Nie taka Julka

newskey24.com 5 dni temu

Nie taka Jagódka

Jagoda! Znowu?! Matko Boska, przecież ty to jakieś nieporozumienie, a nie dziecko! Jak można?!

Mamusiu, nie wiem. To się samo zrobiło

Mama ściągała z Jagody umazaną kurtkę, przemoczone buty i czapkę bez pompona.

U innych dzieci jak u ludzi, a u mnie Jagoda! Ileż razy można?!

Dziewczynka rozglądała się po podartym spodzie sukienki i ciężko wzdychała.

A przecież było tak wesoło! Lokomotywa wypadła znakomicie! Szkoda tylko, iż Staszek szarpał ją za sukienkę aż się rozerwała. A pani Katarzyna Michalik powiedziała, iż łatanie to nie jej robota i niech Jagodowa mama się tym zajmie. Miała rację, wiadomo! Tylko, iż przez to od podwieczorku do wieczora musiała siedzieć na krześle w kącie. Przecież nie mogła świecić majtkami przed chłopakami! Babcia Jagodzie zawsze powtarzała, iż to nie przystoi. A babcia trochę o życiu wiedziała!

Na przykład, iż Jagódka jest taka. Mama tego nie dostrzegała, ale babcia bez wahania.

Przestań dziecko dziobać! Co za dziwny zwyczaj?

Mamo, sama mnie tak wychowywałaś! Czemu teraz ci się to nie podoba? Jak nie będę pilnować Jagody, to co z niej wyrośnie?

Taka sama mądra i ładna jak ty! Niedosyt?

Daj spokój z tymi głupotami! Jagoda! Przebieraj się, już!

Jagódka uciekła do pokoju z ulgą, a kłótnia jej dwóch ukochanych osób trwała dalej bez niej. Zresztą, ona im nie była potrzebna. Ot, pretekst.

Kiedyś zapytała babcię, co to znaczy, iż jest inna. Babcia tylko się roześmiała:

Tak się najciekawiej kłóci, dziecinko. Ty jesteś dla nas najważniejsza! Jedna jedyna! Dlatego każda na swój sposób się martwi. Mama surowa, bo myśli, iż musi. Ja moja surowość skończyła się na twojej mamie, więc mam inne sposoby. Przypuśćmy: piernik.

Nie lubię pierników!

No, to może cukierek.

O, lepiej! Babciu, mama mnie kocha?

Bardziej niż ktokolwiek na świecie! choćby bardziej ode mnie, wierz mi!

To czemu zawsze mnie gani?

Właśnie dlatego

Dziwna ta miłość Ty też mnie kochasz, a nie besztasz.

Bo jestem babcia, a ona mama. Mama musi wymagać. To inna miłość. Rozumiesz?

Nie!

Widocznie jeszcze nie czas. Zrozumiesz potem.

Tylko potem ciągle nie nadchodziło.

Jagódka czekała i czekała, ale nic się nie zmieniało. Mama z każdym rokiem robiła się surowsza.

Co ja mam z tobą zrobić?! Będę czekać, aż coś przyniesiesz w podartym spodzie?

To powiedzenie regularnie słyszała, ale jego sens długo był dla niej tajemnicą. Chichotała tylko na wspomnienie o przedszkolnej dziurze w spódnicy. Często miała ochotę zapytać, jak w dziurze można coś przynieść, ale wiedziała, iż to źle się skończy. Mama by nie zrozumiała żartu, a Jagoda znowu dostałaby po uszach.

Mamine lęki były kompletnie bezpodstawne.

Niepozorna, choć sympatyczna Jagódka, szczerze uważała się za przeciętną. Cóż z tego, co mówi babcia? Lustro prawdy nie ukryje!

A w lustrze widziała Nic dobrego! Oczy małe, kiteczka z ciemnych włosów marna, a na nosie same pryszcze. Cóż ona za piękność!

Jagoda od dawna wiedziała już, jak wygląda smutna prawda o sobie, więc nie zawracała sobie wyglądem głowy. Tak prościej! Moda? Po co jej moda. Buty stare, ale wygodne akurat do wszystkiego, prócz wyjścia do teatru z babcią. Wtedy wkładała coś porządnego.

