Nieprzeczytana książka

newsempire24.com 1 dzień temu

Nieprzeczytana książka

No, Danka, wychodzę! Nie odprowadzaj mnie, wrócę późno! Przygotuj na jutro niebieską koszulę i te granatowe spodnie, nie zapomnij! Muszę odebrać z pralni! zawołał z przedpokoju Wiktor, narzucił gwałtownie płaszcz, przystanął na moment, krytycznie przejrzał się w lustrze, chwycił kapelusz i wyszedł, zatrzaskując z hukiem drzwi.

Tak trzasnął, iż aż zadrżała szyba w otwartym lufciku.

Przeciąg pomyślała Danuta, zakręciła wodę, wytarła ręce o fartuch i wychyliła się z kuchni. Wszystko po staremu słoneczny przedpokój kończący się korytarzem, rodzinne zdjęcia na ścianach, tapeta w wesołe paski dwa szerokie, dwa wąziutkie, delikatnie błękitne; płaszczyk Danusi na wieszaku. I

Danuta zmarszczyła brwi.

Zawiniątko! Mąż zostawił zawiniątko, a tam przecież pierogi! Sama dziś o świcie je rwała, lepiła, z cebulką i jajkiem, jak Wiktor lubi. Zrobiła specjalnie na ten dzień, bo Wiktor miał dziś wyjazd na budowę, tam nie ma gdzie dobrze zjeść, a domowe zawsze najlepsze!

Szybko zsunęła fartuch, poprawiła fryzurę, chwyciła ciepły pakunek i przyciskając go do piersi jak dziecko, wybiegła z mieszkania, dobrze, iż wzięła klucze bo potem by musiała siedzieć pod drzwiami! Skoczyła schodami w dół, łapiąc się gładkich, lakierowanych poręczy czwarty, trzeci, drugi

Mogłaby, jak inne gospodynie, zawołać męża z okna, gdy wyjdzie z klatki, ale nie, nie wypada tak krzyczeć. Sama zaniesie zawiniątko, pożegna się, podstawi policzek, a Wiciu ją cmoknie suchymi ustami i skinie głową, iż już, czas

Danuta zziajana dobiegła na podwórko, drzwi walnęły w mur, mimo iż jej już nie dwadzieścia, a czterdzieści dziewięć lat i bieganie nie takie łatwe.

Rozejrzała się gwałtownie za mężem w szarawym płaszczu i jasnym kapeluszu.

Wiktor zawsze lubił długie płaszcze, odpięte, by wiatr mógł powiewać poły jak skrzydłami. A do tego kapelusz. Miał ich wiele, na każdą porę roku. Danusia dbała o czystość kapeluszy, czyściła, kupowała nowe. Dbała, jednym słowem.

Kapelusz to styl! upierał się Wiktor, gdy syn, Michał, śmiał się z ojca nazwany imieniem dziadka, oczywiście. Wy, młodzi, nie zrozumiecie, jesteście syntetyczni do szpiku!

Gdzie on?

O, już wychodzi z bramy na słoneczną, hałaśliwą ulicę. jeżeli Danusia się nie pośpieszy, mąż wsiądzie do autobusu i przepadnie

Pobiegła po asfalcie, pozdrawiając przy okazji starsze sąsiadki, które wystawiły się na słońce. Te z motkami, w dawnych swetrach, patrzyły za Danusią, uśmiechały się do jej szczęścia, jej miłości.

Co się stało?! zawołała babcia Halinka za szczupłymi, drobnymi plecami Danusi.

Obiad! Wituś zapomniał, a tam pierogi! zarzuciła przez ramię Danuta.

Babcia Halinka pokiwała głową z uznaniem, rozpromieniła się pierogi są dobre, a miłość jeszcze lepsza. Najlepsza!

Danusia wybiegła z bramy, chciała zawołać, ale Zastygła, patrząc na męża, zramieniały jej ramiona, przygasła, jakby nagle zgasło słońce i zrobiło się ciężko oddychać. Zawirowało jej w głowie, złapała się rynny.

