Och ty cukierku, Jędruszku! Wymotałoby cię człowiek jak starego dywana, gdyby tylko sił starczyło i czas odpowiedni był! Tyle lat na karku, a rozumu jak na lekarstwo!
Babcia Stasia splunęła pod nogi sąsiadowi i kulejąc z bólem kolana, ruszyła w swoją stronę. Ona już swoje powiedziała, reszta niech podpowie mu sumienie. Skoro ludzie nie nauczyli gniewu, to może los się wtrąci?
Co za pomysł w ogóle?! Własną matkę oddać do domu opieki społecznej! To się w głowie nie mieści! Jasne, iż dziś Farmuta leżąca, ale czy on jej syn, czy jeno wujek z drugiej wody? Aż złość bierze! Gdybym tylko mogła, choćby minuty bym się nie namyślała zabrałabym przyjaciółkę do siebie. Ale gdzie tam…
Żal mi Milenki. Dziewczyna dobra, tylko ile może harować? Ona nie koń, iż wszystko na siebie bierze. Sama w miasteczku została, nie pojechała na studia, jak mama zachorowała. adekwatnie najpierw wyjechała, ale zaraz wróciła. Nie potrafiła zostawić matki i babci. Pomagała, bo wiedziała, iż Stasia sama sobie już nie radzi. Po złamaniu nogi dwa lata temu to już całkiem było ciężko. A choćby wcześniej nie było lekko.
Młodsza córka proponowała Stasi moc o przeprowadzce do siebie do Warszawy, ale ta uparcie odmawiała. Gdzie by się tam pomieściła? Mieszkanko maleńkie, ledwie deska do deski. Zięć to chłopina porządna, tylko cichy, bez przebicia. Haruje, ale efektów jak na lekarstwo. Dwójka dzieci się już narobiła, a do utrzymania ciężko. No i co ona teraz pomoże? Kiedyś gospodarkę prowadziła, pomagała dzieciom. Teraz? Ruina, nie kobieta… Milenka się na nią gniewa, jak Stasia sama tak o sobie mówi, ale cóż się denerwować, skoro to prawda? Zdrowia ubyło, siły uciekają gdzieś. Z trudem rano z łóżka wstaje. Otworzy oczy, poleży, pozbiera się myślami, pozbiera się ciałem jak pyłek na szufelce. Do kupy, do kupy! Wstała! Dała radę!
Dobrze, iż Milenka, wnuczka, biega jak sarenka. Zanim Stasia się rozrusza, ta już wszystko załatwi: dom ogarnie, mamie pomoże i do pracy pogna. Zawsze taka była od maleńkości.
Staśka rodziła swoją najstarszą, mamę Mileny, późno. Nie myślała, iż będzie matką.
Pierwszy mąż do niepłodności nie miał serca odszedł. Stasia popłakała, ale nie bardzo. Widziała, iż nie kochał jej naprawdę. Ona płonęła, on zimny jak lód.
Stasia za młodu była przepiękna! Piękniejszej dziewczyny nie było w całej okolicy. Chłopaki za nią ciągnęli już od podstawówki. Ale ona poważna była, miłości wyczekiwała. Liczyła, iż pojawi się ten jedyny. A tu nic, czas leci, Stasia coraz bardziej matki wyrzuty słyszała:
Przebierasz się, przebierasz, a na koniec dziewką zostaniesz!
A powiedz tu matce, iż na obojętnego patrzeć nie chce się nawet…
Wraca z wojska chłopak z sąsiedniej wioski. Stasia go nie znała, bo mieszkał z rodziną gdzie indziej. Po wojsku wrócił do dziadków. Dlaczego nikt nie wiedział. I Stasia nie pytała. Ale przepadła zobaczyła raz Wojtka swojego i spać z wrażenia nie mogła.
On też długo nie zwlekał. Zauważył ją, zaraz posłał swatów. Matka Staśki szczęśliwa: wreszcie się doczekała! Czego tu rozmyślać? Dziewczyna już wiekowa, nie ma na co czekać!
Wesele było huczne, radosne. Stasia nie wiedziała, gdzie oczy schować ze szczęścia. Nie zauważyła plotek, które szły za stołami. Dopiero, gdy teściowa podeszła i za rękę ujęła, Staśka poczuła, iż coś nie tak.
