Najbardziej słoneczne miejsce w Szkocji

adamaswtrasie.blogspot.com 1 godzina temu
Jak wspominałem w poprzednim wpisie, dzięki światłym decyzjom rządzących utknąłem w krokodylu Dundee (trzeba czytać Dan-dii-i, z akcentem na drugie d), reklamującym się jako najbardziej słoneczne miasto Szkocji. Logotypem miejscowości jest słoneczko, coś jak u nas w Mielnie. Tylko nad Morzem Północnym. Nie no, żartuję, całkiem udatne piaszczyste plaże Dundee miało troszkę dalej od centrum, chociażby w Broughty Ferry, satelickim miasteczku słynącemu z niewielkiego zamku.
Zamek Broughty Ferry, broniący dostępu do piaszczystych plaż estuarium rzeki Tay
Właśnie. Szkocja usiana jest wręcz zamkami (w samym Dundee są trzy) – przez wieki był to bowiem niezwykle dziki kraj, i taka kamienna forteca lepiej się w stosunkach międzysąsiedzkich sprawdzała niż nasze choćby obronne (wiecie, takie z alkierzami umożliwiającymi skuteczniejsze prowadzenie ognia) dworki. Albo u nas ludzie bardziej cywilizowani.
Breamer - jeden z licznych szkockich zamków
Tu powinienem zażartować, iż Szkoci to naprawdę dzielny lud, jako, iż chodzą w kieckach bez majtek w kraju, gdzie osty i pokrzywy dorastają do metra wysokości, ale ponieważ nie staram się o angaż do Familiady to nie zażartuję. Tym bardziej, że słynny kilt to angielski wynalazek, a oset ów – jakby nie było narodowy kwiat Szkocji (vide Order Ostu, najważniejsze chyba szkockie odznaczenie) – po naszemu zwie się popłochem. Ależ psikuśnicy z tych naszych botaników-systematyków.
Szkocki oset czyli popłoch - w tle Jezioro Ness
Samo Dundee okazało się typowym brytyjskim miastem. Znaczy się było niezbyt urodziwym ośrodkiem z główną ulicą, wzniesionym z szarego kamienia. Prawie cała Szkocja jest taka, z wyjątkiem pasa ciągnącego się od Arbroath na wschodzie po Glasgow na zachodzie. W tym rejonie występuje bowiem Old Red Sandstone, taki czerwono-brązowy, ceglasty, piaskowiec, więc i miejscowości są tej barwy.
Próby tynkowania szarego kamienia w centrum Dundee
Nad centrum (szkoda mi zużywać określenia stare miasto) góruje Old Steeple, średniowieczna wieża, pozostałość po takimż gotyckim kościele (ten dobudowany jest neogotycki). Dziś tą najwyższą w Szkocji zabytkową dzwonnicę otacza galeria handlowa, dla upijającej się w niej młodzieży spełniająca rolę świątyni. Jak ktoś się interesuje lekkoatletyką, to pewnie zaświeciła mu się lampka na słowo steeplechase – tak zwie się przecież bieg na 3000 metrów z przeszkodami (w tym i słynnym rowem z wodą). Chodziło tu o to, iż pierwotnie zawodnicy mieli dobiec do górującej na horyzoncie wieży (steeple), po drodze przeskakując płoty czy kanały melioracyjne (a kto pierwszy na rowie z wodą, ten pierwszy na mecie, jak mawia Konfucjusz Babiarz Przemysław). Tak, ten cały miejski parkour nie jest niczym nowym.
