7 marca 2024, czwartek
Nie mogę już nie odnotować tego w moim pamiętniku, bo te poranne spotkania z panem Wiesławem zaczęły znaczyć dla mnie więcej, niż sam się spodziewałem. Dziś znowu zobaczyłem, jak ledwo zipiący, zziajany i nieco potargany pan Wiesław biegnie na przystanek. Ledwie zdążył, już trzeci raz w tym tygodniu. Zawsze się poprawiam, by poczekać na niego choć minutę dłużej. Może nie powinienem, przecież rozkład jazdy to rzecz święta, ale… serce nie sługa.
Panie Wiesławie, znowu się pan spóźnił! Podszedłem to z uśmiechem, choć może było w tym trochę wyrzutu.
Przepraszam, panie Andrzeju Zakrztusił się oddechem, szukając w kieszeni zmiętej pięciozłotówki, jeszcze jakiejś monety. Zegar mi się pewnie spóźnia. Albo ja już nie ten
No tak, pan Wiesław. Emeryt, którego większość zna ze swoich porannych autobusowych tras po Krakowie. Trochę przygarbiony, szara czupryna, okulary zsunięte na czubek nosa. Zawsze z plastikową reklamówką, dla wtajemniczonych pewno kwiaty, znicze, i stare gazety, by wyłożyć ziemię albo coś takiego.
Wsiadaj pan spokojnie. Dokąd dziś pan jedzie?
Na Rakowice, jak co dzień.
Autobus ruszył. Wiesław zajął swoje miejsce, trzecie od kierowcy, przy oknie. Rano tłoku nie ma kilka studentek rozmawia o zajęciach, jeden pan w garniturze przegląda telefon. Przeciętny dzień.
A tak z ciekawości, panie Wiesławie, codziennie pan tam jeździ? Pytam, lustrując go przez lusterko.
Gdzie mi się śpieszyć. Żonę tam zostawiłem. Już półtora roku minęło. Obiecałem jej, iż będę codziennie przychodził
Coś mnie ściska w środku. Od zawsze jestem żonaty, kocham Agnieszkę nad życie. Gdyby przyszło mi ją tak codziennie tylko odwiedzać, nie wiem, czy bym to wytrzymał.
Daleko pan od Rakowic mieszka?
Nie tak bardzo. Autobusem pół godziny. Na piechotę? Nie przejdę już, nogi nie te. Ale na miesięczną emeryturę bilet jeszcze starcza.
Co dzień, co tydzień, miesiąc ten sam widok. Z czasem choćby czekam na to dzień dobry, na delikatny uśmiech pełen smutku. Gdy się spóźnia, udaję, iż muszę chwilę poczekać, choć dobrze wiem, dla kogo to robię.
Oj, niech pan na mnie nie czeka mówił nieraz. Rozkład to rozkład.
Daj pan spokój, minuta w tą czy w tamtą nie zrobi różnicy.
I nagle pewnego ranka nie ma go. Myślę pewnie się spóźni. Ale znów go nie ma i jeszcze kolejnego dnia. Czegoś mi brak, aż w końcu pytam Zofię, konduktorkę:
Słuchaj, Zosiu, nasz pan z trzeciego rzędu znowu nie jeździ Może się rozchorował?
A kto go tam wie Może rodzina przyjechała, a może
Nie daje mi spokoju nieobecność tego cichego dziękuję przy wyjściu i nieśmiała wdzięczność w spojrzeniu. Tydzień minął. W końcu, podczas przerwy obiadowej, wziąłem rower i pojechałem na ostatni przystanek, ten przy Rakowicach.
Przy bramie stoją gospodynie cmentarne. Podchodzę do jednej:
Przepraszam, pani, czy widziała pani ostatnio starszego pana, Wiesława, zawsze z reklamówką, siwy, okulary Zawsze odwiedzał groby.
A, pana Wiesia! rozświetliła się. Codziennie przychodził do żoneczki!
Ale ostatnio go nie ma?
Od tygodnia nie widziałam.
Nie wie pani, czy nie zachorował?
Raz mówił, gdzie mieszka. Ulica Zacisze, blok nr 11. Niedaleko stąd. A pan to kto?
Kierowca autobusu. Codziennie go woziłem.
Zacisze 11, stare osiedle, odrapane klatki. Wchodzę, dzwonię do losowych drzwi. Otwiera pan, może pięćdziesiątki na karku.
Kogo pan szuka?
Pana Wiesława. Kierowca autobusu jestem.
