
Poznaliśmy się przez aplikację randkową. Paweł od razu wpadł mi w oko. Przystojny, z klasą, na zdjęciach zawsze elegancki, z lekkim uśmiechem i nienaganną fryzurą. Z profilu biła pewność siebie kogoś, kto wie, czego chce od życia. Pisaliśmy ze sobą przez kilka dni i w końcu zaproponował spotkanie. Wybrał jedną z modnych kawiarni w centrum, o której wszyscy ostatnio mówili.
Randka zapowiadała się doskonale
Zgodziłam się z entuzjazmem. Specjalnie na tę okazję włożyłam nową sukienkę, w której czułam się naprawdę dobrze, i zrobiłam staranny makijaż. Chciałam wypaść jak najlepiej. Kiedy weszłam do środka, on już na mnie czekał. Uśmiechnął się, wstał i przywitał mnie delikatnym uściskiem.
– Wyglądasz świetnie, Ania – powiedział, taksując mnie wzrokiem, co muszę przyznać, połechtało moje ego.
– Dziękuję, ty również – odpowiedziałam, czując lekkie motyle w brzuchu.
Usiedliśmy przy małym, marmurowym stoliku. Kawiarnia była pełna gwaru, zapachu świeżo mielonej kawy i cichej, jazzowej muzyki w tle. Atmosfera wydawała się idealna. Przez chwilę rozmawialiśmy o błahostkach: o korkach w mieście, o pogodzie, o nowym serialu, który ostatnio wszyscy polecali. Wydawał się być naprawdę zainteresowany, zadawał pytania, śmiał się z moich żartów. Poczułam, iż jest między nami jakaś chemia, iż to może być początek czegoś ciekawego.
Pół kawiarni patrzyło na nas
Podeszła do nas kelnerka z uśmiechem na twarzy i podała menu.
– Poproszę duże latte na mleku owsianym – powiedziałam, nie zaglądając choćby do karty. Wiedziałam, na co mam ochotę.
Paweł spojrzał na cennik i jego twarz nagle stężała. Zauważyłam, jak mruży oczy, a jego dotychczas zrelaksowany wyraz twarzy znika.
– Dwadzieścia dwa złote za kawę? – rzucił głośno, tonem, który natychmiast zwrócił uwagę ludzi przy sąsiednich stolikach. – Przecież to jest jakiś absurd. Zdzierstwo w biały dzień.
Zamarłam. Pół kawiarni na nas patrzyło. Kelnerka stała obok, wyraźnie zmieszana, przestępując z nogi na nogę.
– Przepraszam, ale takie mamy ceny – wydukała, czerwieniąc się.
– Nie, no jasne, to nie pani wina. Ale żeby płacić ponad dwadzieścia złotych za trochę ziaren i zabarwioną wodę? W domu zrobię sobie lepszą za ułamek tej ceny – ciągnął dalej, nie zważając na to, jak niezręcznie się czułam.
Chciałam zapaść się pod ziemię. Zrobiło mi się gorąco z zażenowania. Czułam, jak wszyscy w kawiarni obserwują nasze zachowanie. Miałam ochotę przeprosić za niego, ale jednocześnie byłam zbyt skrępowana, żeby się odezwać.
– Paweł, przestań... – szepnęłam, starając się uśmiechnąć przepraszająco do kelnerki. – jeżeli chcesz, zapłacę za siebie.
– Nie o to chodzi, Aniu. Chodzi o zasady. Nie lubię, jak ktoś robi ze mnie głupka – odparł z naciskiem, po czym zwrócił się do dziewczyny z notesem: – Zwykłe czarne espresso. Bez żadnych udziwnień.
Usiadłam jeszcze niżej na swoim krześle, chcąc zniknąć. Cała randka kręciła się wokół tego, jak to w dzisiejszych czasach wszyscy próbują wyciągnąć z człowieka pieniądze. Paweł wygłaszał tyrady o rosnących kosztach życia i o tym, jak to ludzie bezmyślnie wydają fortunę na bzdury. Siedziałam tam, powoli sącząc swoje latte za dwadzieścia dwa złote, i czułam, jak z każdym łykiem smakuje ono coraz gorzej.
– Wiesz, ja naprawdę nie rozumiem, jak można się tak dawać naciągać. Kiedyś kawa to była kawa, a teraz wymyślają jakieś mleka, syropy, dodatki... I wszystko po to, żeby wyciągnąć z ludzi kasę – mówił, rozkładając ręce.
– Może po prostu ktoś lubi takie rzeczy – próbowałam załagodzić sytuację, ale on tylko machnął ręką.
– No tak, jasne. Lubią, bo im wmówili, iż to lepsze. Ja się na to nie nabieram.