Teatr kochała ogromnie. Szkoda, iż bilety były za drogie. Babcia odkładała z emerytury, więc Jagódka już w siódmej klasie została pomocnicą u sąsiadki i dorabiała przy bliźniakach. Nie miała rodzeństwa, więc opieka nad dziećmi była dla niej przyjemnością, a nie obowiązkiem.

Było super! Przychodziła, pobawiła się, nakarmiła i zmykała. W domu cisza, nikt po głowie nie skacze, po zeszycie nie gryzmoce, pokoju nie trzeba dzielić! Żyć, nie umierać!

Nie była egoistką, ale już rozumiała, iż dwoje dzieci to nie przelewki pieniądze muszą być, i spore. A u nich głównie pensja mamy pielęgniarki i babcina emerytura. Najważniejsze brak ojca. Jagódka nigdy go nie widziała i nie żałowała.

O swoich przemyśleniach mamie nie mówiła. Po co ją jeszcze denerwować? Sama ma dosyć, zwłaszcza z babcią, której pamięć znikała z każdym dniem.

Dobrze, iż babcia pamiętała ojca choć trochę i opowiedziała, jak się pojawił i… zniknął:

Nie był twojej mamie potrzebny. Hulaka, panien miał na pęczki. Ostrzegałam ją, ale zakochana była i wierzyła w małżeństwo. No i wzięli ślub; mama nie odpuszczała. Ale jak dowiedział się, iż jest w ciąży, wyparował. Zostawił tylko karteczkę.

Jaką?

To ich sprawa, Jagódko. Pamiętaj jedno: byłaś dla mamy tak wyczekana, iż chodziła na palcach przez całą ciążę, jakby niosła kryształ. Bała się, iż coś ci się stanie, i po porodzie też się nie uspokoiła. Myślisz, iż dlatego tyle cię karci i wychowuje?

Tak?

No pewnie! Drży o ciebie, czasem noce nie śpi. Siedzi, głaszcze cię po głowie i cicho łka. Spytam wścieka się. To jej tajemnica. Kocha cię, Jagódko, jak umie. Zrozumiałaś?

Jakby nie…

A ja ją też tak wychowywałam. To zwyczajne, matczyne. Ze strachu czasem na odwrót wychodzi.

Czemu tak się boicie?

Za dziecko się boi. Zrozumiesz, jak sama urodzisz.

Jagódka nie odparła. Pomyślała tylko, iż ona swoich dzieci nie będzie karcić, wychowa je zupełnie inaczej. Naiwna, ale kto w tym wieku nie jest?

Na dzieci jednak się nie zanosiło. Kto chciałby taką? Mała, brzydka, złośliwa. Przyczepi się i już nie odpuści.

Po szkole Jagoda trafiła do tej samej bydgoskiej przychodni, w której pracowała jej mama. I zaczęło się!

Wszystko źle! Za szybka, za bardzo przejmuje się pacjentami, powinna mniej, inaczej zaraz ją sobie wszyscy wezmą za maskotkę! Stara się ponad miarę Po co? Jedni wyjdą, drudzy przyjdą! Rozdwoić się nie można. Lepiej spokojniej!

Ale Jagódka nie słuchała. Każdego chorego jej zabrało, aż łzy się cisnęły. Człowiek się męczy, cierpi! Jej trudno poprawić koc czy zrobić zastrzyk? Dobre słowo przecież nic nie kosztuje miłe choćby dla kota, a co dopiero człowieka.

Nawet mama ją ostrzegała:

Córeczko, nie wychylaj się tak. Tu takich nie lubią Jeszcze się z kimś pokłócisz i komu to będzie dobrze, mnie? Tobie? Babci? Potrzebujemy twojej pensji. Przecież nie oddamy babci do domu starców A opiekunka kosztuje fortunę. Ty musisz pracować, a kto z babcią zostanie?

Mamo, nie potrafię inaczej! Krzyczą na pacjentów, obrażają!

Praca ciężka i ludzie różni. Sama widzisz. To niełatwe tak do kogoś z sercem. W waszym oddziale są trzy takie jak ty dużo! Pani oddziałowa cię chwali, ale też prosi, żebyś zwolniła. Na siłę nikogo nie nauczysz. Tylko własnym przykładem, cierpliwie wtedy może

To długo trwa!

