Drzwi trolejbusu zamknęły się jak harmonijka, a ciepło z wnętrza rozlało się parą w chłodną, warszawską noc. Piątka rozbawionych chłopaków wpadła do środka, hałasując głośniej niż silnikco rusz tłukli brudnymi czubkami butów o schodki, barierki, a choćby nogi innych pasażerów.
Nikt z tych nielicznych, którzy zostali zagonieni w jedno miejsce przez ostatni nocny pojazd, choćby nie pomyślał, żeby zwrócić uwagę rozkrzyczanej bandzie młodych facetów. Dyskutowali z ognistym błyskiem w oczach o tym, jak mogliby spożytkować swą męskość kto, gdzie, kiedy i za jakie grzechy. Każdy przekrzykiwał się z kolejnym, aż wszystko tłumił chropawy śmiech i brzdęk zderzających się butelek. Młodzi urządzili sobie popijawę na samym końcu trolejbusu i co chwilę śmiejąc się, stukali się denkiem.
Silnik zagrzmiał, drzwi zasyczały, harmonijka się prostowała, a pojazd miękko odbił od miejskiego przystanku. Ludzi nie było wielu dosłownie dziesięć osób z konduktorką włącznie. Kobieta wstała i ruszyła do rozbawionych, ściskając w ręce wachlarz biletów.
Panowie, płacimy za przejazd powiedziała zmęczonym głosem, w okularach starszych niż najmłodszy z chłopaków.
Mam miesięczny! bekł jeden.
Ja też!
I ja!
Ostatni miał miękką twarz, ledwie wąsik pod nosem i rozbiegany wzrok, ale wśród swoich czuł się pewniej i dla pokazania tego, krzyczał najgłośniej.
To pokażcie! mruknęła kobieta, zupełnie niewzruszona.
Najpierw pani niech pokaże! sypnął śliną największy z nich.
Jestem konduktorem powtórzyła beznamiętnie.
A ja elektryk, i co, prądu też mam nie płacić? dogryzł ten, któremu już się piwo rozlało po kurtce, zostawiając kwaśny zapach.
Panowie, albo płacimy, albo wysiadacie.
W tej właśnie chwili trolejbus zatrzymał się jak na komendę, a pozostała część pasażerów wysiadła.
Przecież mówię: mamy miesięczne! wystawił chudą klatkę piersiową chłopak.
Marek, jedziemy na bazę! zawołała kobieta w kierunku kierowcy.
No Marek, na bazę! przedrzeźniali ją chłopaki, wycierając wyimaginowane łzy.
Drzwi zamknęły się ponownie, trolejbus odbił i wykonał zwrot. Przez chwilę śmiali się i żartowali, ale gdy pojazd coraz bardziej przyspieszał, do najtrzeźwiejszego dotarło:
Ej, jak on tu zawrócił na środku ulicy, skoro jeździ po przewodach? autentycznie zainteresował się. Reszta wzruszała ramionami.
Trolejbus śmigał coraz szybciej, przeganiał auta, światła w środku przygasały i znikały jedno po drugim. Jedynie miejskie latarnie i tablice reklamowe co jakiś czas rzucały błyski do środka. Konduktorka siedziała bez ruchu, patrząc przed siebie. Postoi już nie było.
Halo! Kierowniku, dokąd nas wieziesz?! wydusił w końcu jeden z piątki.
Bez odpowiedzi.
Ej! Zatrzymaj, chcemy wysiąść! coraz poważniej zadźwięczał głos, w którym nieśmiało odzywała się trzeźwość.
Kobieta nie drgnęła.
Warszawa została z tyłu. Sunęli przez mrok opustoszałej szosy. W środku było już zupełnie ciemno. Komórki były martwe, każda z prośbą o brak zasięgu, każda z niezaładowaną stroną.
Gdy trolejbus wjechał między pola, jeden z rozrabiaków doskoczył do konduktorki i zaczął bluzgać:
Wiesz, gdzie ja pracuję!? Jak mnie jutro w biurze nie będzie, to emerytury możesz nie zobaczyć!
Wtedy zgasły przednie światła.
Proszę, wypuść nas, muszę się do matury szykować pisnął najmłodszy.
Trolejbus ciął mrok, głośno bucząc. Chłopaki, już trzeźwi, trzęśli się, powtarzając jak zachować się w razie porwania. Próbowali wybić szybę pustą butelką, dłubali przy harmonijce, ale bez skutku.
W końcu pojawiły się pierwsze pieniądze.
Proszę, tu jest, reszty nie trzeba! Zawieźcie nas z powrotem! Błagam!
Kobieta dalej patrzyła przed siebie. Łzy, pokorne przeprosiny i nawoływania do rozsądku przepełniły wnętrze, a trolejbus jechał dalej, aż do wielkiego jeziora.
Gdzie my jesteśmy? przeszło z ucha do ucha.
Nas utopią płakał najmłodszy.
Bartek, umiesz prowadzić trolejbus? Może spróbujemy im zabrać kierownicę? wymamrotał z jakąś resztką nadziei któryś z chłopaków, ale Bartek pokiwał głową przecząco.
W końcu otworzyły się przednie drzwi. Konduktorka wyszła na zewnątrz. Przez szyby widać było w mroku jej sylwetkę. Chłopcy zauważyli, iż trzyma w ręku jakiś podłużny przedmiot.
Koniec Zastrzelą nas I utopią elektryk z resztą nie potrafili się choćby pocieszyć.
Nagle rozbłysło światło, a kobieta stukając głośno, znów weszła do środka. W rękach trzymała wiadro i mop. Postawiła przed roztrzęsionymi chłopakami i się uśmiechnęła:
Najpierw myjemy ściany, potem dam wam szmaty przetrzecie siedzenia i podłogi, a potem wrócimy do miasta. Macie coś przeciwko?
Pięciu równocześnie pokręciło głowami.
Noc była długa. Dwóch biegało po wodę, jeden zmieniał ścierki, pozostali wylewali brud i nalewali czystą do wielkiego gara, który pojawił się nie wiadomo skąd. Wyglądało na to, iż trolejbus był tu już nieraz.
Pracę skończyli o wschodzie słońca. Trolejbus lśnił, aż szyby świeciły. Chłopaki, całkiem już trzeźwi, uwijali się w ciszy i zgodzie. Kiedy wszystko było gotowe, konduktorka skasowała ich bilety, a pojazd ruszył w stronę miasta. Nocnych rozrabiaków odstawili po kolei na przystankach, a trolejbus wjechał na główną trasę gotów powitać nowy dzień i nowych pasażerów.








