Olga zamykała słoiki z leczo, gdy jej mąż wrócił z pracy. – Jestem w domu! – zawołał Sławek, wszedł do kuchni i zastygł z wrażenia.

newskey24.com 2 dni temu

Oliwia zamykała leczo w słoikach, gdy jej partner wrócił z pracy. Już jestem w domu zawołał Szymon wchodząc do kuchni i nagle znieruchomiał. Co tu się dzieje? Co ma się dziać? Robię leczo, przecież sam prosiłeś uśmiechnęła się Oliwia. Pytam, co się tu dzieje Szymon wskazał ruchem ręki całą kuchnię. O co ci chodzi, kochanie? Wyjaśnij mi, proszę zdziwiła się Oliwia. Nie udawaj, doskonale wiesz, o co pytam powiedział już rozdrażnionym tonem.

Kuchnia była jakby z innego wymiaru wszędzie chaotycznie poustawiane miski, talerze i słoiki, na kuchence bulgotał garnek wielkości kociołka, a ślady rozbrykanych pomidorów wędrowały po blacie. W różnych zakątkach stały talerzyki z rozrzuconym czosnkiem, papryką i innymi składnikami. Oliwia stała pośrodku tego wszystkiego, drobniła paprykę i wydawało się, jakby rzeczywistość zapętliła się na kolorowych warzywach.

Przeprowadzili się do siebie cztery miesiące temu. Do tego czasu Szymon mieszkał w samotności przez tyle lat, aż ta samotność zaczęła przypominać bezpieczny kokon. Dla niej jednak postanowił wyjść z tej ciszy. Mieli już obydwoje ponad czterdziestkę, gdy się poznali. Oliwia miała dorosłą córkę, która, głową zanurzona w nowej pracy, mieszkała samotnie w odległych zakamarkach Warszawy. Szymon miał dziesięcioletniego syna z pierwszego małżeństwa, chłopiec był ledwie wspomnieniem w jego życiu mieszkał z matką w Gdańsku, miasto rozciągało się między nimi jak rzeka bez mostu.

Przez pierwsze miesiące wspólnego mieszkania Oliwia unosiła się na skrzydłach euforii. Przygotowywała ukochanemu coraz to dziwniejsze i smaczniejsze potrawy, czasem z niewidzialnymi siłami zmuszając się do pracy do późna. To musi być miłość! powtarzała sobie. Skąd inąd tyle werwy?

Z czasem jednak Szymon zaczął się zmieniać. Wchodził do domu zafrasowany, cieniował wieczory marudzeniem o błahostkach: tu nieumyty kubek, tam krzywe łóżko, gdzieś zakurzony kąt, mimo iż mieszkanie prawie lśniło, a kolacja parowała na stole. Oliwia również pracowała, była w domu ledwie godzinę przed nim, a zdążała ze wszystkim, co tylko mogła.

Początkowo ignorowała to drobne zrzędzenie, wierząc, iż to przejściowe. Próbowała nie zwracać uwagi na nieporozumienia, aż szeleszczenie niezadowolonych słów przekształciło się w rdzeń codzienności. Przestało być miejsce na euforia zrobiło się jak po listopadowej burzy, kiedy nic nie pasuje do miejsca.

Tamtego dnia Szymon miał naprawiać samochód z szwagrem, więc wymknęła się do kuchennej alchemii, zanim miał wrócić. Jednak czas zaburzył się wrócił nagle i utknął w oparach pomidorowego zamieszania.

Oliwia, posprzątasz? zaskrzeczał zniekształcony głos Szymona, stukając się w czoło jakby śnił.
Skończę i wszystko będzie na błysk! obiecała spokojnie.
Tak, tak… Już to słyszałem! Zostawisz wszystko tak samo jak zawsze! warknął.
Kiedyś zostawiłam bałagan? Skąd w tobie tyle żółci?
W domu jest skwar, wszędzie ten zapach! narzekał dalej.
Nie musisz tu być! Usiądź w pokoju, włącz telewizor! próbowała powstrzymać ten senny przeciąg kłótni.
Co tu mogę zjeść? zapytał nagle z głodem w oczach.
Podgrzeję ci makaron z kotletem. Przecież sam mówiłeś, iż leczo byś chciał tłumaczyła, opierając się na kuchennym blacie.
Od trzech dni jem to samo! rzucił oskarżycielsko.
Zrobię wszystko, ale nie jestem już maszyną. A leczo się samo nie zakręci. Dzisiaj ledwo zdążyłam do sklepu, dźwigałam siaty jak koń jarmarczny! jej głos zaczął drgać.
Przestań na mnie krzyczeć! obraził się Szymon.
To ty podnosisz na mnie głos! Staram się zachować spokój!
Mam tego po dziurki w nosie!