Kobietę w ciemnej chustce widziała, wózek obok niej, serce zamarło. Co tu rozumieć? Wszystko jasne.
Wojtek potem jej wszystko wyjaśnił do wojska szedł, zostawiając narzeczoną. Nie uwierzył jednak, iż to jego syn. Rodzina go utwierdzała, iż terminy się nie zgadzają. Dopiero matka Wojtka poszła do niedoszłej synowej a tam malutki Wojtuś śpi! Wykapany ojciec! Ale było już za późno, nowa narzeczona, ślub i wszystko nowe…
Dziewczyna, która urodziła syna Wojtkowi, z nim więcej wspólnego mieć nie chciała. Nie przebaczyła zdrady.
Po co to wszystko? zapytała Stasia, zerkając nieśmiało na kobietę i dziecko w wózku.
Żebyś wiedziała, za kogo wychodzisz.
Co jej ta wiedza dała do dziś Stasia nie rozumie. Kochała męża, a to, co przed nią no gdzie znajdziesz na ziemi świętych? Popełnił błędy, jasne, ale kto jest bez winy?
Nie zakazywała mężowi kontaktów z synem. Ale sam nie rwał się do tego. Stasia gwałtownie pojęła, iż Wojtek najbardziej kocha siebie. Inni tło do obrazka.
Nie można się przyczepić: gospodarz porządny, dom pełna micha ale szczęścia brak.
Przez ponad piętnaście lat ciepła od Wojtka nie zaznała. Niby był, a jakby go nie było. Pusto i głucho w domu.
Łudziła się, iż jak dzieci będą, to się poprawi. Serce się człowiekowi jeszcze nie obudziło bywa.
Kiedy obcesowo rzucił jej, iż nie jest kobietą, skoro rodzić nie potrafi, Stasia zrozumiała, iż życie jej idzie w ślepą uliczkę. Możesz iść, możesz stać nic się nie zmieni.
Szybko się rozeszli, tak, iż nie wszyscy na wsi się połapali, iż rodziny Nowaków już nie ma. Została Stasia.
Wojtek wyjechał zaraz po finalizacji papierków. Dom zostawił Stasi i przeprosił na koniec.
Nie gniewaj się. Winniśmy oboje, ale za siebie odpowiadam.
Stasia nie do końca mu wybaczyła, ale lżej jej jakoś na sercu. No co zrobić, taki widać jej los. Urody Pan Bóg nie pożałował, szczęścia zabrakło chyba.
Dwa lata mieszkała sama. Pracowała, chodziła przez wieś z głową podniesioną, plotek nie słuchała. Czasy się zmieniły komu tam teraz zależy na opinii sąsiadów! Mąż rzucił? Bywa, nie takie rzeczy ludzie przeżywają!
Ale serce bolało. Chciała wracać do domu, w którym ktoś czeka…
Z Marianem związała się nie od razu. Długo się przyglądała. Nieodrodni młodzi już byli. Jego też nikt nie znał przyjezdny, boboł sam, nie zapraszał do siebie, to i sam też nie chodził do innych. Stary dom po pradziadku odremontował, gospodarstwo założył. Pomóc każdemu chętnie, ale sam o przysługę nie prosił.
I spokojny, i uprzejmy. Zaczął starać się o Stasię.
Już nie pamiętała, jak to jest. A szczerze nigdy tak naprawdę nie wiedziała. Wojtek tylko raz bukiet polnych margaretek jej przyniósł, poza tym uważał takie rzeczy za zbytek. Dopóki była zakochana, nie zastanawiała się nad tym. Potem już nie było na sentymenty czasu.
A Marian zawsze miły. Niby nic wielkiego, a zawsze z jakimś drobiazgiem, coś naprawił, coś pomógł. Stasia pomyślała: gorzej nie będzie, a z samotności już wyła. Niech sobie plotkują! Przynajmniej nie sama na starość.
Od tego drugiego małżeństwa niczego się nie spodziewała. Ale los utarł jej nosa wyciągnął ją w taki taniec, iż tylko przyjmować i się cieszyć można było.
