Moja matka i siostra traktowały mnie tylko jak portfel – nigdy tak naprawdę nie zainteresowały się mną jako człowiekiem

polregion.pl 7 godzin temu

Moja matka i siostra widziały we mnie tylko portfel nigdy tak naprawdę nie były zainteresowane mną jako człowiekiem.

Dorastałem w rodzinie, która nie przypominała prawdziwego domu. Byliśmy tylko we trójkę: matka, starsza siostra i ja. Ojciec? Duch przeszłości, jedynie nazwisko w akcie urodzenia. Nigdy go nie poznałem, a za każdym razem, gdy próbowałem poruszyć ten temat, matka zmieniała temat, jakby samo jego istnienie było tabu.

Została więc tylko ta trójka ja, matka i siostra, Bogna. Była pięć lat starsza, ale zawsze miałem wrażenie, iż role były odwrócone: to ja byłem dorosły i odpowiedzialny, a ona rozpieszczoną księżniczką domu.

Matka ją uwielbiała. Bogna zawsze dostawała najładniejsze ubrania, najdroższe prezenty, wszystko, czego zapragnęła. Ja? Musiałem zadowalać się jej starymi, wytartymi rzeczami, często za dużymi. Do dziś pamiętam swetry z za długimi rękawami, które matka niezgrabnie podwijała, mówiąc, iż *”jeszcze z rok lub dwa się przydadzą”*.

Jeśli Bogna była głodna, mogła nakładać sobie do woli. jeżeli ja ośmieliłem się poprosić o dokładkę, słyszałem suchą ripostę, iż matka już i tak się dla nas poświęca.

Urodziny? Święta? Dla mnie nie istniały. Żadnych prezentów, żadnych oznak czułości. Tylko westchnienia matki, które wciąż przypominały, iż jestem kolejnym ciężarem na jej zmęczonych barkach.

Zrozumiałem jedno: dla niej nie byłem dzieckiem. Byłem tylko obciążeniem.

**Dzień, w którym zostałem ich bankomatem**

W wieku szesnastu lat wiedziałem już, iż nikt mi nie pomoże. Matka i Bogna tworzyły nierozerwalny duet, a ja byłem z boku.

Zacząłem pracować. Po lekcjach, w weekendy, zawsze, gdy mogłem. Robiłem wszystko: rozwoziłem gazety o świcie, zmywałem stoły w kawiarni, dźwigałem kartony w supermarkecie.

I pomimo zmęczenia byłem dumny. Po raz pierwszy miałem własne pieniądze.

Ale dla matki to była zupełnie inna historia.

Więc teraz już zarabiasz? zapytała pewnego wieczoru z tym dziwnie miękkim uśmiechem.

Skinąłem głową, nie podejrzewając, co nastąpi.

Podeszła bliżej, położyła dłoń na moim ramieniu.

Czas, żebyś zaczął się dokładać do domowych wydatków.

Przez „domowe” rozumiała siebie i Bognę.

Moja siostra choćby nie myślała o szukaniu pracy. Po co? Przez całe życie ktoś się nią opiekował najpierw matka, teraz miałem to być ja.

**Ucieczka była jedynym wyjściem**

Kiedy skończyłem liceum, zrozumiałem, iż mam tylko jedną drogę: uciec jak najdalej.

W naszym mieście był uniwersytet, ale celowo wybrałem uczelnię oddaloną o setki kilometrów. Nie chodziło tylko o studia chodziło o przetrwanie.

Gdy powiedziałem matce o wyjeździe, jej wzrok zlodowaciał.

Nas opuszczasz? Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam?

Omal nie parsknąłem śmiechem.

Wyprowadziłem się do małego akademika. Po raz pierwszy w życiu poczułem, czym jest wolność. Dalej pracowałem tym razem jako magazynier na dworcu. Było wyczerpująco, ale płacili dobrze. W końcu mogłem kupić porządne ubrania, pozwolić sobie na kawę bez wyrzutów sumienia.

Matka i Bogna? Nigdy nie zadzwoniły.

Nie spytały, czy wszystko w porządku, czy mam co jeść, czy daję sobie radę.

Ale gdy przyjechałem na święta, pierwsze słowa matki nie były *”Jak się masz?”* ani *”Stęskniłyśmy się”*.

Przejechała mnie wzrokiem i rzuciła:

Wygląda na to, iż masz teraz pieniądze.

To nie było pytanie. To było oskarżenie.

Od tamtej pory każda wizyta zamieniała się w niekończące się negocjacje. Potrzebowały pieniędzy. Bogna chciała nowy telefon, nowe ciuchy. Nie prosiły żądały.

Gdy powiedziałem siostrze, żeby znalazła pracę, wybuchła śmiechem.

Ja? Pracować? Ty serio?

**Spadek, który wszystko zmienił**

Po studiach dostałem stałą posadę. A potem wydarzyło się coś nieoczekiwanego: firma zaproponowała mi służbowe mieszkanie.

To nie był pałac, ale był to mój własny kąt.

Gdy matka i Bogna się o tym dowiedziały, wpadły w szał.

Masz mieszkanie?! I nam nic nie dałeś?!

Próbowałem wytłumaczyć, iż to własność pracodawcy. Nie chciały słuchać.

A potem los zadał ostatni cios.

Zmarł mój dziadek ojciec matki.

Nie byliśmy szczególnie blisko, ale zawsze traktował mnie z podstawowym szacunkiem.

Gdy notariusz odczytał testament, nie mogłem uwierzyć własnym uszom.

Zostawił mi dom i ziemię.

Gdy matka i Bogna się o tym dowiedziały, oszalały.

To niesprawiedliwe! wrzeszczała Bogna. Ja mam dziecko! Potrzebuję tego domu!

W międzyczasie wyszła za mąż, urodziła dziecko i się rozwiodła. Teraz żądała, żebym sprzedał spadek i oddał jej pieniądze.

Ale ja już podjąłem decyzję.

Gdy im to oznajmiłem, eksplodowały.

Matka nazwała mnie egoistą.

Bogna krzyczała, płakała, oskarżała mnie o niewdzięczność.

Poczekałem, aż się uspokoją. Wtedy powiedziałem spokojnie:

Sprzedam dom. Ale te pieniądze przeznaczę na większe mieszkanie. Bo jestem żonaty. I moja żona jest w ciąży.

Kompletna cisza.

Nie ucieszyły się dla mnie. Nie zapytały o moją rodzinę.

Liczyło się tylko to, iż nie dostały tego, czego chciały.

To był ostatni raz, kiedy rozmawialiśmy.

**Rodzina, którą wybrałem**

Sprzedałem dom i kupiłem większe mieszkanie dla mojej rodziny.

Matka i Bogna?

Nigdy nie poznały mojego syna. Nigdy nie chciały go zobaczyć.

Ale wiesz co?

Nie tęsknię za nimi.

Po raz pierwszy w życiu wiem, co to znaczy mieć prawdziwą rodzinę.

I nigdy nie pozwolę, by moje dziecko przeszło przez to, co ja.

Idź do oryginalnego materiału