Dzisiaj, po latach, muszę podzielić się wspomnieniami, które do dziś budzą we mnie zdumienie pod pewnymi względami choćby niedowierzanie. Mój brat, Grzegorz, gdy tylko skończył politechnikę, wyprowadził się z Poznania aż do Lublina, gdzie podjął pierwszą pracę. Pierwotnie planował spędzić tam raptem rok trochę odłożyć i wrócić do rodzinnego miasta z zamiarem kupna mieszkania na Wildzie. Los jednak potoczył się zupełnie inaczej. Grzesiek poznał Elwirę dziewczynę rodowitą z Lublina, która całkowicie zmieniła jego plany. Zakochali się, zaręczyli i ślub był tylko kwestią czasu. Mój brat został na wschodzie kraju, a my nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji spędzić więcej czasu z jego wybranką.
Niestety, w czasie ich wesela byłem tak zaabsorbowany przygotowaniami do narodzin mojej córki, Jagody, iż byłem całkiem uziemiony w Poznaniu. Rodzice też nie mieli łatwo tata nie mógł dostać urlopu. Tak więc na weselu pojawiła się jedynie nasza mama. Co prawda, opowiadała potem, iż Elwira była uprzejmą i miłą dziewczyną, ale od tej pory kontakt mieli bardzo sporadyczny. Mama wróciła zaraz po uroczystości, nowożeńcy wyjechali w podróż poślubną. A my przez kolejne lata nie poznaliśmy bratowej Grześka osobiście.
Dlatego w tym roku informacja od brata, iż przyjadą oboje w odwiedziny, była dla całej rodziny sporym wydarzeniem. Zaplanowali sprytną trasę: mieli wpaść do nas na dwa dni, potem udać się na wesele znajomej Grześka, następnie pojechać na spotkanie klasowe do Sopot, a na koniec zatrzymać się z rodzicami nad Bałtykiem. Na nocleg zaproponowałem im domek letniskowy moich teściów nad Jeziorem Lednickim. Moja teściowa bez wahania zgodziła się użyczyć im kluczy. Domek był w porządku, choć remontu nie widział od lat PRL-u, ale na te dwa dni dla dwojga dorosłych był w sam raz.
Nie spodziewałem się, iż już na starcie pojawią się trudności. Brat i bratowa w końcu stanęli w progu po bardzo długiej drodze. Elwira od razu zaczęła opowiadać, jak było duszno i gorąco w pociągu, jak dzieci krzyczały i jak był niewygodny. Myślę sobie zmęczona, pewnie zaraz jej przejdzie. Jednak jej humor się nie polepszył. Gdy pokazałem im domek, Elwira weszła najpierw do łazienki i spojrzała na prysznic tak, jakby tam mieszkał stado szczurów. Zabrała Grzegorza na rozmowę, po czym przyszedł do mnie i poprosił, by mój szwagier Michał zawiózł ich do miasta bo Elwira chce się wykąpać tylko w normalnej łazience. Pojechali do naszego mieszkania w Poznaniu, Elwira się odświeżyła, spędziła godzinę przy lustrze i dopiero potem wrócili.
Wieczorem postanowiliśmy przygotować kolację tak, aby wypaść jak najlepiej były pierogi, kiełbasa z grilla, domowej roboty ogórki, nasze ukochane kopytka. I co? Elwira na wszystko miała wymówki tu gluten, tam tłuszcz, a sałatka z ogórków i tak wydawała jej się podejrzana. Na dobrą sprawę żyła przez dwa dni na marchewkach i pomidorach. A kiedy przyszedł czas na noc, Elwira niemal obraziła się na łóżko w domku, więc znów spakowali się i pojechali spać do miasta.
Następnego dnia ruszyliśmy na wycieczkę po poznańskiej Starówce. Ale Elwira co krok narzekała a to iż upał, a to nogi ją bolą, a to nie ma ochoty na zdjęcia czy spacer. Po prostu miała humory większe niż Jagoda, która ma raptem trzy lata.
Przyznam, iż pierwszy raz w życiu czułem taką ulgę, żegnając rodzinę. Teraz zastanawiam się, jak Grzesiek daje sobie z tym radę na co dzień. W dwa dni Elwira dała nam niezłą szkołę. Z tej historii nauczyłem się jednego rodzina to loteria, a czasem lepiej się cieszyć, iż niektórzy są daleko.