Pierwszą ciążę Stasia przegapiła prawie do piątego miesiąca. U niej nigdy nic nie było regularnie wszystko „na łapu-capu”. Ale czuła się lekko, żadnych nudności ani innych uciech macierzyństwa.
To właśnie Farmuta, sąsiadka, zauważyła pierwsza, iż coś nie tak.
A ty czasem nie przy nadziei, Stasia? krzyknęła, jak ta się zamotała, patrząc w słońce.
Co ty gadasz! Przecież ja pusta broniła się Stasia.
Baba moja zawsze powtarzała, iż to nie zawsze wina kobiety. I lekarze teraz też tak twierdzą. Może nie z Wojtkiem miały być dzieci, a tu, z Marianem, się uda? No pojedź do miasta, przebadaj się.
Z miasta wróciła inna Stasia. Szła przez wieś uśmiechnięta jak słońce, ludzie oglądali się za nią.
Najpierw jedna córka, potem druga. Stasia się wyprostowała, wstydzić przestała. Matką została!
Dziewczynki pieściła, dbała, jakby z porcelany były. Codziennie białe skarpetki, kokardki. Czysciutkie, chociaż w błoto, na drzewa, do rzeki jak inne dzieci latały. Nigdy nie krzyczała, nie biła. Wody do miski nalała, mydło wręczyła i uczyła, jak skarpetki dopierać. Jak coś podarły, igłę dawała i kazała łatać. Czego nie umieją, nauczy.
Mariana nie stało, gdy młodsza córka wychodziła za mąż. Pojechał odwiedzić ją do Krakowa i tam zginął w wypadku powrotnym.
Stasia zapadła wtedy w czerń. Gdyby nie dzieci poszłaby za nim. Ale wytrzymała. Rok później najstarsza córka urodziła Milenkę i Stasia wróciła do życia. Znowu świat rozkwitł i zazielenił się.
Wnuki trzymały ją przy zdrowiu. Młodsza córka daleko, w mieście, tylko na wakacje i święta. Za to Milenka tu. Zawsze blisko.
Wyrosła na dziewczynę jak babka Stasia piękna, dumna, ale charakter twardszy. Uparciucha! Jak coś wymyśliła, koniec. Po swojemu wszystko ustawiała.
Dopóki chodziło o naukę, Stasia była szczęśliwa. Gdy Milenka dorosła, już płakać jej wypadało.
No bo zakochała się Milenka na zabój. I w kim? W sąsiedzie. Jędrku. On już pięć lat starszy, poważny chłopak, a Milenka ledwo z szesnastką. Co ona tam mogła wiedzieć? Ale uparta kocha i koniec.
Jędrek na Milenkę nie zwracał uwagi. Kto to? Mała sąsiadka. Sam dorosły, własną miłość miał.
Patrycja, w której się podkochiwał, dziewczyna była nietuzinkowa. Nie żeby piękność, ale pokazać się umiała, zawsze modnie ubrana. Ojciec ją rozpieszczał, jedynaczka, trzeba było.
Ale to jej nie pomogło rozwinęło w niej pychę. Jak nie wszyscy u jej stóp, dzień nieudany.
Początkowo Jędrka na odległość trzymała, obserwowała.
Potem wydarzyła się dziwna historia. Patrycja miała adoratora z sąsiedniej wsi. Też rozpieszczone chłopię, rodzice nosili go na rękach. Jeździł za Patrycją, bo nie miał co robić, a ona chętnie chodziła z nim na zabawy. Pewnego wieczoru wybrali się na motorze do sąsiedniej wsi i przepadli. Co się stało nikt nie wie, ale Patrycja wróciła do domu nad ranem: sina, w podartej sukience.
Nikt tego nie widział oprócz Stasi. Spać nie mogła, więc jeszcze przed świtem wyszła do ogródka i zobaczyła Patrycję.
Ta nie spojrzała przeszła przez rabaty, jakby Stasi tam wcale nie było.
Tydzień później wieś huczała: rodzice Patrycji szykowali wesele ale szybko, nie odwlekać!
Jędrek szczęśliwy, a Farmuta gorzko skrzywiła się.
Staśka, coś tu śmierdzi Synowi jak to wyjaśnić, nie wiem, nie będzie słuchał. Ich sprawa, ale Jędrka mi żal. Kocha. Nocy przez nią nie sypia. Zmarniał.