Ye Old Steeple
Jest też wspaniałe estuarium rzeki Tay, Firth of Tay, z przerzuconym nad nim cudem XIX-wiecznej techniki, żelaznym mostem kolejowym (nie tak ładnym jak w Edynburgu może, tym wpisanym na listę UNESCO, ale chyba dłuższym) oraz pamięć po czasach, gdy miasto było centrum przemysłu. Nie tylko zresztą stoczniowego czy rybackiego. W czasach rewolucji industrialnej Dundee znane było jako miasto trzech J. Przynajmniej po angielsku, nasz wspaniały, nie tak prymitywny język trochę inaczej traktuje te słowa: jam, juta, journalist. Oto było Dundee centrum produkcji jutowych sznurów czy tam worków, wczesnego rozwoju dziennikarstwa oraz miejscem powstania pomarańczowej marmolady (nie, to nie miś Paddington z Peru ją wynalazł). Dzisiaj została jakaś lokalna gazeta, muzeum juty i konfitura w sklepie.
Górująca nad Dundee platforma wiertnicza - znak, iż przemysł stoczniowy jeszcze całkiem nie obumarł w Szkocji, a miasto dalej jest nieco uprzemysłowione
Oraz słynny HMS Discovery, na którym pływał – jesteśmy w Szkocji – niejaki Robert F. Scott. Człowiek, którego pokonała Antarktyda i Roald Amudsen (oprócz Discovery w porcie stoi jeszcze HMS Unicorn, najstarszy na Świecie zachowany drewniany okręt bojowy). Sporo przez to pingwinów w mieście. Rzeźb, znaczy się.
HMS Discovery i jaskółki które żarły po osiemnastej pingwiny
Samo Dundee jest – mimo dość nowoczesnej tkanki miejskiej – osadą dość starą (ma choćby kamienny krąg, ciut starszy i kilka bardziej imponujący od tego opisywanego przeze mnie w Poddąbiu). Nad miastem góruje Dundee Law, spore wzgórze z resztkami grodziska jeszcze z epoki żelaza. We wczesnym średniowieczu należała do Królestwa Angus, jednego z celtycko-piktyjskich państewek z których powstała Szkocja zjednoczona przez Kennetha MacAlpina. Wygaśnięcie starszej linii dynastii przypadło na czasy Macbetha (Mac Bethada), młodszej zaś poskutkowało imponującymi zmaganiami nad panowaniem w kraju, niezwykle sugestywnie, choć może nie do końca zgodnie z prawdą oddanymi w Bravehearcie Mela Gibsona.
Widok z Dundee Law na wody Firth of Tay i kolejowy Taybridge
W trakcie owych wojen z przełomu XIII i XIV wieku walki toczono także w Dundee (efektem tego było zniszczenie głównego zamku miasta, została po nim tylko katedra św. Pawła i ulica Castle Street, przy której zdarzyło mi się pomieszkiwać; te istniejące trzy wspomniane zamki to prywatne rezydencje raczej z czasów nowożytnych). Finalnie zwycięstwo odniósł Robert Bruce, zwany Braveheart, a Szkoci – według samych Szkotów – stworzyli nowoczesny europejski naród. Ale to inna historia, musiałbym udać się do malowniczego Arbroath (może kiedyś) na północ od Dundee. A to nie po drodze. Nie mogąc zapomnieć, iż dążę tu do opowieści o tym, jak w czasie podróży przydały mi się studia hydrobiologiczne wyjeżdżam ze Szkocji do Polski. Wbrew pozorom wcale nie miałem łatwo – Wielka Brytania nigdy nie była w strefie Schengen (Polska wtedy też zresztą), a w związku z tym, że złamał mi się dowód osobisty lot samolotem odpadał. W autokarach nie czepiali się tak, więc wsiadłem w szkocki pekaes (właścicielem był późniejszy założyciel Polskiego Busa) i ruszyłem – z przystankami – do Polski. Trasa zajęła kilka dni, po drodze bowiem trochę zwiedzałem, i przyniosła wiele dodatkowych atrakcji, jak awarię pojazdu, gadatliwą współpasażerkę ze schizofrenią czy agresywnych Cyganów. Ot, uroki komunikacji zbiorowej.
Nie ukrywam, iż lubię to zdjęcie szkockich pustaci - uspokaja po wspomnieniach z podróży zbiorkomem
Idź do oryginalnego materiału