Nocą na szlaku. Dwie kobiety i kłusownik

nieustanne-wedrowanie.pl 2 tygodni temu

Znacie mnie już na tyle długo, iż wiecie na pewno o moim zamiłowaniu do nocnych wędrówek. Uwielbiam je i nieustannie poszukuję chętnych do towarzyszenia mi w podobnych atrakcjach podszytych adrenaliną. O ile do pieszych rajdów po zachodzie słońca znajduje się dość sporo chętnych, to do wypraw rowerowych po nocy już nie. Kiedy poznałam Renię i zauważyłam, iż kipi w niej duch spragniony przygody i iż lubi ona wycieczki na bicyklu, od razu zaproponowałam jej nocną jazdę na dwóch kółkach. Obiecałam ciekawą trasę i zajmujący cel, ale znałyśmy się wtedy krótko i moja Renia nie dała się skusić. Powiedziała, iż musi to przemyśleć, aby przekonać się do takiej frormy rekreacji. Nie dziwię się, bo to nie jest bezpieczna rozrywka dla kobiet, a więc uzbroiłam się w cierpliwość.

Po około roku, któregoś dnia Renia powiedziała, iż chyba już powoli dojrzewa do takiej decycji. Wówczas miałyśmy za sobą całkiem sporo wspólnych dziennych wypraw w teren niezabudowany i zdążyłyśmy się dobrze poznać. Myślę, iż zdobyłam jej zaufanie i choć jestem postrzelona, to jednak każdy, kto wypuszcza się ze mną na szlak, może być pewien, iż się nie zgubi. Zresztą, ja takie wypady nocą przeżywałam już nie jeden raz i dobrze wiem, iż to zawsze jest niezapomniana przygoda.

W tamtej chwili, kiedy Renia tak ostrożnie zwierzyła mi się z tego „dojrzewania”, ja od razu zapytałam: „No to kiedy jedziemy? Może w najbliższy weekend? Nie ma przecież na co czekać! Lato jeszcze w pełni i noce ciepłe. To idealny moment, żeby przeżyć taką jazdę bez trzymanki!”. W mojej głowie już rodził się plan. Chciałam, żeby trasa była interesująca i z super celem, a wszystko po to, aby moja przyjaciółka połknęła bakcyla i zakochała się w takich atrakcjach. Jeszcze tego samego dnia uzgodniłyśmy szczegóły. Wyruszamy na szlak z końcem tygodnia!

Jedziemy do Brennika!

Brennik to naprawdę mała wieś, położona na Dolnym Śląsku i w powiecie legnickim. Ze Środy Śląskiej było to dla nas około 20 kilometrów w jedną stronę, a więc całkiem niedaleko. Wybrałam go za cel tej wyprawy, ponieważ wiedziałam, iż Renia nigdy tam nie zawitała. Chciałam ją zaskoczyć, a były ku temu świetne warunki. Kto ma uszy, niechaj słucha…

Wieczór rozpieszczał nas nienaganną pogodą. W powietrzu unosił się jeszcze żar gorącego dnia, który właśnie się kończył. Jak to często bywa przy zachodach słońca, na świecie zrobiło się przyjemnie cicho i niemal bezwietrznie. Na niebie pojawiły się nietoperze, które właśnie wyruszyły na polowanie. Cały nieboskłon tonął w cudnych barwach słonecznej łuny. Droga prowadziła nas przez Proszków i Dębicę. Zwykle jest tam bezludnie, ale o takiej porze dnia to już naprawdę żywego ducha tam nie spotkasz. Zatrzymałyśmy się na tej trasie, żeby przez chwilę poprowadzić rowery, bo ten szlak wysypany jest obficie bardzo grubym grysem granitowym i jazda po nim niszczy opony. Zresztą… miałyśmy czas. Dużo czasu, bo przecież świt daleko, a my nie planowałyśmy się spieszyć. Przy okazji zrobiłyśmy sobie wzajemnie kilka fotek na pamiątkę tej pierwszej wspólnej nocnej wędrówki.

