Patrząc, jak Szymon zamiast rozwiązywać zadanie rysuje w zeszycie kolejnego Spider-Mana, rodzice uświadamiali sobie, iż beztroska i dostatnia przyszłość w ich rodzinie czeka tylko kota.

twojacena.pl 10 godzin temu

Patrzę czasem na to, jak Staś zamiast rozwiązywać zadanie z matematyki, rysuje w zeszycie kolejnego Spider-Mana, i dochodzę do wniosku, iż jedyne beztroskie życie w naszym domu czeka chyba tylko kota Filemona. Przez nasz dom przewinęło się już tylu korepetytorów, iż gdyby za każdego płacić dwadzieścia złotych, moglibyśmy spokojnie pojechać nad morze. Żaden jednak nie zaszczepił w Stasiu miłości do ścisłych nauk. Wręcz przeciwnie z każdym kolejnym nauczycielem Staś coraz bardziej odpływał w filozoficzne rozważania o tym, iż świat to marność nad marnościami, a prawdziwe szczęście to leżenie do góry brzuchem, pączki z kremem czekoladowym i bajki na komórce.

Kiedy już ręce nam kompletnie opadły, mąż znalazł w internecie niezwykłe ogłoszenie: Sprzedam sztangę. Oferuję również zajęcia indywidualne: matematyka, historia, polski, angielski, biceps, triceps, nogi, barki, literatura, klatka. Metoda autorska. Zapraszam Fiedor.

W akcie desperacji wezwał podany numer. Po kilku sygnałach słuchawkę odebrał męski, srogi głos, a w tle słychać było metaliczny brzdęk.

Słucham.

Dzień dobry, dzwonię w sprawie ogłoszenia…

Sztanga już poszła rzucił Fiedor i zaraz chciał się rozłączyć.

Nie, nie! Nie o sztangę chodzi. Syn potrzebuje pomocy z matematyką, polskim, literaturą.

Ile lat, waga, poziom umiejętności?

Ten konkretny ton inspirował i lekko przerażał. Dźwięki sztangi ustąpiły miejsca świstowi skakanki aż czuć było przez słuchawkę pot i adrenalinę.

Dziewięć lat, dwadzieścia pięć kilo, już dodaje w słupku i…

Ile robi pompek?

Co takiego? mąż aż przetarł ucho.

Pompki i podciągnięcia.

Nie wiem, może z pięć?

Potrafi wskazać przyrostek i końcówkę?

Muszę żonę spytać.

Jakie macie w domu akcesoria?

Akcesoria?

Cyrkiel, ekierka, ekspander, hantle?

Jest drewniana linijka…

Okej, podajcie adres, będę za godzinę burknął Fiedor. Nogi szeroko, prostuj plecy! wrzasnął jeszcze, po czym wyjaśnił: To nie do was, prowadzę lekcję historii. I odłożył słuchawkę.

Mąż chwilę jeszcze stał jak zamurowany, nogi rozstawione, proste plecy, aż w końcu poszedł do Stasia.

Na wieść o nowym korepetytorze Staś, zgodnie ze swoim zwyczajem, jedynie podgłośnił telewizor i poprosił o herbatę z kanapką. Nauka i wszelkie jej przejawy ślizgały się po nim jak krople wody po kaczce.

Po chwili rozległ się dzwonek do drzwi. Spojrzałam przez judasza i zobaczyłam… górę mięśni w obcisłej podkoszulce, od której lekko mnie zakuło w żołądku.

Dzień dobry pochylił się, wchodząc do przedpokoju, Fiedor, pachnący kokosowym szamponem półczłowiek-półgóra. Gdzie wasz młody olimpijczyk?

W… w… w kuchni wydusiłam.

Z pokoju wychylił się mąż.

Przepraszam, chyba się nie poznaliśmy. Proszę, torebka… Chwycił wielką torbę Fiedora i niemal padł pod jej ciężarem. Kot Filemon w panice przemknął jak burza przez dwa pokoje i zamknięte na klucz drzwi.

Co pan tam niesie takiego ciężkiego? sapał mąż, wlatując do pokoju Stasia.

