Dziennik, 12 marca
Dzisiaj dzień zaczął się jak co dzień rutynowo. Najpierw zakończyłem instalację nowego kranu w łazience u starszej pani, która mieszka na Pradze. Byłem już gotowy wracać do domu, napić się herbaty z malinami, gdy zadzwoniono z firmy: Panie Jerzy, jeszcze jedno zgłoszenie, pilne ulica Grójecka, kuchenny kran przecieka. Westchnąłem, ale zgodziłem się. Pracuję tu już pół roku drobne naprawy hydrauliczne, czasem malowanie lub montaż mebli. Lubię to, bo dzień mija szybko, a ludzie doceniają uczciwą robotę.
Zadzwoniłem domofonem na wskazany adres i drzwi otworzył poważny chłopiec, może dziesięcioletni, obok drobna, jasnowłosa dziewczynka, tak na oko młodsza o dwa lata. Zdziwiło mnie, iż otworzyły dzieci.
Dorośli są w domu? zapytałem, bo firma nie zaleca wpuszczać obcych bez obecności opiekunów.
Mama zaraz wróci! Proszę wejść, bo kran w kuchni kapie i skapuje już od rana. Próbowałem skleić, ale i tak się leje powiedział chłopiec, z zapałem pokazując mi drogę.
Chciałem się upewnić, czy wszystko jest w porządku, ale w tym dziecięcym spojrzeniu ujrzałem zaufanie. Prace poszły sprawnie, wymieniłem zawór, sprawdziłem jeszcze raz cały kran. Dziewczynka, Ania, podeszła z pytaniem:
Panie, a stół może pan naprawić? Noga się kiwa i przełącznik światła nie działa
Tata by naprawił, ale tata jest pilotem. Lata samolotami tak daleko, iż nie może wrócić ciągnęła dziewczynka z powagą, jakby powtarzała te słowa po kimś.
Wtedy wróciła ich mama. Pani Maria zadbana, ale zmęczona kobieta, jakieś trzydzieści pięć lat, spojrzała na mnie zaskoczona zapobiegliwością dzieci.
Przecież wiecznie powtarzasz, iż zamówisz fachowca powiedział syn, którego już znałem z imienia: Tomek.
Po zapłacie w złotówkach (!) i szybkim omówieniu kolejnego terminu wyszedłem, a Tomek pobiegł ze mną wynieść śmieci.
Panie Jerzy, taty żadnego nie mamy. Mama zmyśla, bo myśli, iż dzieci nic nie rozumieją. Mama sama kupuje prezenty i mówi, iż tata przysłał. Sam widziałem, jak wybierała lalkę dla Ani wyznał smutno Tomek.
Może kiedyś przyjedzie rzuciłem nieśmiało, ale chłopiec tylko wzruszył ramionami.
Wieczorem długo nie mogłem znaleźć spokoju. Słowo pilot wywołało we mnie stare wspomnienia. Sam kiedyś latałem, po Polsce i za granicę, z żoną, która prosiła, bym osiadł na ziemi. Bezskutecznie. Nigdy nie chcieliśmy mieć dzieci żona twierdziła, iż latanie to moje marzenie, a ona nie chce wychowywać potomka sama. Kiedy teściowie wyjechali do Niemiec, zaprosili nas do siebie, ale ja odmówiłem. Żona spakowała walizki i odeszła.
Z wiekiem zdrowie się posypało, przeszedłem na emeryturę. Przeprowadziłem się do rodzinnego miasteczka pod Poznaniem, by być bliżej mamy. Po jej nagłej śmierci pogubiłem się, poczułem pustkę. Odsuwanie się od ludzi, samotność, znajomi od kieliszka Otrzeźwienie przyszło po koszmarnym śnie z płaczącą mamą.
Wyrzuciłem niechcianych gości, złapałem za narzędzia i zacząłem żyć od nowa. Ogłoszenie w gazecie zachęciło mnie do tej pracy własny rytm, zajęcie dla rąk i drobna, choć stała, pensja. Dziękuję losowi, iż wtedy zadzwoniono do mnie po raz pierwszy z tej firmy.
Nazajutrz wróciłem do pani Marii. Naprawiłem stół, przełącznik w korytarzu i zawiasy w szafce. Spojrzałem jeszcze w łazience tam wszystko wołało o generalny remont.
Chętnie bym się tego podjął zażartowałem. jeżeli tylko będzie pani chciała.
Zgadzam się, jeżeli tylko pan znajdzie czas. Mamy trochę oszczędności, nie martw się pan o pieniądze odpowiedziała nieśmiało Maria, a w jej oczach tliła się jakaś nadzieja.
Podczas pracy rozmawialiśmy. Maria pracowała jako wychowawczyni w żłobku, sama wychowuje dwójkę dzieci, po dwóch nieudanych związkach. Tata pilot to wymyślona historia, żeby dzieci nie czuły się inne od rówieśników.
Zostań na kolacji, pewnie pan głodny po całym dniu pracy zaproponowała Maria. Dzieci wciągnęły mnie do stołu, trudno było odmówić.
Siedzieliśmy długo, opowiadałem o swoim życiu, Maria słuchała z życzliwością i mądrością, której dawno nie widziałem u żadnej kobiety.
Kiedy żegnałem się, było już dobrze po północy. Obiecałem, iż jutro przyjdę dokończyć remont.
Następnego wieczora stanąłem pod drzwiami Marii w starej lotniczej kurtce, z bukietem tulipanów i sernikiem z pobliskiej cukierni. Kiedy Ania otworzyła, wykrzyknęła:
Tata! Nasz tata-pilot wrócił!
Zagrałem w ten scenariusz objąłem dzieci, spojrzałem pytająco na Marię. W jej oczach błysnęło ciepło i uśmiechnęła się lekko: Tak, dzieci, tata wrócił do nas.
Od tej pory nasza układanka ułożyła się w całość. Adoptowałem Tomka, uznałem Anię, a po półtora roku na świat przyszedł nasz synek, Michał.
Dzień dzisiejszy uświadomił mi coś ważnego nigdy nie jest za późno, by zacząć od nowa i poczuć się naprawdę potrzebnym. Szczęście rodzinne można zbudować choćby z największych kawałków rozbitego życia.