Czułam, iż ta rozmowa donikąd nie prowadzi. Przez chwilę żałowałam, iż nie wybrałam jakiegoś spokojniejszego miejsca, gdzie nie byłoby tyle ludzi i nie musiałabym się wstydzić za towarzysza. W pewnym momencie Paweł zaczął opowiadać o swoim podejściu do finansów. Mówił, iż jest oszczędny, iż nie wydaje na głupoty, iż zawsze analizuje, na co wydaje pieniądze. Było w tym coś zdrowego, ale ton, w jakim to mówił, sprawiał, iż czułam się oceniana za swoją kawę.
– Wiesz, ja mam taką zasadę, iż nie płacę za coś, co mogę mieć taniej albo lepiej. Może jestem staroświecki, ale nie dam się robić w balona. A ty?
– Każdy ma swoje priorytety – odpowiedziałam wymijająco, bo nie chciałam wdawać się w bezsensowną dyskusję.
Niezręczności nie było końca
Po kawie Paweł zaproponował spacer po okolicy. Wydawało mi się, iż chce się zrehabilitować za wcześniejsze zachowanie. Przez chwilę rozmawialiśmy o pracy. Okazało się, iż pracuje w branży finansowej. Zaczął opowiadać o tym, jak to ludzie nie potrafią zarządzać swoimi pieniędzmi, jak często widzi, iż ktoś żyje ponad stan, bierze kredyty na głupoty.
– Widzisz, ja zawsze planuję wydatki. Odkładam, inwestuję, nie szastam kasą na lewo i prawo. Dlatego mogę sobie pozwolić na pewne rzeczy – tłumaczył z dumą.
– To chyba dobrze, jeżeli ktoś potrafi się zabezpieczyć na przyszłość – przyznałam, choć coraz bardziej miałam wrażenie, iż ta rozmowa to nie jest dialog, tylko jego monolog.
– No właśnie. Ale ludzie się dziwią, iż potem ich nie stać. Bo zamiast myśleć, wydają na kawy, ciastka, głupoty. A potem płacz, iż nie mają na ratę – ciągnął.
Nie miałam już siły oponować. Zastanawiałam się, czy to ja przesadzam, czy rzeczywiście coś tu nie gra. Ostatecznie postanowiłam nie oceniać zbyt pochopnie. Przecież nie każdy musi mieć takie samo podejście do pieniędzy jak ja.
Był naprawdę z siebie dumny
Kiedy w końcu oddaliśmy się od lokalu, odetchnęłam z ulgą. Miałam nadzieję, iż to koniec tego dziwnego popołudnia. Szliśmy w stronę parkingu, a ja zastanawiałam się, jak gwałtownie i w miarę uprzejmie zakończyć to spotkanie.
– Podwiozę cię – zaproponował, wyciągając kluczyki z kieszeni eleganckiego płaszcza.
Zanim zdążyłam odmówić, nacisnął guzik, a kilkanaście metrów dalej z cichym pikiem odblokowały się drzwi potężnego, lśniącego czernią SUV-a. Znałam ten model. Mój brat interesował się motoryzacją i wiedziałam, iż takie auto kosztuje co najmniej sto osiemdziesiąt tysięcy złotych.
Paweł podszedł do samochodu z dumą wypisaną na twarzy.
– Wsiadaj – powiedział, otwierając mi drzwi.
Wnętrze pachniało nowością i drogimi perfumami. Kiedy usiadłam, od razu poczułam miękkość jasnej, skórzanej tapicerki. Była nieskazitelna. Przez chwilę siedział w milczeniu, jakby czekał na moją reakcję. W końcu sam przerwał ciszę.
– Ładny, co? – zapytał, odpalając silnik, który zamruczał cicho i potężnie. – Dopiero co odebrałem z serwisu. Wiesz, musiałem zaimpregnować te skóry. Kosztowało mnie to cztery tysiące, ale sama powiedz, warto było. Bez odpowiedniej pielęgnacji gwałtownie by się zniszczyły.
Słuchałam go z niedowierzaniem. Zaledwie pół godziny temu zrobił aferę o dwadzieścia dwa złote za kawę, twierdząc, iż to zdzierstwo i rozbój w biały dzień. A teraz, bez mrugnięcia okiem, chwalił się wydaniem kilku tysięcy na czyszczenie foteli w samochodzie wartym małą fortunę.
– Cztery tysiące? – upewniłam się, patrząc na niego z ukosa.
– No tak, ale to specjalistyczne środki. Nie można na tym oszczędzać, jeżeli chce się utrzymać jakość – wyjaśnił tonem eksperta, gładząc kierownicę z niemałą czułością.
Przez chwilę opowiadał mi o różnych akcesoriach samochodowych. O tym, jak ważne jest, żeby mieć odpowiednie dywaniki, kosmetyki do pielęgnacji lakieru, jak bardzo zwraca uwagę na szczegóły. W jego głosie słychać było prawdziwą dumę i satysfakcję. choćby wydawało mi się, iż bardziej cieszy go ten samochód niż całe nasze spotkanie.
– Zawsze marzyłem o takim aucie. Wiesz, to jest dla mnie nagroda za lata pracy. Nie zamierzam na nim oszczędzać – dodał.