Stasia kiwała, ale milczała. Nie powiedziała nikomu, co widziała. W domu i tak dramat, nie do plotek jej było.
Milenka oszalała. Całymi dniami płakała, patrząc przez okno na dom sąsiadów. A potem leżała cicho, jakby opłakiwała zmarłego.
Stasia przekonywała ją, namawiała, by wyjechała do ciotki do stolicy. Może tam zapomni, wykształci się, wyjdzie za mąż i nie wróci do wsi. Wiedziała, iż choćby prawda nie pomoże Jędrek zakochany…
Ale Milenka słuchać nie chciała, ani babci, ani matki. Ojca już nie było, więcej autorytetów nie uznawała.
Czego czekała? Może, iż coś się nagle odmieni.
Doczekała do ślubu. Przyszła z mamą i babcią, zadziwiając wszystkich suchymi oczami. Stała z boku, nic nie mówiła, nie jadła. Potem po prostu wyszła.
Matka zaraz to zauważyła i poleciała za nią. Bała się wiadomo, młoda, do głowy różne rzeczy mogą przyjść.
Ale Milenka ją znów zaskoczyła. Spakowała walizkę, objęła na pożegnanie i mamę, i babcię Stasię, i pojechała do Warszawy. Płakały, ale przeżegnały ją i czekały.
Czas leczy…
Może coś by uleczył, ale nie było mu dane. Nie zdążyła się Milenka rozgościć w nowym miejscu, gdy mama wylądowała w szpitalu. I już własnymi nogami z niego nie wyszła.
Znowu walizka. Gdzie iść? Babcia sama, z nią położyć się do łóżka i czekać końca?
Jedynego czego się Milena bała, to iż Jędrek z żoną będą mieszkać po sąsiedzku. Ale los okazał się łaskawszy wyjechali zaraz po ślubie.
Milenka odłożyła walizkę, wzięła się za dom, opiekę nad mamą i pracę w gospodarstwie. Z czym do ludzi? Wykształcenia żadnego, miejsc pracy w miasteczku dwa na krzyż, dla młodej po szkole to już tylko na fermę.
Ale lubiła zwierzęta, pracy się nie bała. Żeby przeżyć na jednej pensji założyła własny mały inwentarzyk: kilka kur, kaczki, króliki. Inaczej się nie dało!
Żyły z tego. Milenka i pomagała Farmucie jak mogła. Ta po śmierci męża prawie zwariowała. Syn daleko, jak list przyśle, to rzadko, mało co pisze o sobie, tylko czasem złotówki prześle. Co u niego i dzieci Farmuta nie wiedziała. Kiedyś tylko wyczytała, iż Patrycja urodziła dwoje chłopak i dziewczyna ale babcia widziała zdjęcia tylko na Facebooku. Czy Patrycja nie chciała wracać, czy Jędrek nie miał kiedy pracował jako kierowca tira, w trasie cały czas. Farmuta wyczytywała między wierszami, jak mu ciężko. Jędrek nie narzekał, ale matka takie rzeczy czuje.
Od tych zmartwień, czy co, Farmuta rozchorowała się na dobre. Milenka załatwiła jej miejsce w szpitalu w Krakowie, odwiedzała, sama rozpaczała w drodze do domu. Lekarze nie dawali złudzeń.
Stasia napisała od razu do Jędrka, jak zabierali matkę ale albo nie doszło, albo nie miał czasu, bo nie przyjechał, choćby nie dał znaku życia. Stasia ponaglała jeszcze raz, potem rzekła Milence:
Widać wyrzekł się matki. Taki z niego cukierek A miałam go za człowieka!
Babciu, poczekaj! Przecież sama mnie uczyłaś, iż nie wolno oceniać, póki nie poznasz całej prawdy. I potem nie warto dusza swoje nosi. On z tym sam zostanie. My swoje róbmy.
Nie wiem, kochanie. Już nic nie wiem. Nigdy bym nie pomyślała, iż tak się zachowa. Przecież kiedyś matkę kochał…
Czemu mówisz na niego cukierek?
Ach, stara historia. Zresztą, dlatego właśnie jeszcze bardziej nie wierzę, iż się tak nisko zniżył.
