Ostatnie spotkanie w jesiennym parku
Spotkali się w tym samym parku, w którym wszystko zaczęło się dwadzieścia lat temu. Nie z wyraźnego planu, a z kaprysu podmuchu jesiennego wiatru, który zdawał się wędrować po Warszawie, przekręcając kartki z czyimś przeszłym życiem.
Edward szedł aleją, otulony szarym płaszczem, przy którego stopach migotały latarnie. W kieszeni płaszcza leżał zgnieciony bilet na pociąg odjeżdżający dziś wieczorem. Już miał wyjechać na stałe, a ta przechadzka była jego cichym pożegnaniem z miastem, w którym spędził całe lata młodości.
A ona Bogna siedziała na ich ławce. Na tej samej, z podniszczonym rogiem cementu i tajemniczymi inicjałami M. + B. wyrytymi w oparciu. Ubrana w beżowy płaszcz, wpatrywała się w staw, gdzie kaczki przymierzały się przy brzegu, wygrywając okruszki chleba od rzadkich przechodniów.
Edward zatrzymał się, a serce wykonało starą, zapomnianą gestykulację nie zabiło, a raczej zamachało, niczym wahadło mierzące czas wstecz. Rozpoznał ją spośród tysięcy nie przez elegancki, lekko zmęczony wygląd, ale pochylenie głowy, pozycję dłoni splecionych na kolanach.
Bogno? wyszeptał, a głos mu zadrżał.
Odwróciła się nie z pośpiechu, nie z przerażenia, ale jakby czekała na to wezwanie. Szare oczy rozbłysły.
Edward o Boże, Edward.
Podszedł i usiadł obok, zostawiając między nimi przestrzeń, w której mogłyby się zmieścić dwie dekady. W powietrzu unosił się zapach mokrego liścia, dymu i drogich perfum nie tych, które kojarzyły się z młodzieńczymi, słodkozadziornymi aromatami.
Co tu robisz? zapytali jednocześnie, niezdarnie się śmiejąc.
Okazało się, iż Bogna po prostu przeszła się po spotkaniu w Instytucie Fizycznym niedaleko, a Edward pożegnał się z miastem.
Zapanowała chwila ciszy, przytulna i ciężka jednocześnie.
Pamiętasz, nagle zaczęła, patrząc w wodę, jak po raz pierwszy się tu spotkaliśmy? Jeździłeś na deskorolce i prawie mnie potrąciłeś.
Nie prawie, odparł Edward z uśmiechem. Trafiłem wprost. Upadłaś w kałużę, a ja zamiast przeprosić, krzyczałem, iż zepsułeś mi deskę.
A ja płakałam nie przez zniszczone rajstopy, ale przez twoją niegrzeczność, Bogna pokręciła głową, a w kącikach jej oczu pojawiły się zmarszczkipromyki, które wydawały się mu piękniejsze niż najdroższe klejnoty. A potem przyszedłeś następnego dnia z pudełkiem czekoladek Wiewiórka.
I siedzieliśmy na tej ławce do zmierzchu, dodał cicho.
Wtedy pamięć, niczym stary projektor, rozbłysła, wyświetlając wyblakłe, ale żywe kadry. Młodzi i wesoło piekli kiełbaski nad ogniskiem, a ona, poplamiona sadzą, podawała mu sztućce, on udawał, iż gryzie palec. Biegli pod ulewą po premierę filmu, przemoczeni po uszy, krzycząc z radości. On podarował jej na urodziny srebrny pierścionek z małym szafirem, wydając na to wszystkie letnie zarobki, a ona łzami przyciskała dłoń do warg.
Teraz rozmawiali o wszystkim, a słowa płynęły lekko, jakby nie były ukryte pod warstwą codzienności, rozczarowań i dorosłego życia.
Pamiętasz, jak kłóciliśmy się o kierunek studiów? zapytała Bogna. Ty chciałeś iść do Petersburga, ja nie mogłam wyjechać przez mamę.
Byłem głupi, szepnął Edward. Mówiłem, iż jeżeli kochasz, pojedziesz na koniec świata.
A ja mówiłam, iż jeżeli kochasz, zrozumiesz, westchnęła. Byliśmy tak młodzi i tak pewni, iż miłość to jakaś fantastyczna siła, która rozwiąże wszystko. A ona okazała się krucha, jak pierwszy lód na tym stawie.
Zamilkli. Wiatr z klonu zdmuchnął kolejną porcję liści, które wirowały w powolnym, pożegnalnym walcu.
Wszystko u ciebie w porządku? zapytał, znając już odpowiedź. W porządku nie znaczyło nic więcej niż zwykłe, codzienne dobrze. Ona miała rodzinę i pracę, on własną firmę w innym mieście, troski i obowiązki. Wszystko wydawało się normalne, ale nie dobrze w sensie, w jakim dwudziestoletni ludzie rozumieli to słowo na tej ławce.
Tak, odpowiedziała, a w jej oczach odbiła się ta sama prawda. Wszystko dobrze.
Wyciągnął rękę, ściskając w dłoni bilet. Mały kawałek papieru oddzielający go od miasta, od parku, od niej.
Wiesz, powiedział, wyciągając rękę, wciąż pamiętam zapach twoich włosów. Nie perfumy, a po prostu włosy. Mieszankę jabłecznego szamponu i słońca.
Bogna spojrzała na niego, a oczy zabłysły.
A ja pamiętam twój gwizdek. Miałeś wyjątkowy gwizd na dwa palce. Gwizdałeś przy moim domu, a ja wyskakiwałam na balkon, jak szalona.
