Dziennik, 10 listopada 2025
Pośpiech w sercu przyspieszał mnie w stronę domu. Było już prawie dziesiąta wieczorem, a ja czułam, jakby zegar przyspieszał, przypominając mi, iż muszę jak najszybciej dotrzeć do mieszkania, najpierw zjeść kolację, a potem zanurzyć się w poduszki. Dzień był wyczerpujący w salonie już czekał Marek, obok rozstawiony talerz, a nasz dwunastoletni Kacper był najedzony i usypiały.
Całe przedpołudnie spędziłam w małym zakładzie fryzjerskim na Pradze, dziś pełniąc dyżur. Po zamknięciu lokalu starannie posprzątałam stanowisko, uruchomiłam alarm i zamknęłam drzwi. Tylko wtedy wyruszyłam w drogę.
Droga prowadziła przez mały skwer przy ulicy Jana Pawła II. Zwykle to miejsce było spokojne i bezpieczne: w dzień starsze panie zajadały się w kawiarni, a wieczorem puste ławki lśniły w świetle latarni. Dziś jednak jedna z nich nie była pusta. Zbliżając się, zauważyłam dwójkę dzieci, które wtuliły się w siebie chłopczyka, wyglądało na dziewięciodziesięciolatego, i malutką dziewczynkę, co najwyżej pięć lat.
Co wy tu sami robicie? Wieczór już późny! Chodźmy do domu zawołałam.
Chłopiec spojrzał na mnie uważnie, pogłaskał dziewczynkę po głowie i mocniej przytulił ją.
Nie mamy dokąd pójść. Wujek nas wyrzucił.
A gdzie jest mama?
Tam z nim. Napięta.
Nie zwlekałam ani chwili.
Wstawajcie, chodźcie do mnie. Jutro przyjrzymy się sprawie.
Dzieci wstały nieśmiało. Chwyciłam za rękę małą Łucję, tak nazywała się dziewczynka, a chłopiec Antosia otrzymał od mnie pomocną dłoń. Zabrałam ich do naszego mieszkania. Kacper i Marek słuchali mojego wyjaśnienia, nie zadając pytań; od razu wskazali, gdzie mogą się umyć, i zaprosili ich do stołu. Głodni mali goście z apetytem pochłonęli wszystko, co podano.
Następnie odwiedziłam sąsiadkę, której córka chodziła do pierwszej klasy, i poprosiłam o trochę ubrań dla Łucji. Zebraliśmy sporo rzeczy w każdej rodzinie po dzieciach zostaje trochę zapasów. Umyłam Łucję, przebrałam w czyste ubrania. Antoś sam się umył, a dla niego znaleźliśmy coś z resztek ubrań Kacpra. Położyliśmy ich w salonie na kanapie Łucja nie oddalała się od braciszka, a on trzymał ją w objęciach.
Pożywieni i wyczerpani, dzieci gwałtownie zasnęły w czystym łóżku. Kacper poszedł do swojego pokoju, a ja z Markiem długo rozmawialiśmy przy kuchennym stole, zastanawiając się, co dalej zrobimy.
Rankiem wstałam wcześnie, odprowadziłam Marka do pracy i sama ruszyłam na drugą zmianę. Dzieci obudziły się, nakarmiłam je, spakowałam wyprać i wyprasowane rzeczy w torbę i wyruszyłam z nimi.
Droga prowadziła nas do budynku kilku metrów dalej. Mieszkanie na trzecim piętrze było otwarte. Dzieci weszły i stanęły w korytarzu, zastygnęły.
Zatrzymałam się obok nich. Chciałam spojrzeć w oczy tej kobiecie, zastanowić się, co mogła myśleć całą noc, kiedy jej dzieci były zostawione same.
Z pokoju wyszła młoda, ale wyczerpana kobieta z dużym znamieniem pod oczkiem. Spojrzała obojętnie na dzieci i wymamrotała: A przyszły A to kto?
To ciocia Anita. Nocowaliśmy u niej odparł Antoś.
No dobrze mruknęła, po czym, jakby nic się nie stało, wróciła do pokoju. Zadrżałam. Czy to była ich matka?
Nagle kobieta odwróciła się do mnie: Chodź do kuchni, pogadamy.
Poszłam za nią. Ku zaskoczeniu, pomimo skromnych warunków, miejsce było nieskazitelnie czyste: naczynia poukładane, podłoga wytrzyszczona, rzeczy na miejscu. choćby mój stary, podarty fartuch był czysty. Usiądź powiedziała, wskazując krzesło.