Pomoc naukowa. Podstawa programowa i nie tylko.

Staś, przyklejony do kanapy, choćby nie spojrzał w stronę drzwi.

Macie wiertarkę udarową? zapytał Fiedor, oglądając ściany.

Po co?

Do ćwiczeń z polskiego odparł i zaraz wyjął z torby drążek, worek bokserski i skakankę.

Zapytam sąsiada… A pan niech się rozgości. To Staś. Podniósł syna z kanapy, który był dosłownie do pasa nowego nauczyciela. Synku, poznaj pana Fiedora.

Skąd pan ma tyle mięśni? Staś zamiast przywitania wypalił pytaniem.

Po cichu sumowałem w słupku odpowiedział Fiedor, układając na sobie talerze od sztangi.

No to… powodzenia wybiegł z pokoju mąż.

Jest pan silniejszy od Spider-Mana? Staś wpatrywał się fascynowany.

A Spider-Man wyciska dwieście na klatę? odparł Fiedor z przekąsem.

Staś kilka zrozumiał, ale wiedział, iż odpowiedź raczej brzmi nie.

Nienawidzę lekcji… rzucił na wszelki wypadek.

Lekcje są dla przegranych. My dzisiaj zaczniemy od brzuszków.

Fiedor usiadł na podłodze, zaczął ćwiczyć. Staś obserwował, czekając, aż gość się zmęczy. Ale Fiedor tylko zmieniał tempo i dokładał sobie obciążenia: hantle, ekspander, potem pompki…

No i jak? Zapamiętałeś? Chcesz być silny? Czy zamierzasz całe życie jak twój mutant babrać się w internecie?

Staś pokręcił głową.

No to proszę bardzo, wszystko po trzy razy czterdzieści pięć minus trzydzieści dziewięć. Zaczynamy od brzuszków.

A ile to jest?

A to ty mi powiedz.

Wtem do pokoju wpadł mąż z wiertarką.

Wiertarki udarowej brak, tylko tę mam… urwał, widząc jak Staś robi pompki. Wrócę później… wyszeptał i wymknął się zamykając cicho drzwi.

***

Następnego dnia, ledwo świtało, a już rozległ się dzwonek. Otworzyliśmy drzwi, gotowi nakrzyczeć na intruza, ale rozmiar łysiny Fiedora ostudził wszelki gniew we mnie i mężu.

Historia i geografia dziś. Strój sportowy: trampki, podkoszulek, spodenki. Czeka nas bieg po okolicy z poznawaniem ukształtowania terenu i historii dzielnicy.

On dopiero w trzeciej klasie, jeszcze tego nie miał… jęknął mąż przeciągle.

Są jeszcze wiersze do programu. Idzie pan z nami? spytał Fiedor.

Nie, dziękuję. Uczyłem się dobrze w szkole.

A w którym roku Kazimierz Wielki ufundował most w Krakowie?

Emm… Ja muszę obudzić syna… wymigał się mąż i poszedł do pokoju Stasia.

Po chwili wrócił szeptem:

Staś nie budzi się…

To go ubierzcie, rozbudzi się po drodze sugerował Fiedor.

***

Trzy razy w tygodniu Fiedor pojawiał się pod naszymi drzwiami i zaczynali trening. Poniedziałek: klatka-triceps-barki-matematyka-polski. Środa: plecy-biceps-literatura-angielski. Piątek: nogi-geografia-historia.

Po trzech tygodniach Staś wszedł do kuchni bez koszulki, a ja dla przyzwoitości zasłoniłem swoje piwne brzuszysko czajnikiem. Syn wyprostowany jak struna, silny, w dodatku zaczął napominać nas za siedzący tryb życia.

Wojtek, nie wiem, czy to tak powinno być rzuciła wieczorem żona. Wiesz, co Staś chciał na urodziny?

Wiem: Xboksa. Już mnie pytał.

Nie. Drabinkę gimnastyczną i blender do smoothie! Boję się, iż ten cały Fiedor to żaden korepetytor, tylko wariat na punkcie sportu i nam dziecko rozwali!

Może i racja. Ale przecież matematyką niby się zajmują.

