Płonąca kula w szwajcarskim serze. O „Disco Inferno” Marcina Czerkasowa

kulturaupodstaw.pl 8 godzin temu
Zdjęcie: fot. Materiały prasowe


Tutaj inferno nie jest już obietnicą zatracenia się w tańcu, ale klaustrofobicznym stanem. To disco odbywa się w scenerii dogasającego neoliberalizmu, wśród śmieci, glitchy i algorytmicznego szumu.

Czerkasow od lat konsekwentnie buduje poetykę, którą roboczo można by nazwać lingwistyką późnego kapitału. jeżeli w poprzednich książkach autor badał granice języka jako narzędzia opisu ekonomicznych przesunięć, to w „Disco Inferno” idzie o krok dalej.

Wkraczamy w przestrzeń post-apokaliptycznego teraz, w którym rzeczywistość przypomina uniwersum Robloxa czy Minecrafta: świat złożony z pikseli, które udają krzaki, i ludzi, którzy stali się:

„mięsnymi odpowiednikami swoich cyfrowych przodków”.

Podmiot w kolejce do sensu

Bohater Czerkasowa jest postacią głęboko wyobcowaną, choć paradoksalnie (a może nie?), stale podłączoną do sieci. To nie „ja” przeżywające świat, a raczej terminal, przez który przepływają komunikaty reklamowe, fragmenty instrukcji obsługi, powiadomienia z Tindera i Ubera.

materiały prasowe

W wierszu „Alvin i wiewiórki” czytamy:

„Mózg staje w kolejce do sensu”.

Ta fraza całkiem nieźle oddaje kondycję bohatera wierszy z tomu – kogoś, kto uczestniczy w nieustannym procesie produkcji i konsumpcji, a jednocześnie przeczuwa, iż jest w tym procesie elementem zbędnym, łatwo wymienialnym.

Uderzająca jest u Czerkasowa materialność tego świata. W „Disco inferno” gęsto od przedmiotów, ale są to przedmioty zdegradowane, zużyte: „zdezelowane drzwi osobowego samochodu”, „torebki keczupu”, „rolka srebrnej taśmy”.

Poeta z dużą precyzją precyzją odtwarza scenografię polskich (i nie tylko) przedmieść, parkingów pod centrami handlowymi i „wysokonasyconych podejrzaną energią biurowców”. To krajobraz „szwajcarskiego sera”: pełen dziur, braków, wyrw, które próbujemy załatać „workiem trytytek”.

Proces

Zeszłej nocy miałem kilka koszmarów naraz i nawet
nie chciałem o tym wspominać, ale ogromna
presja, przeklęta obecność tych wszystkich
tonących miast i samochodów
oraz elektrycznych rowerów
szarpiących w przypadkowy sposób
infrastrukturą ulic, pędzących
po przemoczonym deszczem wzgórzu
przez jakieś ponure krzaki, po prostu
coś ze mną zrobiła, kiedy byłem
już prawie rozbudzony, więc teraz,
gdy
podnoszę głowę, widzę właśnie
to i próbuję odpłynąć – trącając
sklepowe wózki, przez wnętrza
opustoszałych centrów handlowych
i urzędy pocztowe we wszystkich
podobnych do siebie miasteczkach
na południu kraju – tylko
po to, aby uniknąć tego
koszmaru, który wciąż rośnie we mnie
niczym zmierzch i najwyraźniej
nie zamierza przestać.

Glitch jako metoda

„Disco Inferno” to próba panowania nad dykcją, która wydaje się rwana, zglitchowana, a jednak zachowuje w tym wszystkim niemalże hipnotyczną rytmikę (w czym pobrzmiewa echo wspomnianego w tytule gatunku muzycznego).

fot. materiały prasowe

Czerkasow operuje ironią, która jednak nie służy tu łatwemu zdystansowaniu się od świata. To raczej ironia tragiczna, wynikająca z niemożności ucieczki poza system.

Jak pisze w wierszu „Zaakceptuj wszystkie ciasteczka”:

„nie istnieją takie ruiny, których nie można / by jakoś naprawić, pchnąć dalej, odsprzedać”. W tym świecie choćby katastrofa jest towarem.

Kluczowym terminem wydaje się tu „nieszczerość”: polityczna, estetyczna, egzystencjalna. Czerkasow tropi momenty, w których język nas oszukuje, w których staje się „sepleniącą siecią”.

Wiersze z książki to też komentarz do tej pułapki: rzeczywistość jest „mizernie zekranizowaną operą”, a my, aktorzy tego spektaklu, czekamy na „wiadro lodu” w palącym słońcu końca historii.