Usiadłam. Kobieta usiadła naprzeciw i spojrzała na mnie zmęczonym okiem.
Masz dzieci? zapytała.
Tak, syna, dwunastoletniego odpowiedziałam.
Posłuchaj jeżeli coś mi się przytrafi, nie zostawiaj moich dzieci, dobrze? Nie są winne niczego.
Chcesz je zostawić? zdziwiłam się.
Nie mogę dłużej. Próbowałam się powstrzymać, ale nie udaje się. On wskazała w stronę pokoju, skąd dochodził głośny chrap zgłosiłam to policji. Po kilku dniach wraca i bije jeszcze gorzej. Nie mogę już bez alkoholu. Codziennie piję, a on wystawia dzieci na drzwi. Nie są jego.
Gdzie jest ojciec? dopytałam.
Zatonął, gdy Łucji był rok. Od tego czasu sama.
Nie pracujesz?
Pracowałam w sklepie spożywczym, ale zwolniono mnie za nieobecności.
A ten mężczyzna?
Pracuje dorywczo. Przeżywamy jakoś.
Po chwili ciszy dodała: Proszę, jeżeli coś się stanie, nie zostawiaj ich. Jesteś dobra. jeżeli nie będziesz mogła ich przyjąć, zabierz je do schroniska.
Wstałam, czując, jak mój umysł nie przyjmuje tego, co usłyszałam. Wszystko wydawało się koszmarem. Dzieci podeszły i otuliły mnie w objęcia. Łzy wypełniły moje oczy. gwałtownie otarłam je rękawem i powiedziałam Antosiowi, iż wie, gdzie mnie szukać.
Wyszłam na ulicę i pozwoliłam łzom spłynąć jak deszcz, przyciągając spojrzenia przechodniów. Wieczorem opowiedziałam całą historię Markowi. Nie zadawał pytań, tylko zapewnił, iż dzieci nie zostaną same. Kacper usłyszawszy rozmowę, przytulił się do nas obojga. Siedzieliśmy w kuchni, trzymając się za ręce, w ciszy.
Trzy dni później przybiegł Antoś, przerażony, iż mama zniknęła, a wujek został zabrany przez policję. Łucja jest u sąsiadki, ale dziś mają ją zabrać do placówki. gwałtownie opowiedział wszystko i pobiegł po siostrę. Rzeczywiście, dzieci tego dnia zabrano do ośrodka.
Następnego dnia odnaleziono matkę dzieci w rzece zginęła w tragiczny sposób. Wydaje się, iż przewidziała swój los i dlatego zwróciła się do mnie z prośbą.
Marek i ja zaczęliśmy załatwiać wszystkie formalności, by uzyskać opiekę nad dziećmi. Nie znaleziono krewnych Antosia i Łucji, a dzięki mojej relacji o rozmowie z ich matką, sąd przyznał nam opiekę.
Musiałam odejść z pracy. Łucja była przerażona, ufała tylko bratu, ciągle trzymała się przy nim. choćby gdy spadła łyżka, patrzyła na Marka z niepokojem, jakby oczekując kary.
Zajęło to sporo wysiłku, by zdobyć jej zaufanie. Antoś, jako starszy, szybciej pojął, iż w naszym domu nie grozi mu nic złego ani bólu, ani strachu.
Z czasem dziewczynka otworzyła się. Zaczęła podchodzić do mnie pewnie, bawić się z moim synem, uśmiechać i rozmawiać, choć wciąż trochę bała się Marka. Strach przed dorosłymi mężczyznami był w niej głęboko zakorzeniony.
Marek podchodził do niej delikatnie, z wielką ostrożnością. Zawsze marzył o córce, ale z powodu problemów zdrowotnych nie mogła mieć własnych dzieci. Kiedy wrócił po trzydniowej delegacji, spotkał nas na dworcu. Ja i Łucja wyszliśmy go przywitać. Obrócił się w kółko, wyciągnął ręce ku dziewczynce.
Łucja podeszła ostrożnie i objęła go za szyję. On podniósł ją na ręce i razem weszli do kuchni. Kiedy zobaczył Łucję z szerokim uśmiechem, podbiegli chłopcy, potem ja. wszyscy przytuliliśmy się i stało się cicho, ale w sercach rozgrzała się nadzieja.
W tej rodzinie w końcu zapanuje spokój.

















