Ziemia lubi grać z człowiekiem w jakieś skomplikowane gry. Kiedy się szuka spokoju, podsuwa dramaty, kiedy się szuka rozrywki, można zasnąć nad kawą. Czasami choćby za myślenie potrafi ukarać, zgodnie z zasadą, iż dostaje się to, co się wymyśliło. A może ja źle na to patrzę i powinnam po prostu afirmować. To takie nowoczesne, trzy razy dziennie powtarzać sobie, w jakiej to obfitości żyję, jak to kocham siebie i innych, jak to oni mnie kochają, jak to wybaczam sobie i komuś tam i … wdzięczność się wylewa słowami, wyklepywana narzędziem internetowym, zaraz, zaraz… a jakie to narzędzie?… przeglądarka, aplikacja, poczta?
Z drugiej strony… czy powtarzanie niektórych afirmacji nie stawia człowieka w zatrzymaniu? Coś jak, „niczego mi nie brakuje”. Oczywiście domyślnie miało być czekaniem na to, co sobie lub sobą pokazujemy, samosprawdzającą się przepowiednią. Czyli zabieraniem się za sukces od „d**y strony” z jednoczesnym oczekiwaniem przepływu jakiego się nie ma, a o jakiego posiadaniu jednocześnie zapewnia się cały świat, ale przede wszystkim siebie i… przyszłość.
Pewnego razu Czuang Czou śniło się, iż jest motylem, radosnym motylem, który latał swobodnie, nie wiedząc, iż jest Czuang Czou. Nagle zbudził się i znów był rzeczywistym Czuang Czou. I teraz nie wiadomo, czy motyl był snem Czuang Czou, czy też Czuang Czou był snem motyla. A przecież Czuang Czou i motyl stanowczo różnią się od siebie. To się nazywa przemianą istoty.

Specjaliści od zarabiania na tym, iż ktoś ma marzenia, oferują szkolenia, których skuteczność jest trudna do sprawdzenia. I można delikwentowi coś obiecać, przy tym nic nie obiecując. I można pobrać od takiego naiwniaka opłatę, a w razie braku efektów, zgonić na zbyt małą sumienność, złą technikę przyswajania wiedzy, niezrozumienie i co tam jeszcze…
W jaki sposób zarobić milion? Sprzedać tysiąc kursów, każdy za tysiąc złotych.
Potem mamy takie obrazki, iż siedzi imć kołcz – opalony, wypindraczony. Zachowuje się jak mędrzec, który mówi zbiorowisku nieudaczników, jak mają żyć. A ci wpatrzeni w jego jasność (dobre lampy), chłoną te słowa, zapisują, projektują, marzą i nadzieją wylewają mu zasięgi. Skąd ten wielki bum na wszelkiej maści guru? Jaki Czuang Czou stanie się motylem nim nie będąc, i będzie motylem nie będąc Czuang Czou? Na pewno nie ten, który pochłania ciężkie energie, jakie musiałoby strawić przynajmniej tysiąc Czuang Czou, a nie jeden malutki motyl.
Czy tylko mi się jawi taka myśl, iż za dużo jest wokół nas kłamstwa? Ludzie utwierdzają drugich w błędach, inkasując przy tym różne sumki, a to na kadzidełka, a to na różaniec, a to nową książkę, czy hotel w górach wynajęty na spotkanie zwane szumnie warsztatami za niebotyczne kwoty i w takich dziwnych porach, iż chyba trzeba mieć dużo urlopu, żeby sobie na nie pozwolić. W takich miejscach spotykają się sami święci składając dłonie do modlitwy, przywitania… namaste, aloha… i tylko… skąd u nich te wszystkie stresy plus inne przypadłości, skoro żyją dobrze? Jakie ciężary zakłócają w nich spójności czynu i myśli? Co za blokady ich zatrzymują na którymś tam piętrze i trzymają za kostkę i męczą koszmarami… to bardzo zastanawiające… bardzo. Coś tu nie działa… Zdaje się rysować pytanie zasadnicze – czy te motyle mają rogi, czy czułki?