Zaakceptuj wszystkie ciasteczka

Zglitchowany po krótkim weekendzie
w środku wtorku, smarujesz kolejne
paragrafy nowym, wkurzającym kciukiem
otrzymanym w ramach odszkodowania
za nagły i niczym niesprowokowany pocałunek
z prywatną autostradą, na której
spłonął czyjś wóz obszczekujący
wszystkich wokół hasłem: „Nie bądź
małą dziwką, jeszcze dziś załóż konto w lokalnym
oddziale naszego kartelu!”. Lekki i eklezjastyczny
niczym biblijny horror dla dzieci, jesteś dla nich
już tylko „mięsnym odpowiednikiem
swojego cyfrowego przodka. To cień
pozostaje oryginałem”. Jak widać,
coraz dalej upada jabłoń podczas
kwaśnego zmierzchu, a nam, prostym
użytkownikom społecznej różnicy, pozostają
przyziemne przedsiębiorstwa, którym jeszcze
udało się tu utrzymać, choć wydają się
coraz bardziej zaniepokojone swoją analogową
naturą, desperacko pragnąc zniwelować
tężejącą przepaść pomiędzy fizyczną infrastrukturą
przestarzałego ja a cyfrowym modelem
odczuwalnego końca nowych, gwałtownie
sypiących się, jeszcze wydajniejszych
post-czasów.
Kto jednak naprawdę
zarządza dziś klamką tych drzwi-pułapek? Kto opycha
te pyszne ciasteczka? Kto jest kim i z jaką lokalizacją?
Kto wyrywa nam zęby, ukryty za niewielką ladą
z tyłu steranej ciężarówki na poboczu? Kim są
The Who i gdzie są adekwatnie
dziś ich fani? Na deser żrą dynię
czy szczura? Wskaż nam, proszę,
może jeszcze tylko wybrane miejsce
finałowego spoczynku w formie
tej prostej instrukcji dla dystrybuującego
prochy drona. To nasza premium usługa.

Somatyka i maszyna

U Czerkasowa ciało jest polem bitwy między biologicznym a technologicznym. Mamy tu „zimne stopy”, „wypadające oko”, „wkurzający kciuk otrzymany w ramach odszkodowania”. Cielesność jest tu zawsze w jakiś sposób uszkodzona, niepełna, poddana presji „diety paleo” czy „estetycznych zabobonów”. To somatyka prekariusza, który „zjadł talerz mydła na śniadanie”, bo nic innego nie pozostało w lodówce poza największą na świecie kolekcją torebek keczupu.

fot. materiały prasowe

„Disco Inferno” to tom pesymistyczny, ale może dlatego choćby i oczyszczający w swojej bezwzględności. Czerkasow nie daje nadziei na rewolucyjny zryw, który naprawi świat.

Zamiast tego oferuje nam „napisy końcowe”, czyli drobiazgowy spis wszystkiego, co mieliśmy w zasięgu ręki, a czego nie potrafiliśmy uratować. To poezja, która „staje na rzęsach, przełamując estetyczne zabobony”, by pokazać nam, iż „przyszłość również jest fikcją”.

Jeśli współczesna polska poezja ma ambicję prowadzenia diagnostyki „post-czasów”, to Marcin Czerkasow wystawił właśnie kartę pacjenta, którą tak łatwo zignorować. I owszem, będzie to lektura niekomfortowa, ale chyba właśnie z tego powodu konieczna – jak patrzenie w słońce tuż przed jego zachodem, kiedy niebo staje się „mandarynkowe i gazowane”, a my orientujemy się, iż „punkt rosy nieubłaganie zbliża się do absolutnego zera”.

Napisy końcowe

Na światłach zatrzymał nas człowiek
o nieciekawym spojrzeniu.

I nagle pojąłem, iż wszystko,
czego chciałem, było zawsze

w zasięgu ręki: papierosy, kasety,
drobne, twoje włosy, i twoje, labirynt

niewielkiego ogrodu w cieniu za domem,
szerokopasmowy dostęp do sieci, silnik

wyczynowego motocykla rdzewiejący
w deszczu, skrzyżowania, światło

dzienne, zmierzch, światła nieczynnych
supermarketów, puste przestrzenie biurowe,

moje klucze, twoje, czyjeś klucze, jakiś
kutas w garniturze przebrany za rekina,

spójrz na ten zegarek, rewolwer, dywany
sprowadzane z dna morza, niebo

stąd aż po skraj oceanu, fioletowy, jakby obnażony
mięsień zachodu słońca, melodie z muszel

i piachu oraz długi łańcuch wychodzący z morza,
pchający się na talerze, sprzeczne figury,

mózg robota w słoiku, pościel z jeziora, wielka
woda o strukturze kryształu w szklance

kilkanaście tysięcy kilometrów nad ziemią,
ha-ha i ho-ho, co jest, ręka Flauberta

wchodzi do pokoju, dłoń Cendrarsa zostaje
w popielniczce z czaszek makaków,

zdezelowane drzwi osobowego samochodu
na ścianie galerii, graffiti, supersrebro

wyjeżdżające z tunelu, płonąca placówka
gigakonglomeratu, jakiegoś banku, coś

wzruszającego, niczym przemoc czy jakieś
kwiaty, rewolucja, ogromne poruszenie

wbiegających w nowy, choć przez cały czas zadymiony
dzień z nadzieją na coś niezrozumiałego, intrygujący

rodzaj nieczytelności, szron, liczne ślady krwi
na chodniku, struny, wiele strun ciągnących

w ciemność, skrzypienie śniegu o świcie, czarne
ciężarówki, wielki cień, coraz większy,

rzucający jeszcze większy cień i jeszcze
większy… Przeładowany. A kiedy,

pozbawieni systemu
linek spinających to wszystko

w całość, wreszcie zaczęliśmy żyć –
obudził nas skowyt kosiarki.

Idź do oryginalnego materiału