Spróbował teraz gwizdnąć, ale wydobyło się tylko ciche, niepewne pif. Umiejętność zgasła. Obaj ponowili uśmiech, tym razem z lekką, przeszywającą nostalgią.
Nadszedł czas, by iść. Wstali jednocześnie, jakby to była ich stara przyzwyczajenie.
Trzymaj się, Edward, powiedziała.
Trzymaj się, Bogno.
Nie przytulili się, nie pocałowali w policzek. Po prostu rozeszli się w przeciwne strony alei, tak jak dwadzieścia lat temu, wtedy jeszcze wierzyli, iż spotkają się jutro. Teraz nigdy.
Edward dotarł do wyjścia z parku, odwrócił się. Bogna już była daleko, smukła sylwetka znikająca w zmierzchu. Wyjął bilet, spojrzał na rozmyte litery i cyfry, po czym powoli, bez pośpiechu, podzielił go na kilka części i wrzucił do kosza.
Nie odjechał z tym ciężarem. Po prostu zostawił go tam, gdzie powinno być. A sam ruszył naprzód, w stronę zimnego, nadciągającego wieczoru, niosąc jedynie słodki, odległy aromat jabłecznego szamponu.
Wyszedł poza płot parku, a miejski gwar przygniotł go ryki samochodów, trąbienie tramwajów, ktoś w pośpiechu kroczący po chodniku. Pachniało benzyną i zapachem kebaba z małego budki przy rogu. Edward zapiął płaszcz i bez celu skręcił w stronę dworca, choć pociąg już na niego nie czekał.
Szły po znajomych uliczkach, a każdy zakręt stał się nie tylko częścią miasta, ale stroną z książki, którą kiedyś pisali razem. Kino Rodzina z jego schodów, gdzie całowali się przed nagłym deszczem. Kawiarnia, niegdyś przytulna, w której Bogna po raz pierwszy spróbowała kawy po turecku i skrzywiła się: Smakuje jak gorzka ziemia. Uśmiechnął się. Teraz przy jej miejscu stała wielka tablica banku.
Myśl o powrocie, odnalezieniu jej, powiedzeniu Czego? Że wszystkie te lata szukał jej odbicia w twarzach nieznajomych kobiet? Że żaden sukces nie pachnie tak słodko jak jej jabłeczny szampon? To byłoby szaleństwem. Byli już dorosłymi ludźmi z obowiązkami, grafikami, biografiami nie przeznaczonymi sobie nawzajem.
Tymczasem Bogna usiadła na innej ławce, nie oddalając się za bardzo. Patrzyła, jak wiatr porywa po wodzie ostatnie, żółte liście i rozmyślała, jak dziwnie ułożone jest życie. Dwie dekady całe życie z innym człowiekiem, dorosły syn, obroniona rozprawa, stały rytuał a wszystko to może zgasnąć w dziesięć minut przypadkowej rozmowy.
Wspomniała, jak on patrzył na nią tym samym prostym, nieco rozważnym spojrzeniem, które kiedyś odbierało jej oddech. Spojrzeniem, które nie dostrzegało szanowanego wykładowcę, a tę dziewczynkę na deskorolce, przemoczoną po uszy i szaleńczo szczęśliwą.
Nagle poczuła ostry, niemal fizyczny impuls, by podskoczyć, pobiec, dogonić go. Zadać pytanie: A co, jeśli? Ale jej nogi nie słuchały. Przyzwyczaiły się do umiaru, do przewidywalności. Znały drogę do domu, do męża, który pewnie już zastanawia się, czemu tak długo zwleka.
Zebrana w myślach, Bogna wstała i poszła w stronę swojego Instytutu, gdzie czekał jej samochód. Szła, nie odwracając się do stawu, ławki, duchów ich młodości.
Edward dotarł do dworca. Wielki rozkład jazdy migał nazwami miast, w których nikt nie czekał. Podszedł do okienka.
Dokąd pan? zapytała kasjerka zmęczonym głosem.
Edward spojrzał na nią, potem na swoje ręce, które jeszcze chwilę temu trzymały bilet wniknął w próżnię.
Nigdzie, szepnął. Już przyjechałem.
Odwrócił się i odszedł od dworca. Nie wiedział, co przyniesie jutro. Może znajdzie tu pracę. Może wynajmie małe mieszkanie z widokiem na park. A może po prostu zostanie w tym mieście jeszcze kilka dni, wciągając jesienny oddech.
Nie szukał już kolejnego spotkania z nią. To spotkanie już się odbyło. Wstrząsnęło go, przywróciło pamięć, kim naprawdę jest pod warstwą lat i umów.
Po raz pierwszy od lat nie musiał się spieszyć. Był po prostu Edwardem, który kiedyś kochał Bognę. I to, jak to ironiczne, wystarczyło w tamten wieczór. Przeszłość nie wróci, ale można przestać przed nią uciekać. I w tej przystani była dziwna, gorzka i lecznicza wolność.
Szedł po pustych, wieczornych uliczkach, a miasto przestało być muzeum jego strat. Latarnie nie świeciły już jak girlandy przeszłości, a po prostu rozświetlały drogę naprzód. Czuł lekkie, przyjemne opróżnienie, jakby w duszy zrobiło się miejsce na coś nowego. Przeszłość w końcu go puściła nie hukiem zamkniętych drzwi, a cichym westchnieniem ulgi. I w tej ciszy zaczynało się coś własnego, prawdziwego.