Właśnie wtedy dotarło do mnie, iż nie chodziło o zasady, o których tak zawzięcie mówił w kawiarni. Chodziło po prostu o to, co dla niego miało wartość, a co uważał za fanaberię. Kawa z mlekiem za dwadzieścia dwa złote to był absurd. Ale cztery tysiące na czyszczenie kanapy, na której właśnie siedziałam, to była inwestycja.
Nie chciałam ciągnąć rozmowy
W drodze do mojego domu samochód sunął po ulicach niemal bezszelestnie. Paweł przez chwilę opowiadał jeszcze o swoich podróżach, o tym, jak zwiedzał Europę – oczywiście zawsze samochodem, bo nie lubi być uzależniony od rozkładów jazdy. Wspominał o hotelach, w których nie dał złotówki napiwku, bo uznał, iż obsługa nie zasłużyła.
– Wiesz, nie jestem skąpy. Po prostu nie lubię, jak ktoś oczekuje, iż dam coś tylko dlatego, iż tak wypada. Każdy musi sobie zasłużyć – tłumaczył, ewidentnie nie dostrzegając, jak bardzo mnie to razi.
W mojej głowie kłębiły się myśli. Czy ja naprawdę chcę mieć do czynienia z kimś, kto tak otwarcie krytykuje innych za drobne przyjemności, a sam nie widzi problemu w wydawaniu ogromnych sum na luksusy? Czy to kwestia innego podejścia do życia, czy po prostu braku empatii? Na światłach Paweł rzucił jeszcze:
– Powinnaś zobaczyć, ile kosztuje detailing wnętrza takiego auta. Ale nie żałuję ani grosza. To są rzeczy, które mają sens.
Przytaknęłam tylko, nie chcąc ciągnąć tej rozmowy. Chciałam już być w domu, z dala od tego zadęcia i moralizatorstwa.
Nie będzie żadnego następnego razu
Kiedy w końcu zatrzymał się pod moim blokiem, pożegnałam się gwałtownie i bez zbędnych ceregieli.
– To co, do zobaczenia? – zapytał z uśmiechem.
– Tak, dzięki za podwózkę – rzuciłam, zamykając za sobą ciężkie drzwi SUV-a.
Wiedziałam już, iż nie będzie żadnego następnego razu. Weszłam do mieszkania, zrobiłam sobie najzwyklejszą, rozpuszczalną kawę i usiadłam w fotelu, patrząc przez okno. Czasami jedno popołudnie wystarczy, żeby zobaczyć człowieka takim, jakim jest naprawdę. Poczułam ulgę, iż to tylko randka, a nie początek czegoś poważnego. I chyba jeszcze nigdy kawa za dwa złote nie smakowała mi tak dobrze.
Przez kolejne dni Paweł jeszcze pisał. Pytał, czy się nie rozchorowałam, czy dobrze dotarłam, czy nie miałam problemów z powrotem. Proponował kolejne spotkanie, sugerował kino, kolację, a choćby wspólną wycieczkę poza miasto. Odpowiadałam coraz krócej, aż w końcu przestałam odpisywać w ogóle.
Zastanawiałam się, czy powinnam mu napisać, dlaczego nie mam ochoty na kolejną randkę. Z jednej strony nie lubię urywać kontaktu bez słowa, z drugiej – nie chciałam wdawać się w tłumaczenia, które pewnie i tak by nie zrozumiał. Zresztą, czy naprawdę muszę tłumaczyć komuś, iż nie podoba mi się jego podejście do świata?
Potraktuję to jako lekcję
Opowiedziałam o tej randce koleżankom. Jedna z nich tylko wzruszyła ramionami:
– Aniu, dobrze, iż wyszło od razu. Wyobraź sobie, iż zaczynasz się z kimś wiązać, a potem okazuje się, iż twoje życie to nieustanne tłumaczenie się z każdej wydanej złotówki. Lepiej wiedzieć wcześniej, na czym stoisz.
Wtedy postanowiłam, iż zamiast się złościć, potraktuję to jako lekcję. Może Paweł znajdzie kogoś, kto podziela jego wartości. Ja wolę żyć po swojemu, nie musieć ciągle się tłumaczyć i nie czuć się oceniana za małe przyjemności. Przynajmniej wiem, iż nie muszę się godzić na bycie z kimś, kto nie szanuje moich wyborów.
Anna, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałam, iż dobre sąsiedzkie relacje to skarb. Zmieniłam zdanie, gdy sąsiadka zaczęła przynosić mojemu mężowi obiadki”
- „Śledziłam narzeczonego aż na cmentarz. Gdy ujrzałam znicz w kształcie serca, wiedziałam, iż jestem na przegranej pozycji”
- „Płaciłam za prywatną szkołę, licząc na lepszą przyszłość. 1 komentarz uświadomił mi, iż szczęścia dziecka nie da się kupić”











