Od nienawiści do miłości

twojacena.pl 1 dzień temu

Od nienawiści do miłości

Zawsze nie znosiłem psów. Wszystko przez to, co stało się ze mną, gdy byłem pulchnym, rudym siedmiolatkiem w okularach, z przepełnionym zeszytami plecakiem. Wtedy, na pustym placu za blokami w mojej dzielnicy w Gdańsku, otoczyła mnie wataha bezpańskich psów. Ich przywódca szorstkowłosy, czarny z rudymi plamami na pysku patrzył mi prosto w oczy.

Byłem przerażony, płakałem, błagałem psy, żeby mnie zostawiły, rzucając im kanapki z szynką, których nie zjadłem w szkole. One jednak nie reagowały. Przywódca za każdym razem, gdy próbowałem się ruszyć, unosił górną wargę, pokazując żółtawe kły i warczał głucho.

Otoczyły mnie na ponad dwie godziny. W końcu przywódca zastrzygł uszami, odwrócił się i bezszelestnie pobiegł w kierunku lasu za placem. Psy ruszyły za nim, zgrabnymi szeregami znikając wśród drzew.

Wytarłem łzy, ścisnąłem plecak i rzuciłem się biegiem do domu. Ale nie dotarłem tam. Drewniana kamienica, w której mieszkałem z rodziną i paroma sąsiadami, właśnie się dopalała wybuchła gazowa kuchenka.

W pożarze zginął mój pradziadek, którego nazywałem zawsze po prostu dziadziuś. Dziadziuś był kiedyś marynarzem, wychowanym przez morskie wiatry i fale. Miał śnieżnobiałe wąsy i brodę, którą golił tylko raz w roku, zaraz po świętach Bożego Narodzenia. Potem zapuszczał ją na nowo, zaplatał w warkoczyk, wygłupiał się, przewiązując go kolorową gumką albo zarzucał za ucho.

Po śmierci dziadziusia i spotkaniu z psami długo się jąkałem. Drugi raz pies przyszedł na moją drogę, gdy byłem już chudym, wyższym trzynastolatkiem, w soczewkach zamiast okularów, w pierwszej klasie gimnazjum. Tym razem towarzyszyłem do domu najładniejszą dziewczynę w klasie Małgosię Zawiślak. O Małgosię starał się Paweł, szkolny łobuz z dziewiątej klasy powtarzający rok, przez którego bała się cała szkoła. Ja jednak się odważyłem, idąc z Małgosią.

Ogromny kundel niespodziewanie zastąpił nam drogę i zaczął agresywnie na mnie szczekać, odpychając ode mnie Małgosię. Cofając się powoli, oddalałem się pod wpływem naporu tego psa. Gdy Małgosia wpadła do swojej klatki, pies zniknął za rogiem.

Jeszcze tego samego dnia, na matematyce, dostałem liścik, w którym były tylko trzy zdania:
– Nie odprowadzaj mnie. Paweł chciał cię wczoraj pobić. Przepraszam.

Moja przyjaźń z Małgosią się nie rozwinęła, przez co jeszcze bardziej złościłem się na psy.

Minęły lata. Ukończyłem studia na Politechnice Gdańskiej, otworzyłem własną firmę. Interesy szły dobrze miałem kontakty i nie narzekałem na brak złotówek. Z czasem w życiu prywatnym także się ułożyło. Małgosia, niegdyś Zawiślak, została moją żoną. Urodził nam się syn Kuba, po moim dziadziusiu. Ośmiomiesięczny brzdąc jeszcze nie mówił, ale za każdym razem, gdy widział psa z wózka, uśmiechał się i szczebiotał:
– Hau, hau!

W tę niedzielę spacerowałem z Kubą po Parku Oliwskim. Sypałem na karmnik ziarna dla sikorek, opowiadałem synkowi o szpakach i wiewiórkach, z których jedna zeskoczyła z gałęzi modrzewia i zabrała orzeszka prosto z mojej dłoni.

Czas było wracać do domu. Wyjeżdżając z parku, podszedłem z wózkiem do przejścia. Kiedy zapaliło się zielone światło, ruszyłem. I nagle pojawił się ten szalony jamnik!

Warczał i szczekał zawzięcie, blokując mi drogę. Aż wydawało się, iż zaraz straci głos. W tej samej chwili tuż przy wózku przejechał rozpędzony samochód osobowy. Wpadł na trawnik za pasami i roztrzaskał się o latarnię. Z auta wyskoczyła banda nastolatków i uciekła we wszystkie strony.

Stałem w miejscu jak skamieniały. Ludzie biegli do auta. Jamnika nigdzie już nie było. Jakiś przechodzień złapał mnie za rękę:
Wszystko w porządku? Wózek nie ucierpiał? patrzył na mnie lękliwie.

Pokiwałem głową, próbując złapać oddech Kuba był cały i zdrowy, wózek pozostał nietknięty.

Nie pamiętam nawet, jak dotarłem do domu. Małgosi pewnie tej historii nie opowiem po co ją niepokoić, skoro wszystko dobrze się skończyło? Ale tym razem poczułem coś nowego, myśląc o rudym jamniku. Poczułem wdzięczność do psa, który uratował życie mojego synka.

Cały dzień milczałem, rozmyślając o tych trzech spotkaniach z psami. Zrozumiałem wtedy, iż zwierzęta nigdy mnie nie krzywdziły, nie chciały zastraszyć. One broniły mnie na swój sposób. Małgosia spoglądała na mnie cicho, dziwiąc się mojej zadumie, ale nie dopytywała.

Wieczorem wyszliśmy na wspólny spacer przed snem. Pod ławką, w dalej części podwórka, stali sąsiedzi. Przechodząc obok, usłyszałem:
I co teraz? Kto weźmie takiego?
Zagłębiłem się między nich. Na ławce stało kartonowe pudełko, a w środku maleńki szczeniak. Był ślepy, najwidoczniej w wyniku wad genetycznych. Sąsiedzi szeptali smutno. Małgosia z wózkiem odeszła kilka kroków dalej i czekała na mnie.

I co z nim teraz zrobić?
Kto mu pomoże, taki biedny…
Ja bym nie potrafiła wziąć takiego do domu dochodziły szepty.

Przepchnąłem się bliżej. Szczęście był ślicznie czekoladowy, piszczał, kręcił malutką głową w poszukiwaniu matczynego ciepła.

Zatrzymałem się, a po chwili odwinąłem z szyi szalik mimo iż była już wiosna, wieczorem było chłodno. Delikatnie podniosłem malca spod łapek zauważyłem, iż miał jeszcze wykrzywione tylne łapki.

Za moimi plecami ktoś westchnął, ktoś zaszlochał.

Okryłem szczeniaka szalikiem, ułożyłem jak niemowlę w ramionach i powiedziałem cicho:
No to co, maluchu, teraz chyba twoja i moja kolej Chodź, przedstawię ci naszą mamę. Jest dobra, ma w lodówce mleko i na pewno dla ciebie znajdzie się miejsce w naszym domu.

Ruszyłem w stronę Małgosi, która patrzyła na mnie z miłością, stojąc obok Kubusia w wózku.

Idź do oryginalnego materiału