O, Jagódko Do kogo ty jesteś taka?

Jaka?

Uparta.

Po tobie mam.

Jagoda!

Co?

Nic Rób, co mama mówi.

Niech jej będzie, choć słuchać mamy wolała tylko czasami. Chyba w czymś miała rację, ale przecież babulinka z trzeciej sali, złośliwa jak sto diabłów, to właśnie do Jagody się uśmiechała! Nigdy nie poskarżyła się, iż robią zastrzyki źle albo za mało troski. Na inne siostry się uskarżała, na nią nie.

I nie ona jedna! Było ich sporo Zmęczonych, obolałych, żalących się na rodzinę Jagoda wszystko słyszała, wszystko widziała. Przychodzi ktoś niby odwiedzić, a gada o spadku albo głupotach. A pacjent potem płacze Albo się złości I jak tu nie rozumieć?

Ale mamie nic do tego. Najważniejsze, żeby Jagodzie było dobrze. A jak można cieszyć się życiem, gdy obok komuś jest źle?

Wszystkich nie uratujesz, to prawda. Ale komuś chyba można?

Niech dziewczyny w oddziale się śmieją i mówią, iż Jagódka jest święta i nadaje się do klasztoru niech mówią! Babcia zawsze mawiała, iż karawana idzie dalej

I Jagody karawana też szła. Przewalała piach i czasem dusiła się pragnieniem.

Źle, gdy mało kto cię rozumie. I źle, gdy nie ma nikogo, kto powie, iż jesteś inna.

Nie żeby Jagódka tęskniła za akceptacją. Już się bez niej obyła. Ale, odkąd babcia całkiem już znikła z realności, Jagodzie nie miał kto choćby pogadać. Mama tylko marudziła, żeby wreszcie pomyślała o sobie. Koleżanki jedna po drugiej wychodziły za mąż i już same wciskały jej bukiety:

choćby rzucać już nie będziemy! Czas ci się żenić, Jagoda! Trzymaj!

Jagoda kwiaty brała oczywiście, nie chciała robić przykrości dziewczynom. Ale jej ten jeden nie pojawiał się. Zabłądził albo i wcale dla niej go nie stworzono. Bywa i tak ludzie są czasem samodzielni, bez połówki?

Pogodziła się z tym. adekwatnie przestała już czekać. Bohaterstwo Tatiany Łariny nie było jej pisane. Pierwsza by się nie przyznała, choćby gdyby było komu.

Rutyna: szpital, schronisko dla zwierząt, gdzie czasem pomagała przyjaciółce-organizatorce, łóżko babci, która już rzadziej poznawała wnuczkę. Mama wzdychała, gnała ją do ludzi, do zabawy z koleżankami, ale wiedziała, iż to już po nic. Jagoda stawała się typową starą panną nieświadomą już ani miłości, ani zapętlonych rodzinnych węzłów.

Mamo, jeżeli chcesz wnuki, powiedz wprost! Urodzę ci dwójkę dziś to proste!

Jagoda! Skąd w tobie taki cynizm?!

Co robić? Książęta to rzadkość, prawa natury, mamo! Czego ty ode mnie chcesz?

Jagódko, chcę po prostu, żebyś była szczęśliwa

To przestań mi powtarzać, iż muszę sobie życie ułożyć. Nie chce mi się tego układać. I dobrze mi tak! Rozumiesz? Odpuść, bo mi z tym niedobrze

I mama milkła, cicho wzdychając i rozmyślając, z kim zeswatać tę krnąbrną córkę. Synowie przyjaciół już rozdani, więc pozostawało czekać cudów.

Cud jednak przyszedł zupełnie inaczej, niż marzyła Jagoda.

Wyobrażała sobie, iż on się zjawi i będzie czekał cierpliwie, aż ona odwzajemni uczucie. Tymczasem wszystko poszło inaczej.

Najważniejszą rolę w przedstawieniu zwanym życiem odegrała stara zrzęda babcia Maria Zawadzka. Trafiała do oddziału regularnie, dwa razy w roku. Zawsze wyprowadzała personel z nerwów, a wszyscy zrzucali obsługę na Jagodę.

