Niezwykłe życie pełne polskich tajemnic

polregion.pl 3 godzin temu

NIEZWYKŁE ŻYCIE

Na weselu mojej przyjaciółki Ewy bawiliśmy się przez dwa dni: głośno, syto i wesoło. Pan młody był przystojny jak Zbigniew Cybulski i zaskakująco skromny przy swojej niebywałej urodzie. Cała nasza ekipa gości potajemnie podziwiała Wojtka: niebieskie jak chabr polny oczy, dziwacznie długie i gęste czarne rzęsy (szlag by to trafił, po co facetom takie bogactwo?! Natura, ech!), zdecydowana linia szczęki, wysoki nos i idealnie gładka, aksamitna skóra z lekką opalenizną. Ostatni cios prawie dwa metry wzrostu i szerokie ramiona. Gdybyśmy nie kochali Ewy, pewnie pokłócilibyśmy się o Wojtka przy stole weselnym. Cóż, Wojtek był wyjątkowo atrakcyjny.

No, jakiego sobie przystojniaka złapałaś! rzuciliśmy do Ewy. Każda z nas udawała naprawdę nieszczęśliwą i samotną, na wypadek gdyby w rodzinie Wojtka pojawili się równie piękni kawalerowie.

Dziewczyny, no dajcie spokój! Ja zakochałam się w Wojtku za jego prostotę. Wojtek pochodzi ze wsi, wychowywał się z babcią, prowadzi gospodarstwo, potrafi wszystko zrobić. Poznaliśmy się przypadkiem, gdy rodzice kupili działkę w jego miejscowości. On jest czuły, dobry i na nim można polegać. Gospodarstwo prowadził jak należy, mama by była dumna. Prawdziwy facet, dziewczyny! Ledwo go namówiłam na przeprowadzkę do miasta, a rozmów na ten temat było więcej niż dziesięć, śmiech.

Wojtek okazał się sukcesem zarówno w pracy i w kontaktach z nową rodziną, jak i w nauce: w ciągu kilku lat nauczył się rozpoznawać dobry alkohol, perfumy, politykę, sztukę, podróże, indeks WIG, sport, pozbył się lokalnego gwaru z okolic Suwałk. Zasiadł za kierownicą wygodnego auta, które teść młodej parze uprzejmie podarował, a także zdobył bardzo przyzwoitą posadę u tegoż teścia. Kto wręczył mieszkanie nowożeńcom, nie powiem domyślcie się sami.

W drugim roku małżeństwa u Wojtka pojawiła się słabość do białych skarpetek. Wyłącznie w śnieżnobiałych skarpetkach chodził i po domu, i w gościach bez kapci, zakładał je choćby do gumowych kaloszy, śmiało stając bez butów na brudnej podłodze szatni. Ewa tej miłości nie podzielała, ale pokornie myła podłogę dwa razy dziennie i kupowała wybielacz. Tak Wojtek zyskał przezwisko Skarpetka.

To, iż Wojtek ma kochankę, Ewa odkryła w ósmym miesiącu ciąży. U kochanki, jak się okazało, był taki sam termin. Skarpetka został wyrzucony z domu, zwolniony z pracy, przeklęty i wypłakany w ciągu doby. A potem nastały ciężkie, kleiste dni ponurej jesieni. Ewa wiecznie leżała na wydającej się teraz ogromnej łóżku, patrząc w sufit suchymi oczami:

Popłaczę potem. Teraz to szkodzi dziecku.

Ewka niczym Lenin spoczywała w milczeniu na swoim głupim łóżku, a my, jak wartownicy, zmienialiśmy się przy niej, by wspierać przyjaciółkę milczeniem. Bardzo chciało się płakać na głos, przewracać księgę losów i drzeć zdrajcze kartki. Ale trzeba było milczeć i czekać.

Na wypisie z porodówki hałasowaliśmy, trzęśliśmy balonami, błagaliśmy personel o kieliszek herbaty i wyjście z nami w zachód słońca do niedźwiedzi i Cyganów, życząc wszystkim zdrowia i szczęścia. Świeżo upieczony dziadek starał się jak nikt: dzień wcześniej, wzruszony i obiecując sprzątanie paniom z oddziału, najpierw kredą napisał wielki, krzywy napis pod oknem Ewy: Dziękuję za wnuczka!, a potem próbował zaśpiewać, ale został zatrzymany przez strażnika. Ochroniarz uprzejmie zgodził się zapoznać z repertuarem szczęśliwego dziadka w swojej kanciapie, pod kieliszek koniaku, bez szkody dla ładu społecznego.

W dzień wypisu dziadek był rześki, świeży i, pamiętam, choćby promieniał. I płakał z euforii i dumy. Płakał rozsądnie, z sercem. My też płakaliśmy całą ekipą, śmialiśmy się, całowaliśmy Ewę, ostrożnie zaglądaliśmy w niebieską kopertę i milczeliśmy o greckim nosku taty u malutkiego Grzesia. Tylko Ewka choćby w radosnych chwilach nie płakała:

Potem. W razie czego, mleko się popsuje.

