Nie tych spotykamy, nie za tych wychodzimy za mąż. Opowieść o losach trzech pokoleń kobiet – babcia …

twojacena.pl 1 dzień temu

Nie tych spotykamy, nie za tych wychodzimy za mąż

No wiesz, życie bywa pokręcone, każdy swoje musi przejść, a od losu nie uciekniesz. Każdy ma swój kawałek prawdy, swoją drogę do przejścia. U nas w rodzinie rządziły kobiety. Dziadków nie pamiętam, facetów też za bardzo nie było, bo i tata mnie zostawił z mamą, gdy miałam dwa lata. Mieszkałyśmy wtedy z babcią na wsi. Babcia Zofia, mama Danuta, no i ja, Małgorzata. Dom, ogródek, drewno do pieca, woda ze studni, kury, a praca nigdy się nie kończyła.

Babcia Zosia już długo była wdową, sama wychowywała mamę. Mama też sama, mąż ją rzucił, czyli ten mój tata, gdy byłam malutka. Taka nasza mała babinokracja. Już od dzieciaka umiałam doić krowę, wyrywać chwasty w ogrodzie i gotować proste dania.

Zosia już po pięćdziesiątce raz wróciła styrana z pola i mówi:

Danuśka, córciu, mam już tego wszystkiego dość…

Mamusiu, co się stało? pyta mama, a ja już przybiegam do kuchni.

No ile można się tyrać, wywalać gnój z obory? Czy my nie zasługujemy na inne życie? westchnęła i położyła swoje spracowane ręce na kolanach.

I co ty chcesz zrobić, mamo?

A może sprzedamy wszystko tutaj, pojedziemy do miasta? Odłożyłam trochę złotych przez całe życie, kupimy tam mieszkanie.

Babciu, ja chcę do miasta! aż podskoczyłam z euforii Będę chodzić po sklepach, do kina…

No i zrobiłyśmy tak, jak mówiła babcia. W Krakowie mieszkał starszy brat babci, Stanisław, to się do niego zameldowałyśmy na początek.

Damy wam pokój na chwilę, a jak znajdziecie coś swojego, to się wprowadzicie powiedziała żona Stanisława, bardzo serdeczna kobieta.

Rodzina zniosła nas dzielnie, a mama zaczęła chodzić po ogłoszeniach. Pomagał też wujek Staszek. W końcu znalazłyśmy mieszkanie i przeprowadziłyśmy się na swoje.

No, remont by się przydał, mówi babcia, ale wszystko, co miałyśmy, poszło w mieszkanie. Damy radę, powoli sobie wszystko zrobimy.

Pewnie, mamo, powiedziała Danuta. A ja znalazłam robotę w piekarni, jutro pierwszy dzień, a trzeba jeszcze Gosię w szkole załatwić. Za półtora miesiąca kończą się wakacje, tu niedaleko jest szkoła, będzie mi po drodze.

Dobra, to ja pójdę z Małgosią do szkoły, ty oglądaj się za robotą, nasza kolej… westchnęła babcia.

Zapisali mnie do szóstej klasy, szkoła blisko, cieszyłam się jak dziecko.

Babciu, bardzo chcę się uczyć w miejskiej szkole, postaram się, obiecuję!

Wróciła mama po pracy, a babcia już z nowiną:

Przyjęli mnie na sprzątaczkę w tej samej szkole, gdzie Małgosia będzie się uczyć. Popracuję, ile dam radę, każda złotówka się teraz liczy.

A mogłabyś już siedzieć w domu na emeryturze, mamo…

E tam, jeszcze mam siły, a poza tym będę mieć oko na wnuczkę.

Czas leciał. Babcia była zadowolona z roboty, choć się męczyła, ale w sumie dawała radę. Mama pracowała, ja uczyłam się, jak mi szło, tak mi szło raczej przeciętnie.

Po ósmej klasie już więcej do szkoły nie poszłam, trzeba było pomagać w domu. Przechodziłam kiedyś obok restauracji widzę, szukają zmywaczki. Z marszu weszłam, zatrudnili mnie od razu.

Dobrze mi szło, pomagałam choćby w kuchni a to ziemniaki obrałam, a to podmieniłam kucharkę, podpytywałam starszych, jak coś zrobić. Polubiłam dziewczyny z pracy, chodziłyśmy razem na potańcówki.

Mamo, idę do klubu na tańce, wrócę później!

Uważaj tam, Gosiula wołał za mną babcia z chłopakami bądź ostrożna, głową myśl!

Spoko, babciu, ja już wiem, o co chodzi…

Na potańcówce poznałam Marka. Najpierw poprosił mnie do tańca, potem nie schodził mi z oczu cały wieczór.

Odprowadzę cię dziś do domu powiedział takim pewnym tonem, iż jakoś nie umiałam odmówić.

Zaczęliśmy się spotykać, a po jakimś czasie Marek mi mówi:

Gosiu, idę do wojska. Będziesz czekać na mnie? Będę pisał listy, ty też pisz.

Będę, obiecuję odparłam.

No i tak mu przyrzekłam, odprowadziłam go na pociąg, potem pisałam listy, dostawałam odpowiedzi, iż wróci za rok na przepustkę. Wreszcie się doczekałam. Spotkaliśmy się.

No i co, Gosiaczku, jeszcze nie wyszłaś za mąż? śmiał się Marek.

Czekałam przecież na ciebie, słowa dotrzymałam!

No, no… ale jakoś entuzjazmu w jego głosie nie było, mówił sucho, spoglądał gdzieś w bok.

Przepustka minęła, Marek wrócił do jednostki, potem coraz rzadziej pisał, aż w końcu listy przestały przychodzić.