I wtedy w niej też coś pękło, jakby z trzaskiem stłuczonej szklanki.

Co cię tak męczy? Świeża kolacja? Czysta pościel? Że witasz mnie uśmiechem i staram się choćby wtedy, kiedy ty się zapominasz? A może to ja cię już męczę i nie chcesz mnie w swoim życiu? Powiedz szczerze, Szymon.
Tak, właśnie ty. Nie potrzebuję już twoich kolacji, ani posprzątanej pościeli, ani tego leczo!
Skoro tak, to i ja już nie chcę codziennych lamentów, twojego wiecznego niezadowolenia! Zawsze rozrzucasz swoje rzeczy, a ode mnie wymagasz ładu. Gdy prosiłam cię, żebyś ze mną pojechał do warzywniaka, ważniejsze było dla ciebie naprawianie auta ze Sławkiem! Mam dość.

Szymon nie umiał przyjmować krytyki. Albo może zranił go ton, którym to wszystko wyciągnęła na światło dzienne nie wytrzymał. Oliwia spodziewała się, iż odpowie, ale nagle rzeczywistość się rozedrgała i ona już wiedziała, iż nie da rady dalej oswoić tego snu.

Między nami koniec. rzuciła, po czym zniknęła z kuchni w rozmemłanym oversize swetrze.

Ręce drżały jej od emocji, gdy pakowała rzeczy do walizek. Ubrała szybkim ruchem jeansy i wyszła, zostawiając za sobą ledwo przytomnego od tego absurdu Szymona.

Tej nocy spała u przyjaciółki, rano wynajęła kawalerkę w innej części Warszawy, zapłaciła niemal całą pensję czynsz, prowizja dla pośrednika, małe rzeczy do nowego mieszkania, drobnostki napędzające ten surrealistyczny spektakl.

Przez pierwsze dni nie zamierzała wracać. Czuła się wolna, ale bolało. Tęskniła do kilku ich wspólnych chwil, choć wiedziała, iż takiego wybuchu nie można ot, tak przebaczyć.

Szymon nie dzwonił, nie szukał jej. Tylko tego wieczora wysłał wiadomość: I co mam zrobić z tym leczo?
Rób sobie, co chcesz. Mam to gdzieś! odpisała ze złością, a serce na moment zatonęło w sosie paprykowym. Przecież tam było tyle jej wysiłku. Jeszcze chwila i byłoby gotowe.

Udawała choćby przed sobą, iż nie czeka, aż Szymon przyjdzie przeprosić, zadzwoni. Ale on zniknął, cały zapadł się w milczeniu.

Po tygodniu uznała, iż czas odebrać resztę swoich rzeczy miała zamiar wejść do mieszkania, oddać klucz, wyjść, nie patrząc za siebie. Szymon wyglądał nieszczęśliwie, zapuchnięte oczy, za duży sweter.

Kocham cię, nie zostawiaj mnie! wyjęczał, ale jej nie poruszyło już to.
Przestań ściemniać, Szymon. Gdybyś kochał przez ten tydzień coś byś zrobił, powiedział cokolwiek wymruczała oschle.

Poszła prosto po swoje rzeczy szampon w łazience, ulubiona herbata, różowy kubek od córki, pled z sieciówki, co go dostała od siostry. Pakowała wszystko do reklamówek, które wywlekała na korytarz. Szymon błąkał się między pokojami, próbował przepraszać, ale już nie umiała słuchać.

Kiedy już zamówiła taksówkę na nowe miejsce, Szymon zagrodził drzwi.
Proszę, nie odchodź. Zginę bez ciebie!
Ja z tobą już zginęłam odpowiedziała twardo i przesunęła go, by otworzyć drzwi.

Oliwia wyszła, a on zamarł w przedpokoju, próbując zrozumieć, w czym tkwił błąd. Ale nigdy już się nie spotkali, choć jeszcze niedawno powtarzali sobie tkliwe słowa.

W taksówce Oliwia patrzyła przez zamglone okno na jesień liście śniły na chodnikach dziwacznie kolorowe sny, w sercu też była jesień. Przypomniała sobie, iż za dwa tygodnie ma urodziny, najukochańszy czas w roku. Wszystko będzie dobrze wyszeptała sobie, uśmiechając się po raz pierwszy od wielu dni. Wszystko będzie dobrze.

Idź do oryginalnego materiału