Wiktor stał bokiem, już przy przystanku, trzymał pod łokieć jakąś młodą, pełnokrwistą damulkę. Ta śmiała się, wdzięczyła, a Wiktor patrzył na nią z góry i też się śmiał. Zaraz ona odepchnęła Wiktora, zmierzyła go wzrokiem z pogardą, a on On skulił się, pochylił nad nią, chwycił za rękę, próbował pocałować. ale dama wyszarpnęła swoją zadbaną, różową rękę, jakby uderzyła Wiktora w policzek. Wiktor wyprostował się, rozzłościł chyba, zrozumiała Danusia. Ale zaraz znów się uniżył, pogładził ją po plecach, wyjął z kieszeni cukierka, podał. Kobieta zaśmiała się, rozchyliła usta, iż proszę bardzo, poczęstuj.

Danusi zrobiło się niedobrze. Boże! Wiktor poważny, dorosły człowiek, już niemal emeryt, a błaga o względy młodej panienki zupełnie bez wstydu!

Kobieta miała letnią sukienkę, niebieską w białe groszki, od wzoru aż migało w oczach; do tego niebieska wstążka we włosach, fryzura gładka, buty odkryte, modne.

Danusi wzrok zatrzymał się na tamtej, a ona sama nie wiedziała już, co z tym zawiniątkiem, z tymi głupimi pierogami i w ogóle, co z życiem…

Podjechał autobus, ruszył tłum, Wiktor pomógł swojej “groszkowej” wejść, drzwi zatrzasnęły się.

Kiedy pojazd odjechał, Danusi wydało się, iż mąż patrzy prosto na nią. Nagle zrobiło jej się wstyd własnej domowej sukienki, zdeptanych kapci i tego zawiniątka z pierogami.

Danuta odwróciła się gwałtownie, przeszła przez podwórze z opalającymi się sąsiadkami, pod pachą ściskając pierogi, już niemal uderzyła w babcię Halinkę.

Co, nie zdążyłaś? zagadnęła ta, wyjmując papierosa z ust i kiwając w stronę Danusiowego zawiniątka. Specjalnie nazwała zawiniątko pojemnikiem, bo wcale nie popierała Danusiowej opiekuńczości i tego jej ciepłego, niemal matczynego zatroskania.

Nie zdążyłam mruknęła Danuta.

A szkoda, szkoda produktu stwierdziła Halinka. Przysyłam Cześka. Jesteś dziś w domu?

Danuta niepewnie pokiwała głową.

No i dobrze. Niech zje. On pierogi lubi, a ja nie robię, bo nie mam cierpliwości do ciasta. No, czekaj.

Halinka nagle się spięła, zmarszczyła i poleciała do wjeżdżającego na podwórko traktora:

Hej, odjedźże tym złomem! Znowu mi petunie rozjeżdżasz! Przecież mówiłam, nie jedź tu! krzyczała na traktorzystę, ale Danusia już jej nie słuchała.

Powlokła się powoli z powrotem do klatki, zniknęła w cichym chłodzie. Jej lekkie kroki odbijały się echem po marmurowych schodach, a jej łkanie zmieszało się ze skrzypieniem drzwi.

Koniec. To był koniec rodziny, ciepła, bezpieczeństwa, zaufania. Po prostu koniec. Ale nie ludzi… Ludzie to zbyt szeroko. Mąż… Mąż to coś fundamentalnego, jedyny człowiek, któremu Danutę powierzono, polecono troszczyć się i chronić. Co teraz?

Danuta klapnęła niezgrabnie na stołek w przedpokoju, pierogi wysypały się z papieru. Kot Felek przyszedł, ocierając się o nogi, miaucząc o jedzenie. Danusia nie widziała, nie słyszała. przez cały czas stała przy rynnie, patrząc na sukienkę w groszki i jej właścicielkę. I na Wiktora. Po policzkach płynęły jej łzy gorące i kobieco gorzkie; aż jej się spodobało: nie musi przecież trzymać się prosto, nie musi wiecznie udawać szczęśliwej żony teraz może usiąść i pożalić się sobie, rozkoszując się własnym nieszczęściem…

Ile tak siedziała, nie wiadomo. W końcu ktoś targnął za drzwi, Felek czmychnął. Drzwi skrzypnęły, a w szparze pojawiła się głowa wujka Czesława, męża Halinki. Wielki nos, policzki w kropki, pulchne wargi, kręcone włosy, czerwona szyja Czesiek był może nieco nieokrzesany jak na ten blok i całe to towarzystwo. Ale swoich! inteligent, artysta, tylko, jak mawiał Wiktor, trochę zakręcony.