Znowu będzie się skarżyć! Oby była zdrowa! Jagodka, twoja ulubienica! Przywitaj ją!

Maria Zawadzka promieniała na widok pędzącej korytarzem Jagódki.

Moja dziewczynko! Tak się cieszę, iż cię widzę! Chociaż jedno ludzkie oblicze wśród wampirów!

Oj, co też pani mówi… Wszyscy tu w porządku!

Młoda jesteś, nie rozumiesz jeszcze! Ja swoje wiem! choćby nie próbuj dyskutować!

Spokojnie, przeprowadzę panią do sali. I tak wszystkich pani nastraszyła!

I dobrze! Niech się trochę boją!

Ale z pani szelma, pani Mario!

Fakt. Ale ja to pół biedy. To ty mojej kotki nie widziałaś! Ona to dopiero wór złośliwości z ogonem!

Jagódka się uśmiechała, ale gwałtownie zapomniała o tej kotce. Niestety, przyszło jej ją poznać.

Stało się to, gdy Maria Zawadzka przyszła do szpitala dziwnie przygaszona, jakby nie sobą była.

Pierwszy raz nie sprzeczała się i nie złościła. Przeszła za Jagodą do sali, położyła się plecami do pokoju. Gdy zaniepokojona pielęgniarka pytała, machnęła ręką.

Idź z Bogiem, Jagódko Potem

Jagoda gwałtownie dowiedziała się o diagnozie i powodzie zgłoszenia się Zawadzkiej do szpitala.

Pokłóciła się z rodziną, teraz cierpi przez samotność. Trudno, ona chciała wszystko zrobić po swojemu. Dzieci kocha się ciepło, wtedy chętniej szklankę wody podadzą!

Gadka jak zwykle wpadała jednym uchem, wypadała drugim. Każda rodzina swoje cienie chowa, po co grzebać.

Po dyżurze Jagódka weszła do babci Marysi.

Jak się pani czuje? Przynieść coś?

Odpowiedział jej długi, zamyślony wzrok. Kiedy już wychodziła, babcia zaczęła mówić:

Jagódko, chciałam cię prosić, tylko Głupio tak. Nigdy nikogo nie prosiłam, raczej wymagałam. Mama moja była temperamentna, mnie na własnych zasadach trzymała. Jak coś chcesz, nie czekaj zrób to! Ale jak już nie dajesz rady sama To nie mówiła.

Pani mi powie, nie bać się!

Widzisz, Jagoda, mam rodzinę całą, ale zaufać nie mogę. Durnieje się pod koniec życia. Praca, kłopoty, euforii trochę jak makiem zasiał, za to trosk na całe rusztowanie. Dzieci rozpieściłam Już za życia podzielili majątek. Oddałam im mieszkanie, żeby ze mną nie mieli kłopotu. Wykształciłam, wnukom pomagałam, póki zdrowie pozwoliło. Teraz nie jestem już potrzebna Ani ja, ani Jagoda, weź moją kotkę Mirkę!

Kogo?!

Moja Mirka, czarna maruda, ale mądralińska jak nikt! Gdy szłam do szpitala, rzucała mi się pod nogi, nie chciała wypuścić. Wszystko rozumie…

Jagoda była zaskoczona.

Kochała zwierzęta, ale nigdy w domu nie trzymali, głównie przez zdrowie babci i finanse. To kolejne wydatki, a pieniędzy jak na lekarstwo.

Ale odmówić Marysi nie zdołała. Po jej spojrzeniu jasne było, iż kot to jedyna euforia tej starszej kobiety. Głupio, a jednak… Postanowiła nie oceniać jeżeli możesz dać komuś światło w ciemności, daj. Zamiast sądzić innych, lepiej przyjrzeć się sobie…

Po dyżurze znalazła mamę, spytała o zdanie i pojechała po Mirę.

Wezmę pani kotkę, ale tylko na czas choroby! Jak pani wyzdrowieje, wróci do domu!

Oczywiście, Jagódko…

Maria Zawadzka kiwała głową i pierwszy raz wydawała się zwykłą babcią, nie jędzą.

