Postawiłam filiżankę na stole, jej porcelana zadrżała od cichego podmuchu wiatru choć okna były zamknięte, ale przecież w snach wiatr chodzi, jak chce. Zza szklanej tafli rozciągał się podwórkowy ogród o nierealnych kształtach, gdzie dzieci biegały dookoła powykręcanych i pochylonych drzew, śnieg iskrzył się w czerwcowe popołudnie, a zieleń ogarniała miasto Warszawę.
Zadzwonił telefon, rozbrzmiał długi dźwięk taki, jakiego używają tylko ludzie z przeszłości. Numer zakryty mgłą cyferek, a jednak znajomy cień imienia przeszywał mnie od środka. To był on. Wojciech. Mój były mąż, który opuścił mnie pięć lat temu dla Agaty i tam, w tamtej równie nierealnej codzienności, miał syna.
Nie odebrałam od razu. Patrzyłam przez szybę. Gołębie, dzieci, światła i sen. Połączenie zamarło. Ale zaraz wróciło, jakby los nie godził się na ciszę.
Westchnęłam i wczułam palce w chłód telefona.
Cześć, Ola jego głos był martwy, jak liście uwięzione w topoli. Muszę z tobą porozmawiać. Teraz.
O czym? usiadłam na oknie, pod którym wiły się bluszcze wiślane, lekko przysłuchiwałam się własnemu sercu. Wojciech zawsze potrafił prosić; tak, żeby człowiek czuł się winny zanim odmówi.
Musimy się zobaczyć. To ważne, nie przez telefon…
Nie. Powiedz teraz albo wcale.
Na linii zapadła cisza, potem odgłos westchnienia, które było jak zgaszony ogień papierosa.
Agata ma raka. Czwarty stopień. Lekarze dają jej dwa, może trzy miesiące.
Agata. Ta, przez którą zgasła moja młodość i ustały codzienne rytuały. Zrobiło mi się zimno, nie od współczucia, ale od przeczucia. Wiedziałam, co zaraz powie.
Przykro mi mój głos nie był już głosem ale nie wiem, co ode mnie chcesz.
Potrzebuję twojej pomocy, Olu. Naprawdę nie mam do kogo się zwrócić.
Przemilczałam. Za oknem przysiadała czarna wrona na przewręconym płocie i patrzyła na mnie tak, jakby chciała ostrzec: nie wierz.
Proszę, spotkajmy się. Chodzi o Michała… mojego syna.
O twojego syna przemknęło mi przez głowę. Nigdy nie mojego.
Dobrze powiedziałam krótko. Jutro, w kawiarni na placu Zbawiciela, o trzeciej.
Rozmowa zakończyła się i długo jeszcze siedziałam ze spojrzeniem w nieistniejącą dal. Herbata przestała dymić, na desce więdły plasterki ogórka. Stare zdjęcia na lodówce ja i Wojciech, uśmiechy, splecione dłonie na działce pod Łowiczem. Nie zdejmowałam ich, choć powinnam. Może dlatego, iż wstydziłam się przyznać, iż kobieta z tamtej fotografii już dawno zginęła.
Następnego dnia czekałam w kawiarni, światło przesączało się przez szyby i wszystko wyglądało jakby było namalowane akwarelą. Wojciech zjawił się spóźniony, wychudzony, z łysiną rozlewającą się wśród włosów. Siadł naprzeciwko. Był jak cień, który prosi o przebaczenie, zanim w ogóle przemówił.
Dziękuję, iż przyszłaś.
Mów.
Nie wiem, jak zacząć…
Zacznij od tego, po co mnie tu ściągnąłeś.
Opadł na dłonie.
Agata umiera. Chemia nic nie daje, operacja już bez sensu. Nie ma nikogo. Matka jej odeszła trzy lata temu, ojca nigdy nie poznała. Michaś zostaje sam. Ma pięć lat.
Nie poruszyłam się. Wewnątrz zadrżał kawałek lodu.
Chciałbym cię prosić… zamilkł, spuścił wzrok o pomoc. Finansową. Potrzebujemy pieniędzy na leczenie, na opiekę. Oddam wszystko, przysięgam, ale teraz jestem pusty jak złamana moneta.
Ile? zapytałam.
Sto pięćdziesiąt tysięcy złotych, może więcej.
Postawiłam filiżankę, herbata rozlała się, kropka wsiąkła w obrus.
Sto pięćdziesiąt tysięcy… Skąd ja mam takie pieniądze, Wojtek?