Wspaniale nam się razem podróżowało. Lonka z nami nie było, gdyż uznałam, iż w nocy to żadna dla niego przyjemność, bo on nie przepada za wędrówkami po zmroku. Zostawiłam go jednak wyspacerowanego i zadowolonego. Na pożegnanie dostał smaczka i poszedł leżakować. A ja z Renią zaczęłyśmy naszą jazdę bez trzymanki.

Strzałkowice i Tyniec Legnicki

Z Dębic skierowałyśmy się ku Strzałkowicom, gdzie bardzo chciałam pokazać mojej przyjaciółce tamtejszy dwór, który z drogi jest całkowicie niewidoczny, ale było już zbyt mroczno i ostatecznie zrezygnowałyśmy z tego. Tam się chyba coś mocno pozmieniało, bo według mojej wiedzy, dawna rezydencja powinna być widoczna z wysokości bramy wjazdowej na teren folwarku, a nie mogłam jej dostrzec, tak, iż przez chwilę pomyślałam, iż została może rozebrana? Miałam to potem sprawdzić, ale nie złożyło się od tamtej pory, żebym zawitała w te strony.

W Strzałkowicach noc już zaczynała się konkretnie panoszyć, więc jazda bez latarek nie wchodziła w grę choćby na drogach bez aut. Bo wiedzieć trzeba, iż o tej porze nastaje tam bezruch totalny. Dzieje się tak dlatego, iż wszystkie te wsie, które po drodze mijałyśmy, położone są całkiem na uboczu. To zupełnie inny świat. Cichy, spokojny i bez fabryk. Dookoła wszędzie pola, po których biegają dzikie zwierzęta. Może nie koniecznie wilki, bo tam mało lasów jest, ale dziki, sarny, zające, borsuki jak najbardziej. Potem był Tyniec Legnicki, gdzie również jest co oglądać i zwiedzać bo i interesujący kościół tam mają i dwór i cmentarz, ale zostawiłyśmy to sobie na drogę powrotną. Zawsze tak jest, iż zanim dotrę do celu wędrówki, czuję napięcie. Dopiero kiedy zaczynam wracać do domu, wrzucam na luz. I tak było również wtedy, tyle iż wrzuciłam na ten luz za mocno i zbyt zuchwale, ale o tym poźniej. Teraz skupmy się na Brenniku, który jest już niedaleko.

Polanka i Brennik

Wędrowałyśmy przez te miejscowości i nie spotkałyśmy tam nikogo. Ulice były zupełnie puste, nie licząc psów, które za nami ujadały. Rowery są jednak ciche i nie wszystkie zdołały nas zauważyć. Kiedy zostawiłyśmy Tyniec Legnicki z sobą, trzeba mi było bardzo się skupić, żeby nie przegapić wąskiego skrętu w lewo. Mówiłam do Reni, żeby wypatrywała kapliczki maryjnej na kolumnie, bo tamtędy mamy jechać. Kiedy tam się znalazłyśmy, zniknęłyśmy w całkowitej ciemności, bo od tego zakrętu nie było już latarni. Odbiłyśmy od głównej drogi przez wieś i światło się skończyło. Później w tym mroku trzeba było pilnować, żeby na pierwszych rozstajach nie kierować się do samego Brennika, tylko w kierunku Polanki. Nie jechałyśmy bowiem do samej wsi, ale do tamtejszego pałacu, do którego dojazd był z drugiej strony. Na tym etapie Renia jeszcze nic nie wiedziała o tym, gdzie konkretnie zmierzamy. Trzymałam ją w napięciu do samego końca, mając nadzieję na efekt wow. A dreszczyk emocji rósł w gabaryty, gdyż tereny za Tyńcem robią się już z lekka falowane, drogi, choć asfaltowe, to wąskie na jedno auto i ciemno tam okrutnie, tak jak przed wiekami, gdy nie znano jeszcze elektryczności. Kiedy znalazłyśmy się już bardzo blisko pałacu, znowu musiałam wytężać wzrok, aby nie przegapić kolejnego zakrętu, który tym razem schowany był w gęstwinie drzew. Nie był to jednak las, ale dawny park dworski, gdzie rosły prawdziwe pomniki przyrody. Ogromne dęby i inne liściaste, które w nocy trudno zidentyfikować. Ja wiedziałam, iż tam roślinność zróżnicowana, bo wiele razy odwiedzałam to miejsce i za dnia i w nocy, ale Reni musiałam o tym opowiadać, bo on widziała tylko przerażające knieje, gdzie ciemność ogarniała wszystko.