Pod blokiem, klucze w ręku, Jagoda się zawahała. Dostała je, ale wchodzić sama było nieswojo. Pokręciła się na półpiętrze, zapukała do pierwszych lepszych drzwi.

O kogo chodzi? spytała młoda kobieta z malcem na ręku.

Przepraszam, Maria Zawadzka prosiła, żebym zabrała jej kota. Można chwilkę, jak go złapię?

Sama się boisz wejść? kobieta się uśmiechnęła. Słusznie! Babcia złośliwa. Lepiej uważać.

Ale nie taka straszna. Wszystkie starsze panie mają swoje humory.

Wiadomo! zgodziła się i kiwnęła. Działaj! Czekamy, prawda, Franek?

Franek zgłosił akceptację, a operacja ratowania Mirki zaczęła i skończyła się szybciej niż planowała.

Bo tylko Jagoda otworzyła drzwi, a czarna strzała prześlizgnęła się przez szparę, pomknęła po schodach i znikła! choćby krzyknąć nie zdążyła.

Zamknij drzwi! rzuciła sąsiadka, Jagoda musiała wrócić. Teraz jej nie złapiesz. Szybka i dzika! Uważaj na ręce! Powodzenia!

Dzięki!

Pobiegła po schodach, modląc się, by drzwi od bloku były zamknięte.

Akcja niepowodzenie drzwi na oścież, a silni faceci dźwigali kartony z auta.

Kota nie widzieliście przypadkiem? zapytała bez nadziei.

Jeden z tragarzy machnął w kierunku drzew.

Na drzewo wleciała!

Reszta się śmiała, widząc, jak Jagoda biega, podczas gdy kota, już wyżej, szczerzyła kły. Ale nikt nie pomógł.

Kotkę w ciemnościach Jagoda nie widziała, słyszała tylko syczenie i miauczenie, a w gąszczu gałęzi nie daleko już malutkich lisci choćby nie dostrzegła.

Mirusiu, kici-kici-kici!

W odpowiedzi zły ryk.

Ty wywłoko futrzasta! westchnęła i zrezygnowana… Cóż, trzeba się wspinać. Sama nie zejdzie.

Plac był pusty, mżył deszcz, krople ściągały jesienną chandrę. Marzyła o powrocie do domu, pod koc, z gorącą herbatą i jednym słuchawkiem w uchu. Drugie dla mamy. By mogła wychowywać! Teraz by się zgodziła, byle nie leźć na drzewo.

Ale nie było wyboru.

Założyła plecak, chwyciła gałąź.

Jedna, kolejna, jeszcze jedna!

Syczenie coraz bliżej, wreszcie mokra łapa mignęła Jagodzie przed twarzą.

Mirka! Zwariowałaś?

Chciała coś przekląć, ale uznała, iż nie warto. Może to naprawdę mądry kot? Lepiej się nie zadzierać.

Zgarnęła kotkę za kark, wepchnęła pod kurtkę.

Puść gałąź!

Zła była prawie jak Mirka, ale kotka uznała, iż z dziewczyną jednej ma krwi. Puściła gałąź i pozwoliła się zawinąć. Lepiej tam niż na deszczu.

Schodzenie byłoby ciekawsze. Jagoda zapomniała, iż od dzieciństwa ma lęk wysokości, a Mirka wdrapała się wyżej.

Spojrzała w dół.

Mamusiu

Było wysoko. Nie, bardzo!

Pokręciła się, upewniła się, iż sama nie zejdzie.

Deszcz lunął, a ona marudziła pod nosem.

No żeby cię, Mirka! Nie mogłaś po ludzku?

Kotka cicho siedziała, wsłuchując się w znajome nuty w głosie dziewczyny. Jeszcze niedawno Maria tuliła ją mocno, żegnając łzami…

Czas płynął, wyjście się nie pojawiło. Jagoda przeklinała się w głos. Kota uratowała, a kto uratuje teraz ją?

Telefon dzwonił ciągle, ale bała się ruszyć i spaść.

Wstyd było zawołać po pomoc, ludzi niepotrzebnie straszyć. Sama winna!

Hej! Wygodnie ci tam?