Nadszedł czas, iż miał wrócić. Czekałam na niego, ale choćby się nie odezwał. Komórek wtedy nie było, do jego rodziców nie wiedziałam, gdzie pójść. Na potańcówkę nie przyszedł, choć wiedziałam mniej więcej, iż już powinien być na miejscu.

Wracam z tańców, mówię dziewczynom:

Dziewczyny, coś się z Markiem porobiło? Nie wrócił? Chciałam pójść do jego rodziców, ale nie znam adresu.

Idź, idź, przy okazji poznasz jego żonę… parsknęła Jolka. Ty naiwna, Gosia, on już w wojsku się ożenił i żonę przywiózł ze sobą. Dlatego nie pokazuje się na oczy! Wyrzuć go z głowy, po co się zadręczać.

Nie wierzę, ja na niego czekałam… zasmuciłam się.

Ty czekałaś, a on nie.

Ale los i tak chciał, żebym Marka kiedyś znowu spotkała. Wracałam z pracy przez park, siedzi na ławce, jak dawniej.

Cześć, Gosiu wstał, jak mnie zobaczył.

Ale ja szłam dalej, on mnie dogonił.

Poczekaj, Gosia, przepraszam. Zrobiłem głupotę. Cały czas o tobie myślę, w nocy mi się śnisz, z żoną mi nie po drodze, wyszło, jak wyszło, bo dziecka się spodziewa. Ale za tobą tęsknię.

Zatrzymałam się, spojrzałam mu w oczy i powiedziałam:

A ja co mam zrobić? Spotykać się z tobą na boku, a ty do żony wracać? Nie! Oszukałeś mnie, nie można ci ufać. Zostań przy żonie, wychowuj dziecko, bez mojej pomocy. Szczęścia życzę, Marek! poklepałam go po ramieniu i poszłam.

Wciąż pracowałam w restauracji, aż kierownik raz do mnie mówi:

Gosia, widzę, iż w kuchni świetnie sobie radzisz. Podoba ci się gotowanie? Jedź na kurs kucharski do Łodzi, będziesz u mnie pracować jako kucharka!

Jasne, chętnie! Uwielbiam gotować!

Stałam wtedy na peronie, elegancko ubrana, czekałam na pociąg do Łodzi. Byłam trochę zestresowana, pierwszy raz jechałam sama do tak dużego miasta. Obok mnie przeszła grupka chłopaków z gitarą, śpiewali, odprowadzali kolegę z wojska.

Nagle jeden z nich, w mundurze, podchodzi do mnie:

Cześć, jestem Jurek. A ty?

Małgorzata odpowiedziałam odruchowo.

Czekasz na pociąg? spytał, kiwnęłam głową.

Nadjechał pociąg, chłopak pogonił za kolegami.

Ale dziwny ten Jurek pomyślałam po co mu moje imię…

Usiadłam w środku, patrzę przez okno, nagle słyszę:

No, znalazłem cię w końcu! przed mną stał żołnierz Jurek.

Przeszedłem tyle wagonów, ale chciałem cię odnaleźć. Wiesz, spodobałaś mi się od razu, wracam teraz z wojska. Wymienimy się adresami? Będziemy pisać! A dokąd jedziesz?

Na kurs kucharski do Łodzi odpowiedziałam.

Całą drogę rozmawialiśmy, opowiadaliśmy o sobie różne głupotki, wymieniliśmy adresy, pożegnaliśmy się, każdy pojechał w swoją stronę. Szczerze mówiąc, nie liczyłam, iż coś z tego będzie już miałam z Markiem nauczkę, iż jak ktoś wraca z wojska, to często z żoną. Ale Jurek od razu wzbudził moje zaufanie, był wesoły, serdeczny, nie obiecywał złotych gór a pisać listy to żaden problem.

Babcia Zosia zawsze mówiła: nie tych spotykamy, nie za tych wychodzimy za mąż, myślałam, nie mając pewności, czy z Jurkiem mi się ułoży.

Pisaliśmy tak rok, aż Jurek wrócił z wojska, od razu przyszedł do mnie pod adres, mieliśmy akurat wolny dzień oboje się ucieszyliśmy i wtedy wiedziałam, iż mogę polegać na tym chłopaku.

Minęło trochę czasu. Wyszłam za Jurka. Pracowałam w restauracji jako kucharka, on w fabryce. Lubiłam porządek, wszystko musiało mieć swoje miejsce: uprane rzeczy, wyprasowane ubrania, obiady czekały na stole. Mieliśmy dwóch synów, bliźniaków. Chodzili do przedszkola, zawsze czyściutcy, zadbani.

Ale z Jurkiem miałam małą wojnę, bo gdzie usiadł, tam zostawiał rzeczy, narzędzia, ubrania. Początkowo się denerwowałam, marudziłam, zbierałam za nim, a potem pomyślałam:

Trzeba to inaczej rozegrać, trochę wdzięku i cierpliwości.

Zaczęłam z nim rozmawiać spokojnie, żartować nie krzyczałam. Z czasem zaczął zostawiać robocze ciuchy w sieni, narzędzia od razu wynosił do garażu, podwórko zamiatał sam, choćby w garażu był porządek. Cieszyłam się jak dziecko.

Jednak spotkałam tego adekwatnego, myślałam wtedy mimo słów babci.

No i tak spędziliśmy z Jurkiem prawie całe życie razem, szczęśliwie. Aż pewnego dnia, wracał z pracy, i nie zdołał dojść do domu, serce stanęło. Niby zdrowy, a tu nagle… Rozpaczałam długo.

Zostałam sama, tak jak babcia Zofia dożyła swoich dni w samotności, mama Danuta też sama. Teraz i ja jestem sama, odwiedzają mnie dzieci i wnuki. Losu nie oszukasz.

Idź do oryginalnego materiału