Możesz sprzedać mieszkanie na ulicy Lipowej. Sama mówiłaś, iż nie potrzebujesz go już, iż tam nie mieszkasz…
Mieszkanie na Lipowej. Stara kawalerka odziedziczona po rodzicach, podarowana Wojciechowi na urodziny, gdy sądziłam, iż jesteśmy na zawsze. On ją wynajmował, czerpał z niej korzyści. Teraz kazałby ją sprzedać.
Mówisz poważnie? spojrzałam prosto w jego bladą twarz. Chcesz, żebym sprzedała mieszkanie, które ci dałam?
Olu… wiem, iż to brzmi okropnie, ale…
Nie powiedziałam stanowczo. To moja własność i nie zamienię jej na twoje poczucie winy.
Zbladł, jakby odpadła z niego reszta snu.
Ale Agata umiera! Michaś zostanie sierotą!
Michaś ma ojca. Ty nim jesteś. I to twoja sprawa.
Zerwałam się, złapałam torbę.
Olu, poczekaj…
Nie czekałam. Wyszyłam z kawiarni, w powietrzu majaczyły stado gołębi i echo własnych kroków. Ręce mi drżały. Czy wybrałam dobrze? Czy może, jestem po prostu twarda, zimna jak szkło?
W domu zadzwoniłam do Marii. Maria przyjaciółka z Uniwersytetu Warszawskiego, nigdy nie próbowała mnie pouczać: wtedy, po rozwodzie, nie zalewała mnie banałami jak reszta.
Chciał, żebyś sprzedała mieszkanie?! Olu, czy on upadł na głowę?
Tam umiera kobieta. Dziecko pozostało małe… westchnęłam.
I co z tego? To nie twoja sprawa. Nic mu nie jesteś winna. Absolutnie nic.
A jednak czuję się źle, Mario. Jakbym kopała leżącego.
Masz prawo powiedzieć nie, choćby jeżeli cię to boli powiedziała stanowczo. Pamiętaj, Olu. Nie musisz ratować go przed konsekwencjami jego wyborów.
Ległam na wersalce, zamknęłam oczy. W głowie słowa Wojciecha, w uszach twarz Agaty, którą kiedyś widziałam z daleka blond włosy, jasna sukienka, śmiejące się oczy. To ona ukradła mojego męża. I teraz mam jej pomagać?
Nie. Nie muszę.
Po dwóch dniach znowu zadzwonił Wojciech. Głos pospieszny, przyspieszony oddech.
Olu, rozumiem, iż jesteś na mnie zła. Ale pomyśl o Michale. To nie jego wina.
Nie jestem zła odpowiedziałam cichym śniegiem. Po prostu nie chcę w tym uczestniczyć.
pozostało jedno… Proszę, jeżeli Agata umrze, czy mogłabyś zostać opiekunką Michasia? Chociaż przez jakiś czas, aż stanę na nogi…
Nie zrozumiałam od razu.
Słucham?
Jesteś kobietą. Wychowałaś już Marlenę… Michaś potrzebuje matki, sam sobie nie poradzę…
Chcesz, żebym została matką dziecka, które urodziło się, gdy mnie zdradzałeś? przerwałam lodowato.
Olu, wiem, jak to brzmi…
Nie wycięłam ostrym głosem. Zapomnij o mnie w swoich planach. Nie będę elementem twojego nowego życia.
Odrzuciłam telefon, usiadłam na podłodze. Serca waliło jak dzwon w alei Dzieci Polskich.
Jak mógł?
Wieczorem przyszła Marlena. Moja córka, dwadzieścia osiem lat piękna, zdolna, pracuje w agencji reklamowej, mieszka na własną rękę. Widzimy się rzadko, ale serdecznie.
Mamo, tata dzwonił powiedziała od progu, zdejmując buty Opowiadał mi o Agacie i Michale.
Zagotowałam wodę.
Co ci powiedział?
Że odmówiłaś pomocy. Że jesteś chłodna.
Odwróciłam się. Marlena stała w korytarzu, z założonymi rękami, patrzyła na mnie jak na ledwie znajomy posąg.
Chłodna? powtórzyłam. interesujące określenie.
Mamo, jak możesz być taka? To przecież dziecko. Niczemu nie winne.
Masz rację nalałam wrzątek do kubków. Ale nie jestem jego matką. Ojciec niech się zatroszczy.
Mogłabyś mu pomóc! Choć trochę!
Marlena, nie sprzedam mieszkania i nie zostanę opiekunką cudzego dziecka. To nie moja historia.
Jesteś egoistką powiedziała cicho.
Zabolało, ale nie tłumaczyłam się.