Artysta, Danusiu… rozkładał ręce. I do tego dyrektor galerii! Ludzie w sztuce są szaleni, inaczej nie tworzą…

Danuta wytarła łzy, spojrzała w niebieskie, jasne oczy gościa. Gdyby nie był malarzem, pomyślała, mógłby księdzem być.

Panie Czesławie? Pan? wydusiła.

A kogo się spodziewałaś? zdziwił się Czesiek, obejrzał się. Przyszedłem, bo Halinka mówiła pierogi masz na zbyciu? My robimy remont, Halinka kuchnie wymienia… westchnął. Nie karmi mnie już parę dni, każe stołówki odwiedzać. Mam dosyć…

Prawie zapiszczał, kręcone włosy zadrżały, szerokie ramiona wcisnęły się do sieni i ustawiły się w słońcu padającym przez okno.

Poczekaj, tylko buty zdejmę nagle zabełkotał Czesiek, specjalnie zaciągając, kalecząc słowa. Mokre. W kałużę wlazłem. Skarpety zdejmę, jasne! kiwnął danucie. Danusia spuściła wzrok. Nogi jak nogi, wielkie. Skarpetki zwykłe, z pasemkiem, dobre. Ale… w jednej dziura na palcu.

Danuta, sama nie wiedząc kiedy, chwyciła buty i poszła wystawić je na balkon.

Odstaw je! warknął Czesław, Danusia przystanęła zmieszana.

Przecież przemokły, przeziębi się pan! wyszeptała.

Moje nogi moja sprawa! Zostaw! upierał się Czesiek, mrugał łobuzersko.

Danuta nie słuchała; nie wypada tak! Gość z mokrymi butami wyjdzie? Nigdy!

Buty powędrowały na słońce, kot przegoniony, Danusia westchnęła. Tymczasem Czesiek już szeleścił w kuchni, siorbał, szperał.

Danusia! Herbaty! Wieki nie piłem świeżego naparu, ciemnego, jak gryczany miód, z cytryną! Zrób coś porządnego! Wyciągnął stopy w przejście, iż aż Danusia ledwo mogła przejść, o mało nie potknęła się.

Już, już szepnęła, włączyła gaz, postawiła czajnik, a w głowie szum, mróz i ból.

Witiu… Jak możesz tak postąpić? Ledwo wyszedł z domu, już z inną się prowadza, bezwstydnik!

Danusia aż się zarumieniła na myśl, jak daleko to mogło zajść.

Nie! To jakiś przypadek! Spotkali się przez przypadek, zdarza się! usiłowała tłumaczyć sobie rozsądnym głosem swojej mamy. Jak wróci, bądź dobra, okaż troskę zapomni o obcych dziewczynach!

Nagle Czesiek zmarszczył się:

Co, chcesz mi wlać starą herbatę? Zrób świeżą, jak dla gościa! Tę wylej! złapał porcelanowy dzbanek w jasnoszare kwiatki, podniósł wieczko, powąchał, zdegustowany. Nie Danusiu, to do pomyj! Tylko świeże!

Przecież to świeża! Ale, dobrze… westchnęła Danusia.

Nowa herbata? To nic trudnego. Ale Witiu… Jak ona ma go znowu kochać…

Gwizd czajnika, wrzątek, aromat indyskiej ze słoniem, lekko kwaskowa.

O, to co innego! I podaj mi filiżankę z serwisu, ten z kobaltem i złotą siateczką. Uwielbiam je. No, podaj! I pierogi. Ja zjem, skoro Witek nie chciał! Nie na tym! To z ułamkiem. Na tym ładnym. I daj mi skarpetki, zaszyjesz, bo Halinka nie chce! Meble jej w głowie, a mnie palec boli!

Danuta, szanowana osoba, nauczycielka (choć już od lat nieucząca, dla domu, dla męża wygody), patrzyła na skarpetki z odrazą, ale już wyciągała rękę, by zabrać i zacerować.

Czesiek, korzystając z jej wahania, znów walnął pięścią w stół, stając się większy, głośniejszy.

Co pani, Danuto? Co pani wyprawia?! Gdzie pani godność?! Pozwalasz sobą pomiatać jak dziewczynką? Halinka ostrzegała mnie, a nie wierzyłem. Przecież pamiętam cię inną! Dumna chodziłaś! Sprawiałaś, iż aż wróble milczały w krzakach, a dziś? Chustką można cię wytrzeć, a ty milczysz? Jeszcze bywalec, nauczycielka! Wstyd!