Ewka milczała z nami jeszcze dwa miesiące, potem pewnego dnia postanowiła odwiedzić Wojtka. Bez zapałek i kwasu, ale z ogromnym pragnieniem płaczu i walki. Miała ochotę robić wyrzuty, walić w ściany, zawstydzać, poniżać i w końcu wylać z siebie ten ból, który ją trzymał w łóżku, przekierować go na zdrajcę na niszczyciela jej nadziei i świata z malutkim synkiem, w którym Ewka wyobrażała siebie, robiącą na drutach skarpetki swoim ukochanym mężczyznom podczas ciepłych wieczorów, Grzesia śmiejącego się wesoło, trzymającego ich za ręce na spacerze z Wojtkiem takiego kochanego i potrzebnego im, z synem, człowieka.

Ewka chciała też spojrzeć w oczy tej bezwstydnej kobiecie, która spała z cudzym mężem. Oczy miały być zuchwałe i pewnie piękne. W te oczy miała pluć, postanowiła, a jeżeli zajdzie potrzeba choćby podrapać.

Gdzie dokładnie iść, Ewa dowiedziała się przypadkiem od przyjaznych babć z podwórka podczas spaceru z dzieckiem. Babcie zatrzymały Ewę, przypomniały, iż Wojtek to drań, opisały trasę do gniazda kochanków i warianty zemsty na zdrajcy. Ewka zaniemówiła, płakała w duszy, choćby chciała odejść, nie dosłyszawszy numeru mieszkania, ale jakoś nie uciekła.

I oto stoi Ewka przed adekwatną klatką starego bloku, trzeba tylko wejść na piąte piętro tam można pluć, można krzyczeć.

Na pierwszym piętrze przyszło jej do głowy, iż przy jej obecnym szczęściu na pewno nikogo nie będzie i bez sensu traci czas. Na drugim piętrze pomyślała, iż byłoby choćby dobrze, gdyby nikogo nie było. Na trzecim piętrze Ewka usłyszała przeraźliwy dziecięcy płacz, dobiegający z piątego piętra.

Drzwi otworzyła szczupła, zapłakana dziewczyna, której wygląd w ogóle nie pasował do wizerunku uwodzicielki, która skusiła jej męża.

Gdy Ewka z zaskoczeniem oglądała 40 kilogramów swojej konkurencji, w głębi mieszkania przez cały czas rozbrzmiewał rozpaczliwy płacz dziecka.

Dzień dobry, Ewo. Wojtka tu nie ma, opuścił nas dwa tygodnie temu. I gdzie jest nie mam pojęcia powiedziała dziewczyna i usiadła na podłodze, płacząc.

Ewka nagle straciła ochotę na awanturę. Poczuła, iż chce wejść do pokoju i uspokoić dziecko tej nieudanej matki. Potem rzucić frazą: Lubisz się bawić to musisz też ciągnąć sanki, zołza! Tak, trzeba będzie koniecznie użyć słowa zołza. I spojrzeć przy tym pogardliwie, bo jako oszukana ma prawo.

Niemowlę było suche. Powieki opuchnięte, na czole żyłka, głos zniszczony. Dziecko ewidentnie było głodne. Chłopiec krzyczał z głodu na granicy swoich możliwości, a jego dziwna, nieodpowiedzialna matka leżała na podłodze przedpokoju i wyła.

Jak otwierała puste szafki w kuchni w poszukiwaniu mleka i bezskutecznie szukała czegoś w pustej lodówce Ewka wspominała z trudem. Jak odkryła na stole kartkę z nieukończoną, przerażającą prośbą Proszę w moim sm…. z trwogą.

Dziewczyna na podłodze szlochała, opowiadając Ewie, jak bliskiej przyjaciółce, iż nie ma gdzie iść z tą wynajętą kawalerką, a już dosłownie musi się wyprowadzić za parę dni. Że mleko się skończyło, Wojtek zniknął, a pieniędzy choćby nie było. I iż bardzo jej przykro. I wstyd. I za późno. Ale nie wiedziała. I prosi o przebaczenie, można ją uderzyć, choćby trzeba. A chłopca nazywa się Pawełek i niech Ewa to zapamięta, tak na wszelki wypadek. Pawełek był starszy od Grzesia o zaledwie 9 dni.

Ewka biegła do domu gwałtownie za 20 minut Grzesio domagałby się karmienia piersią. Ucieczka nie była łatwa: dwie wielkie torby Olgi ciążyły jej w rękach, sama zdyszana Olga biegła obok, trzymając najedzonego Pawełka. Ewka gonila i zastanawiała się, gdzie postawić jeszcze dwa łóżka.

Po trzech latach bawiliśmy się na weselu Olgi, po czterech Ewy. Mąż Ewy nie cierpi białych skarpetek, uważa, iż życie powinno być kolorowe i kocha żonę, syna i dwie córki. Olga została mamą czterech chłopców, jej mąż ciągle marzy o córeczce…

Dziś wiem już jedno miłość, wierność i gotowość do pomocy są fundamentem szczęścia. Można wybaczyć, można zacząć życie na nowo. Ale trzeba mieć siłę, by iść dalej.

Idź do oryginalnego materiału