Opowiedz!
Co tu opowiadać… Był wtedy chłopcem, sześć-siedem lat miał. Wtedy dzieciaki zbierały papierki po cukierkach. Kto miał kolekcję, ten był kimś! Konfety były rarytasem. Tylko na święta, a często choćby i wtedy nie. Jak trzeba było wybrać: kupić buty albo cukierki każdy wie, co wygrywało. Więc papierki po czekoladkach były jak złoto. Pilnował ich każdy dziecko. Każdą wymianę trzeba było dobijać jak interes życia.
A u Farmuty były wtedy kury nie byle jakie, rasowe! Dwie śnieżnobiałe, z koroną z piór. Cudo! Farmuta z nich dumna, marzyła o podobnych. Skąd mąż zdobył, nikt nie wiedział, a ona opiekowała się nimi jak oczkiem w głowie. I pech! Najlepszy kolega Jędrka miał psa, rozrabiakę, co to w mieście go rodzice kupili. Rzekomo myśliwski, ale kto tam wie… Biegał za wszystkim, na co oko położył. Jędrka zaprosił kolegę, tamten przyszedł z psem… poleciały po podwórku białe pióra
Babciu, nie mów…
No tak! Pies zadusił obie kury. Farmuta łez się nie mogła doliczyć. I syna nie skarciła, ale przez dwa dni nie odzywała się do nikogo. A wiesz, co Jędrek zrobił?
Co?
Oddał wszystkie swoje papierki innemu koledze, który często bywał w mieście. Poprosił, żeby wziął go ze sobą i ojciec kolegi się zgodził. Rozbił skarbonkę, gdzie zbierał grosze na rower, i przywiózł matce podobną kurkę.
Szacun!
I to wielki! Farmuta była wniebowzięta – nie tyle przez kurę, co przez to, iż syn zachował się jak człowiek. A teraz co? Gdzie to w ludziach ginie, Milenka? Stasia pokiwała głową, ignorując protesty wnuczki.
W końcu, co to za syn, iż matkę chorą zostawia? Tak to się rzeczy nie załatwia!
Ale mowę jej odebrało, gdy Klamuta wróciła ze szpitala. Milenka z pomocą pielęgniarki zorganizowała transport.
Co miała zrobić? Czekać już nie można było, a bez zgody rodziny oddać gdziekolwiek Farmutę nie mogła.
Jędrka zjawił się nagle. Milenka już przyzwyczaiła się do dwóch chorych na karku. Najpierw matka, potem Farmuta. Roboty sporo, ale sił jeszcze trochę. Babcia narzeka, iż Milenka przepracowana, ale jak zostawić człowieka? Przecież nie obca!
Milenka myła podłogę u Farmuty, gdy drzwi trzasnęły, wbiegł mały chłopczyk, zostawiając ślady na świeżym linoleum. Stanął i pyta:
Jesteś moją mamą?
Pytanie tak proste, tak szczere, iż Milenka aż stanęła z mopem w ręku.
Sąsiadka Jędrek przytrzymał za ramię dziewczynkę i skinął do Milenki. Przepraszam, iż tak późno. Zawaliłem. Maks leżał w szpitalu, nie mogłem go zostawić. A Milkę nie było z kim zostawić.
A co z Patrycją? wyrwało się Milence i od razu tego pożałowała.
Bo co ją obchodzi jego rodzina?
Patrycji już nie ma. Odeszła do innego. Ja zostałem sam.
Jak to sam? A dzieci?
No właśnie… Co ja gadam. To ze zmęczenia, Milenka. Śpi? zerknął na łóżko, Jędrek uklęknął i ściągnął buty córce.
Śpi. Zmęczyła się. Lekarze mówią, iż to dobrze. Ja wolałabym, żeby wstała, bo zawsze była wszędobylska. A tu tylko leżeć i leżeć.
Wszystko mnie już boli od tego leżenia! rzuciła Farmuta i Milenka zaczęła się zbierać. Jędrek przyszedł, pora na nią.
Domyła podłogę, zostawiła na stole garnuszek świeżo ugotowanego rosołu i mleka dla dzieci, i wybiegła, choćby nie pożegnawszy się z Jędrkiem. Sił na rozmowy nie starczyło.