Powiedziałam wtedy do mojej przyjaciółki, iż od dzisiaj musimy zachowywać się cicho i najlepiej będzie, o ile wyłączymy oświetlenie w rowerach. Wolałam, żeby nikt nas nie namierzył. Myślę, iż trochę wtedy we mnie zwątpiła, bo choćby nie widać było po czym jedziemy. Czy to asfalt jest czy droga gruntowa i co najważniejsze: co jest na jej końcu? W koronach tych starych drzew buszowały sowy, a na dole między nimi słyszałyśmy spłoszone zwierzęta. Wszechogarniający mrok towarzyszył nam na tej ostatniej prostej, ale po dłuższej chwili zaczęłam zauważać pierwsze światło, które przebijało się przez tę gęstwinę. Powiedziałam o tym Reni, żeby się nie stresowała.

Blask latarni stawał się coraz to jaśniejszy i przynosił ulgę. choćby mnie, bo jednak pomimo doświadczenia w podobnych wyprawach, to jednak byłyśmy tam tylko we dwie w środku nocy. Kiedy minęłyśmy ostatni parkowy zakręt, naszym oczom ukazało się się to:

Wielkie wow!

Myślę, iż jednak ją zaskoczyłam pozytywnie, bo widać było zachwyt w oczach. Przy obiekcie panowała głęboka cisza, nie licząc ptaków na drzewach i żab w stawie, które ochoczo nas przywitały po swojemu. Ten zabytek szeroko opisałam w innym moim wpisie na tym blogu, o TUTAJ. Odsyłam tam żądnych wiedzy o nim, bo wart jest on uwagi. Niesamowite jest, iż dawny pałac Zedlitzów nie został spalony po II wojnie światowej przez czerwonoarmistów i że, skoro już tak się stało, nie rozebrano go do ostatniej cegły, żeby wspomóc odbudowę stolicy. To prawdziwa perełka na dolnośląskiej ziemi, choć z całą pewnością Rosjanie ogołocili jego wnętrza do zera, tak jak to mieli w zwyczaju czynić w podobnych miejscach po tym, kiedy nas „wyzwolili” od Niemca. Stalin roszczył sobie prawa do tych zdobyczy, gdyż widział w nich zapłatę za przyjście Polsce z odsieczą. Zresztą, w jego mniemaniu przecież to nie było polskie tylko poniemieckie. Czerwonoarmiści wywozili z Polski powojennej wszystko co tylko dało się rozmontować i zapakować na wagony towarowe pociągów. Zostawili nas niemal z niczym w bardzo krótkim czasie, bo byli z nich nie lada spryciarze. Natomiast po sobie pozostawili spalone pałace, hale produkcyjne wszelkiej maści bez maszyn i linie kolejowe bez pociągów i szyn oraz mnóstwo chorych wenerycznie kobiet, często będących w ciąży.

Kiedy zakończyła się wojna, pałac w Brenniku stał się własnością Państwa Polskiego, a w roku 1980 utworzono w nim Dom Pomocy dla osób starszych i funkcjonuje on tam do dziś. Próbowałam kiedyś uprosić zarządzających tym obiektem aby wpuścili mnie do środka, ale pozwolono mi tylko zajrzeć do holu. przez cały czas robi wrażenie, bo jest zadbany, ale nie namierzyłam tam oryginalnego wyposażenia. Jak to jednak jest naprawdę, tego nie wiem, gdyż więcej mi nie pokazano.

