11 marca
Co ty znowu wymyśliłaś? Jaki dom opieki?! Ja nigdzie nie jadę, moje miejsce jest tutaj! Ojciec Barbary Stanisławówny celował w moją głowę kubkiem. Odskoczyłem sprawnie, przywykłem już do takich numerów.
To nie mogło dłużej trwać. Wiedziałem, iż wcześniej czy później wymyśli coś, co mi naprawdę zaszkodzi, a ja nie zorientuję się, skąd mi grozi niebezpieczeństwo. Wypełniając papiery do domu opieki, nie potrafiłem uwolnić się od wyrzutów sumienia. Chociaż biorąc pod uwagę, jak kiedyś mnie traktował, to i tak robiłem dla niego więcej, niż sam na to zasłużył.
Pakując tatę do samochodu, krzyczał, bronił się i wygrażał wszystkim naokoło. Z przekleństwami na ustach wyjeżdżał z bloku na warszawskim Grochowie, a ja patrzyłem za odjeżdżającym autem, stojąc przy oknie. Już kiedyś przeżywałem podobne chwile wtedy byłem jeszcze małym chłopcem i nie miałem pojęcia, co mnie czeka.
Barbara była jedynaczką w rodzinie. Mama nie odważyła się na drugie dziecko ojciec był domowym tyranem, który uprzykrzał życie całej rodzinie.
Ojciec, Stanisław Zieliński, kiedy urodziła się córka, miał już sporo po czterdziestce. Ożenił się wyłącznie dla kariery to było korzystniejsze niż z prawdziwej miłości czy pragnienia potomstwa. Nigdy nie kochał nikogo bardziej niż samego siebie. Aby budować wizerunek przykładnego obywatela, wziął za żonę młodziutką Zosię, studentkę szkoły handlowej rodzice jej byli robotnikami w fabryce. Dla tamtej rodziny takie ożenek był niezwykle prestiżowy. O zgodę Zosi nikt nie pytał. Ślub zorganizowano hucznie; rodziców Zosi jednak nie zaproszono ich pozycja społeczna była niewystarczająca.
Po ślubie młoda żona przeniosła się do mieszkania Stanisława. Aby szybciej przystosowała się do życia pani dyrektorowej, przydzielono jej mentorkę, która uczyła ją manier, taktu i lojalności.
I jak minął dzień? pytał Stanisław, siadając wieczorem w fotelu.
Wszystko dobrze. Uczę się manier stołowych, zaczęłam lekcje angielskiego.
Tylko tyle? A dom, zakupy, sprzątanie?
Z kucharką ustaliłam jadłospis na tydzień, sama zrobiłam zakupy, trochę posprzątałam.
No, nieźle Ale pamiętaj: zawsze bądź zadbana. Jak będziesz się dobrze sprawować, wynajmę kierowcę i pomoc domową. Ale jeszcze nie teraz, nie zasłużyłaś.
Zawsze jednak znajdował powód do kłótni. Wracał do domu późno, zmęczony i rozdrażniony. Żona i służba byli jedynymi, na których mógł się wyżyć personel mógł rzucić papierami, Zosia nie miała wyboru.
Pierwszy raz Stanisław uderzył Zosię miesiąc po ślubie. Ot, żeby pokazać, kto tu rządzi. Potem przemoc powtarzała się coraz częściej bił tak, by nie zostawały ślady, by można było się uśmiechać do gości bez skrępowania. Zosia ukrywała siniaki pod schludnym strojem.
Po roku życzliwi dopytywali, czemu w rodzinie nie pojawiło się jeszcze dziecko.
Stanisław, zdrowy facet z ciebie! Żonę masz młodą, a dzieci jakoś nie widać. Może coś nie tak? Może ją do lekarza zabierz.
Jeszcze kończy szkołę odburknął.
Bzdura. Baby mają rodzić i zajmować się domem. Niech rzuca naukę, od razu do lekarza. Moja poleci paru świetnych specjalistów Dzieci muszą być w każdej porządnej rodzinie!
Rozpoczęła się gehenna badań. Stanisław przestał bić żonę, aby lekarze nie zauważyli obrażeń. Po wielu wizytach okazało się, iż Zosia jest zdrowa to u męża leżał problem. Lekarz delikatnie mu to zasugerował.
Ja mam się badać? Chyba żartujesz! Wystarczy jeden telefon i załatwię ci miejsce w zapomnianej przychodni.
choćby jak mnie pan zwolni, to chyba nie pomoże panu w tej kwestii skwitował lekarz.
W końcu zrobiono Stanisławowi badania wyniki nie zostawiły złudzeń: szansa na dziecko była znikoma. Po tej wiadomości był tylko bardziej rozgoryczony. Na żonie wyżywać się już nie opłacało. Najpierw przestała reagować na przemoc, potem jakby znikała usztywniała się jak posąg.