Milenka myślała, iż przez ten czas przestała cokolwiek czuć do Jędrka. Skąd! Znowu się bała. Bo to już nie ten sam chłopak, który pociągał ją za warkocz przez płotek. I ona nie ta sama dziewczyna, co się rumieniła, gdy ją zauważył. Zmienili się. Może choćby zmądrzeli.
A po dwóch dniach Farmuta powiedziała Stasi, która przyszła ją odwiedzić, iż chce prosić syna, by oddał ją do domu starców.
Stasia aż zawrzała, siły niespodziewanie nabrała, wybiegła, zawołała Jędrka, napluła mu pod nogi i wróciła do siebie. Ani słuchać, ani widzieć go nie chciała! Milence choćby słowa wyjaśnić nie dała.
Nie broni go! Za stary, żeby matkę jak worek starej odzieży… ech! Stasia w końcu się popłakała.
A Milenka w podomce, w której sprzątała, wyskoczyła do sieni, wsunęła stopy w gumiaki i pobiegła na sąsiednie podwórko.
Jędrek! Jędrek, pokaż się! otwierając drzwi, stanęła na progu: potargana, zła, i… piękna jak wiosna. Co ci w głowie?! Tę ciocię Farmutę to ja pilnuję! choćby nie myśl oddać jej do domu starców! Radzić sobie będziemy, ja się wszystkiego podejmę! Wstawię drugie łóżko do mamy i sprawa załatwiona! A ty! A ja ciebie…
Milenka nagle zaniemówiła, widząc jak Farmuta się śmieje przez łzy, a Jędrek się uśmiecha.
Spokojnie, Milenka! Farmuta przetarła oczy. On mnie nigdzie nie oddaje! To ja chciałam. Mówiłam Stasi, żeby synowi w ciężar nie być, a ona nie dosłuchała i się obraziła!
Zostaję tu, Milena. Gdzie pójdę od matki?
Naprawdę? Milena spojrzała wokół, zmarszczyła czoło, widząc spakowaną torbę. A to po co?
Muszę po rzeczy do siebie. Rozliczyć się w pracy, wziąć dokumenty. Nie wiem, ile to potrwa, dzieci też ze mną. Już się z pielęgniarką dogadałem, iż popilnuje mamy.
Tu Milena pokazała pazur.
Podeszła do Jędrka, spojrzała wprost w oczy i powiedziała:
Nie będziesz dzieci targał tam i z powrotem! Zostają tutaj. Ja przypilnuję. I czekać na ciebie będę. Zrozumiano?
Jasne Jędrek patrzył na nią jak na nowo odkrytą ziemię. Jak mogłem cię przeoczyć, Milena? Tak z oczu zgubić?
Kup sobie okulary w mieście. Może jeszcze coś ci umknie… Milenka wzięła na ręce dziewczynkę, która uściskała ją za nogi. Idziemy do babci Stasi? Robiła dziś drożdżówki. Lubicie?
Kilka lat później Jędrek wyprowadza na ganek najpierw Farmutę, potem teściową.
No, mamusie! Powoli, powoli. Patrzcie, jakie fotele wam z miasta przywiozłem!
Siedźcie sobie, wylegujcie się, świeże powietrze pięknie, nie?
Delikatnie pomagając, Jędrek posadzi matkę w leżaku i nasłuchuje:
Maluchy się obudziły! A Milenki nie widać. Idę sprawdzić, czemu tak hałasują.
A Milenka niedługo wróci?
Dziś ostatni egzamin. Obiecała być w pierwszej piątce, żeby szybciej wrócić. To już zaraz będzie w domu.
Auto zatrzyma się pod bramą, a dzieciaki, które zbierają wiśnie dla babci Stasi, zlecą z drzewa krzycząc:
Mama! Mama wróciła!
A Milenka, teraz zupełnie niepodobna do tamtej nieśmiałej dziewczyny, rozłoży ramiona i złapie swoje kudłate szczęście, mrugając do męża:
Piątka!
Nikt nie wątpił! Jędrek machnie i ruszy do domu.
Bliźniaki odpowiedzialne, cała w matkę, ale długo czekać nie lubią to już cała Jędrkowa strona rodziny.
O, te to dopiero są cukierki!