Widziałeś choć jeden podręcznik w ich rękach?

Tabelę kalorii widziałem…

No, właśnie… Wszyscy ci trenerzy są… sami wiesz…

Sam nie wiem odparłem.

No… ograniczeni! stukała w szklany blat dla podkreślenia powagi. I nasz syn taki będzie.

Może lepiej być tępym kulturystą niż cherlawym kujonem?

Wolałabym normalne dziecko! Chcę, żeby to się skończyło!

W tym momencie zadzwonił telefon.

To wychowawczyni zerknęła żona i odebrała. Halo? Co się stało? Tak, zaraz będziemy.

Co tam?

Staś urządził bójkę w szkole. Widzisz? Mówiłam!

Jadę z tobą.

***

Wzięliśmy taksówkę i już po kwadransie czekaliśmy w gabinecie dyrektorki. W środku zebrali się rodzice, dzieci, psycholog szkolny i wychowawczyni. Gwar był taki, iż w sąsiedniej sali fortepian się rozstroił.

To nie sala treningowa, tylko szkoła! rzuciła jedna z matek.

Ale co się adekwatnie stało, ktoś wyjaśni?

Odezwała się wychowawczyni:

Staś kazał chłopcom bawić się na przerwie w drabinkę i prowadzić liczenie metodą dzielenia ułamków.

W co?

Podciągać się na drążku po kolei, coraz trudniej wyjaśnił Staś.

Cisza! Dzieci nie chciały, a Staś ich zmuszał groźbami.

Ale to oni pierwsi zaczęli, chcieli mnie pobić za to, iż poprawiałem ich, kiedy używali niepoprawnych słów bronił się Staś.

Jak poprawiałeś?

Tłumaczyłem, jak odmieniają się głupek i zarozumialec. Zaatakowali mnie, więc musiałem się bronić. Jak mawia Fiedor: jeżeli masz dużo energii więcej razy się podciągniesz, a w razie czego zamiast bić się, lepiej nauczyć dzielenia ułamków spuścił głowę Staś.

Powiedział, iż jak jeszcze raz do niego podejdziemy, to zakończy się wyciąganiem pierwiastków! poskarżył się jeden chłopak.

Taki neandertalczyk nie powinien mieć kontaktu z naszymi dziećmi! wrzasnęła mama innego.

Chwileczkę odchrząknąłem. Czyli bijatyki nie było?

Wszyscy pokręcili przecząco głowami.

Czyli mój syn na agresję odpowiedział matematyką i drążkiem?

I jeszcze kazał uczyć się Tuwima na pamięć i biegać!

Widzisz? A mówiłaś, iż będzie przygłupim osiłkiem zwróciłem się do żony. Ta, z rozbawieniem, kiwnęła głową.

Chciałabym przeprosić państwa odezwała się nagle dyrektorka. Nie przed wami, tylko przed rodzicami Stasia. Wasz syn to wzorowy uczeń. Ale po tym wszystkim, co usłyszałam, musimy go przenieść…

No i proszę, będzie nauczka!

…do czwartej klasy. Wyprzedza program ucięła dyrektorka.

Zapadła głucha cisza. Można było usłyszeć, jak zazdrość i złość przegryzają się przez głowy obecnych rodziców. Wszyscy powoli wylegli na korytarz, unikając kontaktu wzrokowego.

Halo, panie Fiedorze… Takie sprawy, Staś idzie do czwartej klasy, będą nowe przedmioty… wybąkałem do telefonu.

***

Po tygodniu Staś faktycznie zaczął naukę w czwartej klasie. Po dwóch kolejnych pojechał na zawody crossfitowe, a równocześnie przygotowywał się do swojej pierwszej dziecięcej olimpiady literackiej. Po jeszcze jednym miesiącu zadzwonił do mnie ojciec jednego z dawnych kolegów Stasia rozumieją już swojego błąd i poprosił o numer Fiedora.

Z czasem utworzyła się mała sekcja dzieci z profilem uniwersalnym, gdzie nie wykluczało się nikogo za słabe wyniki sportowe, ale za złą ocenę w dzienniczku jak najbardziej.

Idź do oryginalnego materiału