Machnął rękami, rozsadzał powietrze. Porcelana brzęknęła, pierogi osunęły się z talerza, chowając rumiane brzuszki.

Po co tu przyszedłeś? Po co to mówisz?! Nie chcę! Witek tam, na przystanku, z inną… Biegłam oddać pierogi… A oni… Ja… Rozpłakała się Danusia, łzy kapały na obrus.

Wszystko znieruchomiało, zasłony na oknie, zegar na ścianie, zupełna cisza.

I dlatego Wicia znalazł sobie inną. Uczniowie kiedyś cię gonili, żeby dwójki poprawić, a ty byłaś twarda. Ja sam… Nie chciałaś się dać zdominować, byłaś królową. A teraz? Zawijasz pierogi i biegniesz za nim, gadasz Wiciu, czapeczkę, Wiciu, zupkę, Wiciu, sobie dam radę, Ty nie chodź po ziemniaki!. Przesadzasz, Danusiu! Syn się wyprowadził, a ty całą macierzyńską troskę przelałaś na męża. I już. A on, widzisz, potrzebował trochę buntu, młodości. Tam czuje się młody…

Danusia nie rozumiała. Nie chciała zrozumieć? Całe życie dedykowała rodzinie, a tu… na darmo? Siebie zatraciła.

Z pracy w szkole odeszła dziesięć lat temu, łatwiej było żegnać Wiktora co rano, bez wywiadówek, bez stresów. Uczniowie jeszcze przez jakiś czas chodzili na korki. Ale kiedy Wiktor zachorował, przeszkadzali mu, więc zrezygnowała dla świętego spokoju. Przestała też śpiewać przy pracy, radio wyłączyła, malowanie rzuciła, bo Wiktor nie znosił zapachu oleju lnianego. Płótna na pawlacz, pędzle do szuflady, olej do śmieci.

Potem, Danuto, kompletnie się upaństwiłaś! powiedziała do swojego odbicia.

Manikiur? Kiedy, skoro trzeba gotować?

Nowe sukienki? Po co, skoro nie wychodzą, Wiktor zmęczony.

Szpilki? Dokąd na obcasach lecisz?! Żyły ci wyłażą! śmiał się kiedyś Wiktor. Szpilki trafiły na pawlacz.

Przyjaciółki dzwoniły rzadko, szeptały, kończyły szybko. Syn Michał wpadał raz w miesiącu, zjadał coś, odpowiadał zdawkowo, wychodził z pojemniczkami, choćby nie dzwonił.

I to wszystko. To koniec…

Danusiu, czemu taka smutna?! Odważ się! Powstań, póki młoda! Ty, Danusiu, kwitniesz! Jesteś róża, lilia! Wstań, niech Witek się martwi!… Czesiek postukał palcem w stół. A pierogi masz niebywałe! Ech, gdybym miał osiemnaście lat Sama bym za tobą biegał!

I wyszedł. Danusia została…

…Wiktor wrócił wieczorem, lekko wstawiony i wygnieciony. Pachniał damskimi perfumami i winem.

Konferencja się przeciągnęła wręczył żonie teczkę, zgiął się, bo w krzyżu coś strzeliło. Nalej herbaty. Kartofli chcę. I wódki do tego. Danusiu, czemu stoisz? Przecież…

Danusia nie wzięła teczki, kazała Wiktorowi się odsunąć, bo musi postawić walizkę.

Ty gdzie się wybierasz?! Co się dzieje? Wiktor aż osłupiał, patrząc na piękną Danusię: fryzura upięta w muszlę, kolczyki, elegancka, piaskowa sukienka, sandały aż zaniemówił.

Jadę w delegację. Dasz radę sam… z wódką czy bez. Pa, Wiktorze. Pora na mnie.

I wybiegła lekka, zatrzymała się tylko na moment przy schodach, bo rączka walizki uwierała w dłoń. Potem już tylko stukot obcasów, migotanie sukienki, szum samochodu. Cisza.

Wiktor wypadł na klatkę, wyjrzał, chciał krzyknąć, ale tylko jęknął taki ból przeszył mu krzyż i łzy się popłynęły.

Da-anusiu… wychrypiał.