Drwiący głos tak ją zaskoczył, iż Jagoda aż podskoczyła.

Nie, nie, zaczekam! Nie spadaj! Wyciągnę cię! Sekunda.

Mówił, jakby miała inne wyjście.

Pewnie! Czekam! sarkastycznie.

Dostała w odpowiedzi filozoficzne:

Hmmm

Gość znikł, a Jagoda miała czas przeklinać siebie bez opamiętania.

Nie skończyła wymyślać nowych epitetów, kiedy wrócił.

Przystawił drabinę, która nie wiadomo skąd się wzięła.

Schodź! Inaczej nocujesz na drzewie?

Jagoda, z zamkniętymi oczami pokręciła głową, potem uświadomiła sobie, iż tego nie widać w ciemności.

Boję się

Zanim dokończyła, ktoś złapał ją za nogę, przesunęła się na brzuchu, a zaraz potem była na drabinie.

Trzymam cię! Nic się nie bój, powoli.

Posłusznie, powolutku zeszła. Ręce chłopaka trzymały ją pewnie.

Gdy stanęła na ziemi, Mirka wyrwała się na zewnątrz, ale Jagoda, nauczona, schwyciła ją i wrzuciła pod kurtkę.

Siedź! Obiecałam właścicielce, iż się tobą zajmę i zrobię to.

Jesteś konkretną dziewczyną…

Chudy, niepozorny chłopak patrzył z uśmiechem.

Odprowadzić cię?

Poradzę sobie! burknęła, ale zaraz zganiła się w myślach.

Głupio! Człowiek szedł gdzieś, ocalił ją, zmókł, znalazł drabinę! A ona warczy jak Mirka. Mama miała rację, nie jest normalna…

Przepraszam Dziękuję panu bardzo! Siedziałabym tam do rana!

Po co?

Boję się wysokości.

To czemu tam wlazłaś?

Za kotem Wybaczy pan, muszę lecieć. Mama się martwi.

Już mów po imieniu. Po tym jak ocaliłem ci życie, możesz mi mówić po prostu Przemek. Prowadzić cię do domu czy do tramwaju?

Mieszkam blisko

Jagoda poczuła nagle, iż nie jest jej wcale zimno… Przeciwnie. Coś lekkiego uniosło ją ponad chodnik, ciepło drgało na czubkach palców i głupawe uśmiechy wykwitły przy każdym słowie Przemka.

Kotka siedziała cicho pod kurtką, ogrzewała się tym cieplem, bojąc się choćby miauknąć, żeby nie spłoszyć tego dziwnego szczęścia. Go nie widać, a jednak jest. I choćby kot to wyczuł.

I Przemek odprowadził Jagodę pod dom. Następnego dnia czekał na nią po pracy pod szpitalnym parkiem. Poszli razem do sklepu po jedzenie dla Mirki, bo jak odkryli to wybitnie wybredna panna, głodować będzie, jeżeli w misce nie znajdzie adekwatnego pokarmu.

Jagoda niańczyła Mirę tylko tydzień. Potem po Zawadzką przyjechała córka. Znalazła Jagodę i poprosiła o kotkę.

Rozumie pani, mama tak tęskniła Będą chociaż razem.

Zabrała pani Marię?

Oczywiście. To przecież mama! Była uparta, nie chciała się przeprowadzać, a teraz już musi. Dziękuję pani!

Jagoda pomachała kobiecie znikającej w bramie z mruczącą Mirą i znów pomyślała, iż każdy dom to ciemność, trudno tam cokolwiek wymyślać. Wydaje się, iż jest tak, a potem okazuje się zupełnie inaczej. choćby jeżeli to tylko kocia sprawa, widać nie wszystko jest proste.

A może zamiast roztrząsać cudze domy, lepiej budować swoje? Zwłaszcza, jeżeli jest ktoś, z kim to się pragnie zrobić. I nieważne, kto pierwszy się odważy wyznać. Ważne, by ten, z którym chcesz być, miał dla ciebie czas i drabinę wtedy, gdy naprawdę trzeba. I nigdy nie powie ci, iż jesteś nie taka. Bo dla niego nie będzie na świecie nikogo lepszego.

Idź do oryginalnego materiału