Pies, którego usłyszano w studni

newsempire24.com 5 dni temu

Pies, którego usłyszano w studni

Zjechałem dwanaście metrów w głąb starej studni, żeby uratować wycieńczonego psa. Kiedy znaleźliśmy się na powierzchni, położył mi głowę na piersi i zaczął żałośnie skomleć. Po chwili klęczałem przy nim i płakałem tak, iż nie potrafiłem wypowiedzieć całego zdania.

Miałem dwadzieścia pięć lat i byłem strażakiem w okolicach Kielc. Tamtego popołudnia dostaliśmy zgłoszenie z niewielkiej wsi pod miastem.

— W starej studni jest pies — powiedział mężczyzna przez telefon. — Słychać go, ale coraz słabiej. Proszę, przyjedźcie.

W drodze myśleliśmy, iż to będzie zwykła interwencja.

Przyjedziemy. Wyciągniemy zwierzę. Wrócimy do jednostki.

Potem kolega skierował latarkę w dół.

I wszyscy zamilkliśmy.

Studnia była wąska, obłożona starym kamieniem. Około dwunastu metrów niżej, tuż nad wodą, stał dorosły pitbull.

Pod łapami miał skalny występ.

Tak mały, iż trudno było uwierzyć, iż w ogóle się na nim mieści.

Woda sięgała mu niemal do szyi.

Nie wiedzieliśmy, ile godzin tam spędził. Widzieliśmy za to, iż ledwo trzyma się na nogach.

Drżał. Głowa opadała mu coraz niżej. Co jakiś czas wydawał cichy, zachrypnięty skowyt.

Ten dźwięk usłyszał sąsiad.

To dlatego jeszcze mieliśmy szansę.

— Z góry nic nie zrobimy — powiedział kolega. — Ktoś musi zejść.

— Ja zejdę.

Odpowiedziałem od razu.

Nie czułem się bohaterem. Patrzyłem tylko na tego psa i myślałem, iż on nie może czekać, aż skończymy się zastanawiać.

Koledzy przygotowali liny. Pomogli mi założyć uprząż i sprawdzili każde zapięcie.

— Spokojnie. Cały czas cię trzymamy.

Usiadłem na krawędzi, a potem zacząłem zsuwać się w ciemność.

Kamienne ściany niemal ocierały się o moje ramiona. Okrąg nieba nad głową robił się coraz mniejszy.

Miałem linę.

Miałem kolegów.

Wiedziałem, iż mogę poprosić o wyciągnięcie.

A mimo to czułem ucisk w gardle.

On nie miał żadnej z tych rzeczy.

Kiedy światło latarki padło z bliska na jego pysk, musiałem przełknąć ślinę.

Był przemoczony. Mięśnie drżały mu z wysiłku. Miał szeroko otwarte oczy, ale prawie nie zareagował na mój widok.

Nie warknął.

Nie próbował mnie ugryźć.

Nawet nie odsunął głowy.

Wyglądał tak, jakby całą energię zużył już na to, żeby nie wpaść do wody.

— Spokojnie, kolego — powiedziałem cicho. — Jestem przy tobie. Zabierzemy cię stąd.

Przysunąłem się ostrożnie.

— Jeszcze chwilę. Wytrzymaj jeszcze odrobinę.

Objąłem go i poczułem lodowate ciało. Osunął się na mnie całym ciężarem.

Nie pomagał mi, ale też się nie wyrywał.

Jakby wreszcie mógł przestać sam dźwigać własne wyczerpanie.

Zabezpieczyłem go pasem ratowniczym.

— Gotowe! Wyciągajcie nas!

Ruszyliśmy powoli w górę.

Trzymałem go przy piersi. Nie poruszał się, tylko drżał tak mocno, iż czułem to przez ubranie.

— Już niedaleko — mówiłem. — Słyszysz? Jeszcze kawałek.

Światło nad nami stawało się coraz jaśniejsze.

W końcu zobaczyłem wyciągnięte ręce kolegów.

Pomogli nam wydostać się na ziemię. Opadłem na kolana i przez cały czas obejmowałem psa.

Wtedy uniósł głowę.

Spojrzał na mnie.

A potem oparł pysk o moją pierś, tuż przy sercu.

Z jego gardła wydobył się długi, urywany skowyt. Całe ciało zadrżało.

Nie wiem, czy to był ból, strach, czy wyczerpanie.

Wiem tylko, iż brzmiał jak płacz.

I iż wtedy sam przestałem się powstrzymywać.

— Udało się — wyszeptałem. — Jesteś na górze. Już jesteś.

Jeden z kolegów otarł oczy. Drugi odwrócił głowę i mocno zacisnął szczęki.

Widzieliśmy tę wąską półkę.

Wiedzieliśmy, jak kilka dzieliło go od chwili, w której łapy po prostu by się ugięły.

Teraz leżał przy mnie i oddychał.

Nikt z obecnych nie znał tego psa. Nie wiedzieliśmy, do kogo należy ani jak znalazł się w studni.

Ale ktoś usłyszał jego ciche skomlenie.

I nie uznał, iż to nie jego sprawa.

Idź do oryginalnego materiału