A, z dwunastki! On w szpitalu. Tydzień temu zabrali udar dostał.
Ciężko mi na sercu.
Wie pan, gdzie go zawieźli?
Do Wojskowego na ul. Kopernika. Podobno już lepiej.
Po pracy pojechałem do szpitala. Znalazłem oddział, pielęgniarka prowadzi mnie do adekwatnej sali.
Pan do kogo?
Do pana Wiesława jestem znajomym
Szósta sala. Tylko króciutko, jeszcze słaby.
Leży przy oknie, bledziutki, ale przytomny. Na początku nie poznaje, a potem oczy wielkie zaskoczenia.
Panie Andrzeju? Skąd pan?
Szukałem pana. Martwiłem się, iż nie jeździ pan na Rakowice.
Zebrało mi się na spowiedź. Postawiłem woreczek owoców przy łóżku.
Pan się mną przejmuje? A przecież ja
Jak to przecież? Zrósł mi się pan przez te poranki bardziej, niż nie jeden sąsiad.
Milczał chwilę, patrząc w sufit.
Na cmentarz już dziesięć dni nie byłem Obietnicę żonie złamałem
Tam też się człowiek czasem pochoruje, Wiesławie. Żona by zrozumiała.
Codziennie mówiłem jej, jaka pogoda, co przyniosłem Teraz nikt jej nie odwiedza.
Coś we mnie pękło.
Wie pan co? Pójdę na Rakowice i powiem jej wszystko. Przekażę, iż pan niedługo wróci!
Spojrzał na mnie z takim zaskoczeniem, jakby nie wierzył w ludzi.
Naprawdę pan by poszedł? Dla obcej osoby?
No gdzie obcej. Rano bez pana autobusem choćby jechać się nie chce
W sobotę wolne miałem, więc pojechałem na cmentarz. Znalazłem grób zdjęcie kobiety, uśmiech serdeczny, tabliczka: Nowak Anna z domu Pawlik, 19522024.
Dzień dobry, pani Aniu. Jestem Andrzej, kierowca autobusu, pana Wiesława. Trafił do szpitala. Niedługo wyzdrowieje, bardzo się stara Kazał przekazać, iż kocha panią i niebawem znów przyjdzie.
Ten monolog wydawał mi się głupi, ale czułem, jakby robię coś ważnego. Opowiedziałem niby jeszcze o tym, jak pan Wiesław jest wierny, jak bardzo tęskni, jaki to dobry człowiek.
Gdy następnego dnia odwiedziłem go w szpitalu, popijał akurat herbatę. Widać, iż wraca już do sił. Stanąłem i powiedziałem tylko:
Byłem u pani Anny. Wszystko przekazałem.
Zadrżał mu głos.
Jak tam wszystko w porządku?
Kwiaty świeże, ktoś inny też odwiedzał. Porządek, czyściutko. Pani czeka.
Zamknął oczy, dłonią starł łzę.
Dziękuję Synku dziękuję
Dwa tygodnie później wypisali Wiesława. Czekałem na niego pod szpitalem autobusem, zawiozłem do domu.
Jutro widzimy się jak zwykle? zapytałem, gdy wysiadał.
Obowiązkowo! O ósmej rano!
I znów jak dawniej. Ale już między nami coś się zmieniło, coś cieplejszego. Już nie tylko kierowca i pasażer.
Panie Wiesławie, rzuciłem kiedyś w weekend mogę podwieźć pana na Rakowice własnym autem. Nie służbowo po prostu po znajomości. Żonie mówiłem, a ona: jak dobry człowiek, trzeba pomóc.
Nigdy nie chciał narzucać się, ale przekonałem go. W weekendy jeździliśmy już razem czasem i Agnieszkę brałem, zaprzyjaźnili się.
Wieczorem powiedziałem żonie:
Myślałem kiedyś, iż autobus to praca, rozkład, pasażerowie. Ale przecież każdy z nich to całe życie, cała historia.
No widzisz? Uśmiechała się. I dobrze, iż nie przeszedłeś obok tego obojętnie.
A kiedyś usłyszałem od pana Wiesława:
Wie pan, po śmierci żony myślałem, iż wszystko się skończyło nie byłem już nikomu potrzebny. A okazuje się, iż ludzie widzą. I to dużo znaczy.
***
Ile razy mijamy się z takimi historiami? Czy Ty już widziałeś, jak zwykli ludzie czynią wielkie rzeczy?








