To poszukaj wróżki. Może znajdziesz Elę. Choć Stefan ci nie pozwoli. Znajdź inną. Tylko pamiętaj wróżki nie czyszczą kibla i nie gotują rosołu.

Halinka, błagam! chwycił ją za rękaw, ludzie zaczęli się oglądać. No powiedziałem głupio, nie myśląc! Zły duch mnie podkusił! Kupię ci futro, może karnet na fitness, jak chciałaś?

Halina roześmiała się. Smutno, i radośnie zarazem.

Fitness? Żeby ci nie było wstyd wyjść z żoną? Nie, Wiktor. Już chodzę dla siebie. Futro też sobie sama kupię, jeżeli będzie mi się chciało. Okazuje się, iż moja pensja wystarcza na wiele, jeżeli nie wydaję jej na twoje zachcianki, drogie kołowrotki i specjały dla kolegów.

A ja? zapytał żałośnie. Przecież zginę. Nie umiem choćby włączyć pralki, tyle tych guzików

Instrukcja jest w internecie, Wiktorze. Albo wynajmij panią do sprzątania. Ja jestem zmęczona. Rezygnuję z posady twojej żony. Bez odprawy.

Wyciągnęła rękaw z jego dłoni i ruszyła do metra, wyprostowana, lekka.

Wiktor stał długo na chodniku, ściskając zwiędłe goździki. Wspominał tamten wieczór, smaczną pieczeń, ciepłe światło lampy i ten moment, gdy sałatka ślizgała się po jego nogach.

Głupia wyszeptał, ale zabrzmiało to niepewnie. Głupia

A gdy wrócił do pustego, śmierdzącego mieszkania, gdzie naczynia piętrzyły się w zlewie z resztkami jedzenia, czuł się sam jak głupiec. Wykręcił numer Stefana.

Stefan, słuchaj, mogę wpaść? Zjeść coś domowego?

Przepraszam, stary głos Stefana był napięty. Pokłóciłem się z Elą. Powiedziałem jej, żeby raz ugotowała pierogi, a dostałem burę, iż ją przypisuję do kuchni. Powiedziała: U Wiktora Halina gotowała i jak się skończyło? Sałatką na spodniach. Ja nie zamierzam. Więc jadę na zupkach chińskich.

Wiktor rozłączył się, spojrzał na plamę na dywanie. Wyglądała jak serce. Rozwalone, brudne, buraczane serce.

Minęło pół roku.

Halina i Wiktor rozwiedli się spokojnie. Dzieci już dorosłe próbowały pogodzić rodziców, ale widząc promienną matkę i wiecznie marudzącego ojca, stanęły po stronie Haliny.

Wiktor nie nauczył się porządnie gotować. Schudł, poszarzał, zaczął nosić koszule z pralni drogo, ale nie miał wyjścia. Spotykał się z kobietami, jednak wszystkie były nie takie. Jedna nie umiała smażyć kotletów, druga wymagała codziennie restauracji, trzecia pytała o wysokość pensji już na drugim spotkaniu.

A Halina swoje czterdzieste dziewiąte urodziny świętowała w przytulnej kawiarni z przyjaciółkami. Miała nową sukienkę i fryzurę.

Hala, żałujesz? spytała przyjaciółka. Tyle lat razem

Halina zamieszała kawę i uśmiechnęła się.

Żałuję rzekła szczerze. Żałuję, iż nie wylałam mu tej sałatki na głowę dziesięć lat temu. Ile czasu zmarnowałam, by przypodobać się komuś, kto nigdy tego nie docenił.

Spojrzała za okno. Na wiosennej ulicy szły pary. Szczęśliwe i mniej szczęśliwe. Ale ona wiedziała: jej szczęście nie zależy już od tego, jak cienko pokroi kiełbasę, ani od komplementów pod adresem cudzej żony. Szczęście jest w jej rękach. I te ręce już nie pachną cebulą. Pachną wolnością i dobrym kremem.

A sałatkę Sałatkę teraz kupuje w delikatesach. Po trochu, tylko kiedy sama ma ochotę.

Idź do oryginalnego materiału