Dla rozrywki znalazł sobie kochankę. Na jakiś czas wystarczyło.
Po dwóch i pół roku żona w końcu zaszła w ciążę. Urodziła się Barbara, podobna z wyglądu do ojca. Stanisław jednak nie czuł do córki żadnych ciepłych uczuć. Wychowywała ją matka i opiekunka, ojciec potrafił nie widzieć dziecka tygodniami.
Im Barbara była starsza, tym bardziej irytowała ojca. Trudno mu było powstrzymać wybuchy złości. Pierwszy raz spoliczkował ją, gdy miała pięć lat poprosiła o coś nieodpowiednim tonem, a on wrócił właśnie z trudnych rozmów w ministerstwie. Dziewczynka przeleciała pół pokoju, uderzając o ścianę. Ze strachu choćby nie płakała. On natomiast położył się wygodnie przed telewizorem.
Od tej chwili Barbara starała się ojcu nie podpadać. To jednak już nie miało znaczenia. Stanisław często przy gościach żartował sobie z córki, upokarzał ją i kazał na przykład grać na skrzypcach, choć wiedział, iż bardzo się boi występów.
Pani Barbaro, słyszałam, iż Basia pięknie gra na skrzypcach! Zagra pani coś dla nas? pytała sąsiadka.
Skrzypaczka? Prędzej rozśmieszy gości, niż zagra! Basia, weź te swoje skrzypce i pokaż się gościom!
Barbara, czerwona z wstydu, posłusznie szła po instrument. Żeby nie ośmieszyć się przed innymi, była gotowa ze strachu zemdleć, ale narazić się ojcu było przecież gorzej.
Lęk przed publicznymi występami ciągnął się za nią później całe życie. Obiecującą karierę skrzypaczki porzuciła na dobre po skończeniu podstawówki muzycznej.
Zastanawiała się, czy u innych rodzin jest podobnie. W książkach widziała obrazki uśmiechniętych rodzin, których nigdy nie znała. Z matki nie miała wzoru do naśladowania. Ona też nie kochała córki dziecka znienawidzonego męża-tyrana. Gdy Basia miała trzynaście lat, mama zginęła w wypadku samochodowym. Tak brzmiała oficjalna wersja. Co się stało naprawdę, nikt nie wyjaśnił.
Po tej tragedii Barbara jeszcze bardziej zamknęła się w sobie. Poszła na studia na kierunek wybrany przez ojca chyba ostatnią decyzję, jaką za nią podjął. Stanisław tracił wtedy stanowiska i wpływy. Większość oszczędności rozeszła się na sprawy sądowe tylko cudem nie został skazany. Wycofał się z życia publicznego i osiąść na działce pod Warszawą.
Barbara nie odwiedzała ojca nie chciała słuchać kolejnych złośliwości. Stary człowiek bez nikogo, komu mógłby dokuczać, zaczął tracić zdrowie psychiczne. Sąsiedzi coraz częściej dzwonili do mnie: Panie Bartoszu, pana ojciec znowu upokarza wszystkich w bloku, urządza awantury.
Musiałem się przemóc zabrałem go do siebie. To była męka. Codziennie wszczynał kłótnie, potrafił rzucać naczyniami, wyzywać mnie od nieudaczników. Zamknąłem go więc w jednym pokoju, a potem i to nie pomagało widać było już początki demencji.
W końcu zdecydowałem: dom opieki. Obdzwoniłem wszystkie domy seniora, w końcu znalazłem taki, który wydawał się odpowiedni. Kosztował trzy tysiące złotych miesięcznie musiałem zrezygnować z większości własnych wydatków i wziąć dodatkowe zlecenia. Inaczej nie podołałbym.
Pierwsze dni po jego wyjeździe chodziłem jak struty. Przypomniałem sobie, jak kiedyś mama próbowała wyrwać się od Stanisława wtedy również tata po nią przyjechał, a niedługo potem zginęła.
Mimo wszystko, ilekroć odwiedzałem ojca w domu opieki, bolało mnie serce. Zawsze czułem tylko żal i poczucie winy, jakby właśnie tego mnie kiedyś nauczono.
Teraz doszły jeszcze problemy ze zdrowiem, a w głowie krąży jedna myśl: nie wolno bać się przerwać rodzinnego zaklętego kręgu. Nie budować własnego świata z poczucia winy. Dziś rozumiem, iż choćby jeżeli rodzic jest najbliższy z krwi, to czasami trzeba wybrać siebie po prostu po to, by ocalić własne życie.









