W nocy ślubu, gdy dźwięki poloneza rozbrzmiewały jeszcze w mojej głowie, rodzice Jagódki dali nam coś zadziwiającego: wręczyli klucz do mieszkania, które miało być naszym nowym gniazdem. Stało się to na schodach w bloku, który pachniał świeżością tynku i kleju, a klucz wdzięcznie połyskiwał, niczym rzadki talizman rzucony przez wróżkę z Łazienek.
Teść, pan Zdzisław, rzekł, iż skoro ich gest był tak hojny, moi rodzice powinni dorzucić się do remontu. Moi rodzice już wcześniej dali nam sporą kwotę, o wartości kilku miesięcznych wypłat w złotówkach, a i tak się zgodzili. Tata, stary budowlany magik, wiedział gdzie znaleźć cegłę, gdzie płytki i gdzie wiadro farby przydaje skrzydeł. Pracowałem u jego boku, czasem choćby Jagódka zjawiała się z wałkiem, ubrudzona gipsem, okiem pełnym snów.
Bywało i tak, iż teść pomagał. Uznaliśmy, iż lepiej będzie pomieszkać kątem u rodziców Jagódki, zamiast płacić komuś obcemu czynsz, remont zaoszczędzi czas i pieniądze. Pogoda była dziwna – nad Wisłą chmurzyło się zawsze, gdy mieliśmy iść na zakupy do hurtowni budowlanej.
Pewnego popołudnia, w szeleszczeniu dokumentów ukrytych w szufladzie, spojrzałem na akt własności mieszkania. Coś mnie ukłuło, jakby szyszka wpadła mi do buta na spacerze po Kampinosie. Okazało się, iż to nie my byliśmy właścicielami, tylko teściowa, pani Halina!
Tego wieczora miałem z ojcem jechać po lustro i kran do łazienki, ale poprosiłem, byśmy odłożyli to o dzień. Opowiedziałem mu o dziwnej sytuacji i zdecydowałem, iż czas na rozmowę.
Pośród ceramicznych żonkilów na kuchennym stole, zapytałem, nie bawiąc się w ceregiele:
Dlaczego mieszkanie jest na mamę, a nie na Jagódkę? Czemu nie na nas?
Halina spojrzała na mnie jakby przez mgłę:
Dziecko, to dla dobra naszej córeczki. Gdybyście się rozeszli, nie chciałbyś przecież odebrać jej połowy mieszkania?
Ale przecież to MY odnawiamy je z moim ojcem! Wkładamy tyle złotych, ile kosztowałby drugi taki lokal! powiedziałem, czując jakby ktoś oblał mnie zimną wodą z Brdy. Skąd pewność, iż się rozwiedziemy? Przecież dopiero co ślub braliśmy, chrust w kominku jeszcze nie wystygł!
Jagódka zacisnęła dłonie na filiżance:
Mamo, prosiłam cię, żeby przepisać mieszkanie na mnie…
To wiedziałaś? zdumiało mnie.
Wiedziałam, ale prosiłam, by tego nie robiła. Mama się uparła!
W tej chwili poczułem, jakbyśmy tańczyli w kręgu, a każdy krok prowadził nas nie w przyszłość, tylko w głąb labiryntu rodzinnych lęków i niedopowiedzeń. Dni się rozciągnęły jak gumki od starej proc; wróciłem na kilka nocy do rodziców, znów piłem herbatę z malinami i patrzyłem, jak żuki spacerują po parapecie.
Jagódka próbowała rozmawiać, ale jej głos był stłumiony, jak dźwięk tramwaju widzianego zza szyb. Zastanawiam się teraz: czy takie rzeczy dzieją się w każdej polskiej rodzinie, gdzie prezent jest pewną pułapką, a zaufanie śni się jak sen, z którego trudno się obudzić? Co teraz począć, gdy lawenda na balkonie pachnie zdradą, a drzwi do mieszkania skrzypią pod ciężarem ukrytych intencji?