Mój zbyt szalony pomysł

Na terenie pałacowym spędziłyśmy nie więcej niż godzinę. Rowery zostawiłyśmy przy drzewie, które rosło niedaleko stawu, a same ruszyłyśmy zwiedzać na pieszo. Rozmawiałyśmy szeptem i poruszałyśmy się niczym duchy, bezszelestnie. Bardzo nie chciałam zostać nakryta na tej nocnej eksploracji. Wiem, iż za dnia nie ma problemu aby wjechać na ten teren i zrobić kilka zdjęć, ale jak to jest w nocy? Nie miałam pojęcia. Bezcenna okazała się również w tamtej chwili adrenalina, która karmiła się niepewnością, ryzykiem i tajemnicą. To było naprawdę piękne przeżycie! W 50 % dlatego, iż wszysko to działo sie po zmroku. Miałyśmy dusze na ramionach, gęsią skórkę z emocji i banany na twarzach.

Niezaprzeczalnie miejsce to jest magiczne za dnia, ale w nocy to już prawdziwa petarda. Przyznaję, iż czułam ogromną euforia widząc w oczach Reni zachwyt. Pałac w Brenniku prawdziwie ją oczarował. Nie mogłyśmy tam jednak zostać dłużej, bo chodząc blisko obiektu ktoś mógłby nas zauważyć. Więc kiedy nacieszyłyśmy już oczy, postanowiłyśmy powrócić na szlak. Wbiłyśmy się na powrót w ciemną aleję parkową, ale tym razem już z pełnym rowerowym oświetleniem i po chwili byłyśmy na trasie do Tyńca. I to właśnie tam wpadłam na swoj szalony pomysł na drogę powrotną…

Kiedy ponownie zjechałyśmy do tej miejscowości, zrobiłyśmy sobie krótką przerwę w trasie przy tamtejszym kościele. Siedziałyśmy na ławce otoczone świątynnym murem i padało na nas światło lampy podświetlającej dzwonnicę. Było cicho, choć to środek wsi. Rozmawiałyśmy, piłyśmy wodę i zajadałyśmy orzechy. Minęło z pół godziny, kiedy przyszedł mi do głowy ten plan powrotu do domu. Pomyślałam, iż będzie genialny, bo droga inna. Chciałam tylko, żeby nie było nudno. No i nie było!

Kościół Męki Pańskiej nocą. Tyniec Legnicki

Dzikie zwierzęta i duchy Niemców

W połowie drogi między Tyńcem Legnickim a Dzierżkowicami jest droga prowadząca do Janowic. Bardzo lubię tę trasę. Doceniam ją za mały ruch samochodowy i za cudny krajobraz. Skręciłyśmy tam, w tę wszechogarniającą ciemność, bo nigdzie z tamtej perspektywy nie widać było świateł. Ani latarni, ani z okien ludzkich domów. Tuż przed Janowicami odbiłyśmy w lewo, na Uszę. Pędziłyśmy na rowerach po asfaltowej nawierzchni i wzdłuż Cichej Wody aż do samej Uszy, gdzie asfalt się skończył. We wiosce zastałyśmy najpierw poniemiecką kostkę brukową, którą dojechałyśmy do opuszczonego ewangelickiego cmentarza, a potem… to już tylko polniak był, aż do samego Chełmu.

Stara droga gruntowa przez spory odcinek biegła w takim mini jarze. Dookoła tam tylko pole i rzeka. Dzikie zwierzęta i duchy Niemców, którzy mieszkali w tej osadzie i spoczęli w tej nekropoli. Dopiero tam uświadomiłam sobie, iż to co robimy jest bardzo ryzykowne. Znalazłyśmy się na totalnym pustkowiu w środku nocy, a przez nami dobrych kilka kilometrów szlaku tak dziurawego, iż nie sposob było jechać rowerem. Dlatego musiałyśmy prowadzić. Pomimo wszystko uznałam, iż w tych okolicznościach tak będzie bezpieczniej, bo nie trudno o wypadek. Lepiej być sprawnym na odludziu i móc maszerować, niż leżeć tam ze złamaną nogą. Renia była tego samego zdania i nie okazywała lęku, ale ja miałam, przyznaję, poczucie winy, iż być może trochę ją wystraszyłam okolicznościami, w których się przeze mnie znalazła.