Może tak odpowiedziałam. Ale mam do tego prawo.
Wyszła po pół godzinie, herbata zastygła w porcelanie. Pozostała cisza, która była jak echo pustego kościoła.
Następne dni były jak nocne zjawy w starym kinie. Wojciech wydzwaniał, pisał SMS-y: raz prośby, raz groźby. Straszył sądem, szantażował uczuciami, wymieniał Marlenę jako sojuszniczkę.
Nie odpowiadałam. Odczytywałam i usuwałam.
Aż pewnego snu stanęła pod drzwiami sama Agata. Wychudzona, blada, z chustką na głowie, jakby czas już się o niej zapomniał. Usiadła ze mną w kuchni, patrzyła długo w kubek wody.
Nie proszę, żeby pokochała pani Michała powiedziała cicho, tylko o to, by dał mu pani szansę. On jest taki mały. Potrzebuje kogoś, gdy mnie zabraknie.
A jego ojciec?
On nie da rady sam. Jest słaby. Zawsze był.
Wiedziałam o tym. Wojciech był uroczy, ale słabość wypływała z każdej jego decyzji.
Przykro mi, Agato, nie mogę.
Kiwnęła smutno, ruszyła do drzwi. Na progu powiedziała:
Jest pani bardzo silna, pani Olu. Zawsze zazdrościłam tej siły. Ale teraz widzę, iż ta siła rodzi się z zimna w sercu.
Drzwi się zamknęły. W korytarzu zrobiło się ciasno ze słów.
Zimno w sercu.
Nie spałam tamtej nocy. Sufit falował z każdym oddechem. Myśli wiły się wokół Michała, Wojciecha, Agaty. Czy naprawdę jestem zimna? Czy muszę być miękka, żeby świat mógł mnie zjeść jeszcze raz?
Kiedyś wybaczałam, dawałam wszystko. A potem przyszło zdradzenie i pustka.
Ale czy mam rację?
Wstałam, stanęłam przy oknie. Miasto szeptało szarą melodię przez roztopiony śnieg. Z oddali szczekał pies, choć noc była cicha.
Mam prawo do nie, powtórzyłam słowa Marii. choćby jeżeli boli, choćby jeżeli świat to oceni.
Nie będę już płacić za czyjeś błędy. Nie będę statystką w obcym spektaklu.
Rano zadzwoniłam do Wojciecha.
Spotkajmy się. Dziś, tu, gdzie zawsze.
Przyszedł, ze skórą napiętą od oczekiwania.
Olu, ja wiedziałem, iż ty…
Nie mów nic. Posłuchaj mnie. Nie sprzedam mieszkania. Nie zostanę matką dziecka, które nie jest moją historią. Przestaniesz używać Michała jako narzędzia nacisku. Masz siostrę w Gdańsku, miałeś kolegów, Agata miała znajomych. Szukaj pomocy tam nie u mnie.
Jesteś okrutna szepnął. Bez serca.
Wstałam.
Być może powiedziałam. Ale to moje życie i więcej go już nie oddam.
Wyszłam na ulicę, chodnik wzdychał pode mną jak sen o letnim deszczu. Ramiona miałam lekkie, plecy proste. Nie oglądałam się.
Minęły dwa tygodnie. Wojciech znikł z moich snów. Marlena milczała. Maria wpadała, piła herbatę, prowadziła rozmowy o wszystkim, tylko nie o Michale czy Agacie.
Odzyskałam siebie chodziłam do pracy, gotowałam, czytałam wśród świateł warszawskich domów. Wieczorami wyglądałam przez okno, gdzie kręciły się dzieci, pociski chmur przesłaniały niebo.
Czasem myślałam o Michale. Do kogo jest podobny? Ale myśli przesuwały się jak cienie nie zatrzymywałam ich.
Pewnego poranka przyszła od Marleny wiadomość: Mamo, przepraszam. Zrozumiałam. Miałaś rację.
Uśmiechnęłam się. Odpisałam krótkie: Dziękuję, kochanie. Kocham cię.
Usiadłam w oknie z herbatą i spojrzałam na swoje mieszkanie małe, jasne, ciche, bezkresne jak własny świat.
Nie zostałam bohaterką. Nie wykreowałam się na zbawicielkę. Ale ocaliłam siebie.
Moje zwycięstwo.
Ciche, bez fanfar. Prawdziwe.
Łyk herbaty. Książka otwarta. Za oknem słońce, i sen Warszawy toczył się dalej.
A ja już nie czułam winy, iż wybrałam siebie.