Gdzie jesteś, Danusiu? Rozmasowałabyś, posmarowała maścią, otuliła szalem, przytuliła się ciepłym bokiem, ukołysała…

…Renato? To ty? zasapał Wiktor do słuchawki. Tak, wiem, mam nie dzwonić Ale kręgosłup, Renato, nie mogę dojść do kuchni Może byś przyszła? Nie jesteśmy obcy! Co?…

W słuchawce głuche trzaski, coś burknęło, iż po lekarza dzwoni się na inny numer. Renato nie przyjdzie, nie posmaruje, nie wyprasuje, nie przytuli. Nie Danusia. Koszmar…

Dochrapał się do kuchni, zobaczył zimne pierogi na talerzu, jęknął. To nie koszmar to katastrofa. Sam sobie zgotował!

…Danusia wróciła następnego dnia, z lekarzem i kwiatami. Sama kupiła sobie piękny bukiet róż i ustawiała je w szklanym wazonie. Pachniała perfumami i lekko tytoniem. Tak, czasem paliła, gdy coś ją gryzło.

Chwileczkę, panie doktorze, niech pan nie wstrzykuje powstrzymała rękę z igłą.

Mąż jęknął, nie mogąc się doczekać ulgi.

Co się dzieje? spytał lekarz.

Chciałabym wiedzieć, Wiktor, co jej obiecałeś? Takie jak ona nie spotykają się dla niczego. Jesteś dla niej za stary nachyliła się nad spoconą twarzą męża.

Nie jestem stary! Ja mam… rozkwit formy…

Emerytura dodał lekarz. Co jej obiecałeś? Mów, inaczej idę, nie mam czasu!

Stanowisko. I stopień naukowy. Ale nic nie dostanie! Nic! Myliłem się, Danusiu, potwornie się pomyliłem! Tylko ty! Wyłącznie ty! Wybacz! Ona nic nie dostanie!

Dostanie. Jesteś mężczyzną, więc dotrzymaj słowa. Dostanie i stanowisko, i tytuł, żeby nie czuła się upokorzona. A ty, Wiktorze, odchodzisz z instytutu. Znajdź coś innego! I wiedz, iż od przyszłego tygodnia wracam do pracy. Żelazko na półce, koszule w praniu. Nie pasuje rozwód. Zrozumiałeś?

Wiktor głośno dyszał, przetarł czoło rękawem szlafroka, kiwnął. Ból był nie do zniesienia, Danusia miała przewagę, lekarz był po jej stronie, Czesiek w drzwiach patrzył na nagość Wiktorowego zadka, tylko czekać, aż przyjdzie Halinka upokorzenie bez końca!

Tak. Zrozumiałem. Wbijajcie, oprawcy! Bo padnę na miejscu! wychrypiał.

Danuta z uznaniem kiwnęła głową. Lekarz zabrał się do pracy…

…Renata była szczęśliwa. Obroniła doktorat, dostała stanowisko, własny ciepły etat. I to przez tego starego głupka, Wiktora.

Teraz go unikała, nie odpowiadała na dzień dobry. Po co? Jego żona jasno dała do zrozumienia, iż tytuły można stracić, a pracy jeszcze szybciej! Więc… Więc Renata znajdzie kogoś innego.

A Wiktor zrezygnował z pracy. Wszyscy się dziwili, czemu nagle, z takiej posady. Milczał. Raz tylko rzucił, iż dał słowo. Komu i o co nie wyjaśnił.

Na pożegnanie wyprawił przyjęcie, przyprowadził żonę w brylantach, zatańczył z nią tango, patrzył tak… Tak jak na Renatę nigdy. Jak to? Co jest w tej Danucie?!

Po prostu ona była wszystkim. Danusia była tym powietrzem, którym oddychał przez lata. Dopiero, gdy został w próżni, zrozumiał, co utracił. I nie chodzi o ból w krzyżu czy ciepło przy boku. Danusia wciąż była nieprzeczytaną książką, smakowitą, intrygującą jak lipcowa truskawka, którą kiedyś karmił młodą żonę nad morzem. I nigdy nie dojdzie się do ostatniej strony tej książki. Niech tak zostanie!

Renata… może po prostu do tego jeszcze nie dojrzała. Albo nie umie. Albo nie znalazła adekwatnego czytelnika. Życie pokaże…

Idź do oryginalnego materiału