Cóż jednak było robić? Nie miałyśmy wyjścia jak tylko przejść przez to wielkie pole i dostać się na szosę z Chełmu do Wrocisławic. Nie wiem, która była już godzina, ale naprawdę późno w nocy. Idąc tą ścieżką gęsiego, przez cały czas rozmiawiałyśmy, a ja nieustannie skanowalam przestrzeń dookoła. Widoczność jednak była bardzo słaba. W zasadzie wszystko co wyraźne, znajdowało się w świetle naszych latarek. Widziałyśmy więc raptem kilka metrów polniaka przez sobą i tyle! W którymś momencie marszu zamajaczył mi jakiś dziwny kształt. Szłam przed Renią, więc zauważyłam go pierwsza. Powiedziałam o tym przyjaciółce. Przystanęłyśmy i wytężyłyśmy wzrok. Wtedy nie było już wątpliwości. Na tej ścieżce, w środku pola stało auto z otwartymi drzwiami, o które oparta była ludzka postać.

Dwie kobiety i kłusownik

Nie pamiętam żebym odczuwała lęk. Byłam raczej skupiona. Nie mogłyśmy się już wycofać. Na zimno oceniałam sytuację. Takie auto w polu o tej porze to prawdopodobnie myśliwy. Renia myślała podobnie, ale tak naprawdę przecież nie mogłyśmy wiedzieć. Z każdą chwilą zbliżałyśmy się do samochodu coraz bardziej. Postać stała się już na tyle wyraźna, iż poznałam, iż to meżczyzna. Wszystko działo się bardzo szybko. Nie sposób było go ominąć, więc musiałyśmy przejść obok. Facet stał przy aucie i gapił się w naszą stronę. Musiał obserwować nas już od dawna, bo przecież szłyśmy z latarkami, jego natomiast nie było widać wcale, gdyż stał w całkowitej ciemności. Kiedy podeszłyśmy na tyle blisko, iż mogłam spojrzeć mu w twarz, powiedzialam głośno bardzo pewnym tonem: Dzień dobry. I co, upolował pan coś już, czy jeszcze nic? Ale gość nie odpowiedział i zrobiło się jeszcze bardziej mrocznie. Nastala niezręczna i niepokojąca cisza, którą przerwała moja przyjaciółka mówiąc: Anetka, no to my już pójdziemy. Do widzenia panu. W tym momencie zaczęłyśmy go wymijać i on choćby wtedy coś tam odburknął, ale my już nie zatrzymywałyśmy się. Nie przyśpieszałyśmy też, tylko spokojnie i całkiem opanowane sukcesywnie się od niego oddalałyśmy. Tylko od czasu do czasu odwracałam głowę żeby sparwdzić, czy nie idzie za nami…

Na rowery wsiadłyśmy będąc bliżej Chełma, bo dopiero tam szlak stał sie na powrót przejezdny. Potem kierowałyśmy się do Wrocisławic, Bukówka, Ciechowa i ostatecznie do Środy Ślaskiej, gdzie mieszkamy. Miałyśmy więc mnóstwo czasu aby przeanalizować tę sytuację. Obie ostatecznie doszłyśmy do wniosku, iż bardzo prawdopodobne jest, iż na tym polu zastałyśmy kłusownika, który był chyba w jeszcze większym szoku niż my, widząc dwie postaci z latarkami podążających w jego stronę. Nie wiedział o co chodzi i chyba mowę mu odjęło, gdy zobaczył dwie kobiety z rowerami. Dwie kobiety w środku nocy na wielkim polu przy Cichej Wodzie, skąd wszędzie jest daleko. Tego z całą pewnością się nie spodziwał. To spotkanie nikomu nie zaszkodziło, ale teraz często je wspominamy z Renią. Nie wydarzyło się nic, ale mogło wydarzyć się wszystko…

Idź do oryginalnego materiału