Mój brat od pięciu lat był żonaty, ale nikt z rodziny nigdy nie widział jego żony. Nagle zapowiedział, iż spędzą u mnie dwa dni. Gdy przyjechali razem, nie mogłam znieść tej kobiety ani chwili dłużej.

polregion.pl 4 tygodni temu

Mój brat, Adam, po skończeniu politechniki wyjechał do Krakowa za pracą. Miał tam zostać tylko rok, trochę zaoszczędzić i wrócić do rodzinnych Katowic, żeby kupić wymarzone mieszkanie. Życie jednak miało wobec niego inne plany. Na miejscu poznał Martynę. Tak bardzo im się poukładało, iż niedługo się zaręczyli i postanowili wziąć ślub. Adam został więc na stałe w Krakowie. O Martynie nikt z nas tak naprawdę nie wiedział zbyt wiele.
Do ślubu doszło, gdy moja żona była w dziewiątym miesiącu ciąży, dosłownie lada dzień mieliśmy powiększyć rodzinę. Decyzja była więc prosta: zostajemy u siebie, w Katowicach. Tata nie mógł dostać wolnego w pracy w hucie, więc na weselu pojawiła się tylko mama. Nie zaprzyjaźniła się szczególnie z synową, raczej tylko uprzejmie się przywitały. Potem Adam z Martyną wyjechali w podróż poślubną, a mama wróciła do domu po kilku dniach. Wspominała, iż Martyna wydaje się być miłą, uśmiechniętą dziewczyną, choćby bardzo ładną. Minęły lata i tak się złożyło my, reszta rodziny, nigdy bratowej nie poznaliśmy osobiście.
W tym roku Adam zadzwonił z wielką nowiną planują z Martyną kilkutygodniową, rozłożoną podróż po Polsce. Najpierw mieli wpaść do nas, później jechać na wesele kolegi Adama, później wybierali się na zjazd klasowy, a na koniec mieli spotkać się z rodzicami nad Bałtykiem, zanim wrócą do Krakowa. Ustaliliśmy, iż u nas spędzą dwa dni. Nie widziałem w tym nic trudnego, choć mieszkanie mamy skromne. Ale mieliśmy do dyspozycji letniskowy domek moich teściów pod Gliwicami. Teściowa z chęcią dała nam klucze. Domek nie był świeżo po remoncie, ale warunki były przyzwoite, spokojnie dało się mieszkać. Byłem w świetnym nastroju, czekałem na brata i nową bratową jak na święta.
Przyjechali wieczorem i już od progu zaczęły się kłopoty. Na wejściu Adam mi ją przedstawił, a Martyna już w drzwiach zaczęła narzekać iż w pociągu było duszno, głośno, ciasno i ogólnie źle. Przetransportowaliśmy się do domku letniskowego, pokazuję im wszystko, oprowadzam, a ona przygląda się łazience i toalecie z taką miną, jakby zobaczyła tam coś obrzydliwego. Od razu zabrała Adama na bok, szepnęli sobie coś po cichu, po czym Adam poprosił mojego teścia, żeby zawiózł ich do miasta. Martyna orzekła, iż nie zamierza korzystać z tamtejszego prysznica. Pojechali do naszego mieszkania w bloku, tam się wykąpała, wymalowała i wrócili.
Potem wyszło, iż nie zamierza jeść niczego, co przygotowaliśmy, chociaż naprawdę się postaraliśmy. Martyna wyliczała: bo tam jest gluten, tam tłuszcz, a tu nie pamiętam już choćby co kręciła nosem na wszystko. Zjadła ostatecznie kilka ogórków i pomidorów, zresztą choćby im się przyglądała podejrzliwie. Pokój, który z takim trudem dla nich przygotowaliśmy, też jej nie pasował nocą wróciliśmy więc z powrotem do centrum Katowic do naszego mieszkania. Następnego dnia poszliśmy na wspólny spacer po mieście. Martyna była bardziej kapryśna niż mój trzyletni syn raz jej było za gorąco, to znów bolały ją nogi, albo jej się nudziło.
Gdy w końcu się pożegnaliśmy, odetchnąłem z ulgą. Ciekawe, jak Adam wytrzymuje z takim temperamentem na co dzień. Nam dała w kość w dwa dni. Wyniosłem z tego jedną istotną lekcję pierwszy raz tak mocno doceniłem spokój własnego domu i rozsądną, cichą żonę.

Idź do oryginalnego materiału