'Po prostu Basia' cz.7 rozdz. 24-25 / lenapokusa

publixo.com 2 godzin temu

Rozdział 24

Rozłożyłam na łóżku ubrania, które przywiozłam ze sobą. Gdy na nie patrzę, zastanawiam się, co mną powodowało, gdy się pakowałam. Mam całe mnóstwo ubrań, które kupiłam po rozstaniu z Pawłem, a od których choćby nie odcięłam metek. Patrzę na buty, które mam do wyboru. Myślę, iż ubiorę białe niskie trampki Converse bez sznurówek. Chociaż to mam z głowy. Gdy przeglądam szafę i szuflady, znajduję kosmetyczkę z produktami do makijażu. choćby nie wiedziałam, iż mam ją ze sobą.
- Mufka, chyba mam jakieś problemy z głową, bo nie sama nie wiem, co robię - mówię do mojej kędzierzawej suczki, która leży na boku w rogu pokoju, gdzie jest najchłodniej, i mruży z błogością oczy.
Wykorzystuję moment, gdy wszyscy są zajęci innymi sprawami, żeby wziąć porządny prysznic, ogolić się, wyszorować gąbką, wetrzeć wcierkę i odżywkę we włosy, wmasować balsam w ciało. Wracam do pokoju, zamykam za sobą drzwi i siadam owinięta ręcznikiem na łóżku. Biorę do ręki maseczkę nawilżająco-odżywiającą w płachcie, nakładam ją na twarz, podłączam telefon do przenośnego głośnika, włączam ulubioną playlistę i przeglądam kosmetyki. Wśród nich natrafiam na czerwony lakier do paznokci, którego kiedyś używałam regularnie. Zawsze malowałam paznokcie u rąk i stóp. Zastanawiam się przez chwilę, po czym wyciągam zestaw do manicure i zajmuję się paznokciami. Gdy są już piękne, bez skórek, spiłowane, gładkie, pokrywam je warstwą czerwonego lakieru. I u nóg, i u rąk. Potem leżę przez chwilę z głową na poduszcze i stopach na wezgłowiu łóżka i słucham muzyki. Ręcznik sunął mi się nieco na biodra i zaczynam gładzić dłońmi z umalowanymi paznokciami po moich piersiach i brzuchu, ściskam sutki. Po chwili muszę pokryć paznokcie drugą warstwą lakieru. Ściągam maseczkę, bo minął już wyznaczony czas i wklepuję resztki w buzię. Potem kończę paznokcie i gdy udaje mi się z tym uporać, usunąć rozmazany lakier patyczkiem do paznokci ze skóry wokół paznokci, żeby wyglądały na zrobione, no, niemal profesjonalnie, kładę się z powrotem na poduszkę. Wyłączam muzykę, zamykam oczy, oddycham wolno i leżę gładząc się po ciele. Z zewnątrz, przez otwarte drzwi balkonowe, dobiega mnie śpiew ptaków, odgłosy wydawane przez zwierzęta gospodarskie, pokrzykiwania Kuby i Mateusza, szum drzew. Do pokoju wpadają przyjemne podmuchy wiatru, niosące zapachy letniego ogrodu. Jest idealnie. Kwadrans spędzony w tym błogim stanie pomaga mi zrelaksować się bardziej niż wizyta w spa.
- Dobrze, Mufinku - mówię do psa. - Teraz czas, żeby Basia trochę się wypindrzyła.
Zakładam majtki odsłaniające połowę pośladków i stanik typu push-up, a potem wciągam czarną jeansową spódniczkę do połowy uda, a do tego zakładam obcisłą bluzkę z bufiastymi rękawami i głębokim dekoltem, znad którego wystaje choćby koronka mojego stanika. Do tego białe trampki i strój gotowy. Teraz włosy i być może makijaż. Rozczesuję włosy i dzielę je na dwie części, z przedziałkiem na środku. Potem robię dwa niedbałe koczki po obu stronach głowy. Nakładam na twarz niewielką warstwę kremu z filtrem i postanawiam zrobić sobie eyelinerem malutkie skrzydełka na powiekach, rzęsy pokrywam czarnym tuszem, dodaję trochę rozświetlacza na kości policzkowe i czubek nosa, a potem biorę ulubione perfumy i nakładam niewielką ilość za uszami, na nadgarstki i między piersi.
- Ta-dam! - robię piruet przed Mufką, która podnosi głowę, ziewa głośno i patrzy na mnie wzrokiem bez wyrazu.
- Dzięki, Mufi, moja najwierniejsza cheerleaderko - śmieję się i wychodzę z pokoju. Wiem, iż mamy jeszcze sporo do przygotowania.
Na schodach spotykam Matiego. Oboje podskakujemy zaskoczeni i Mati wpatruje się we mnie, jakbym właśnie zrobiła sobie operację plastyczną albo przefarbowała włosy. Rany, może nie odcięłam metki od bluzki. gwałtownie macam się ręką po karku. Odcięłam. Może po prostu nie podoba mu się mój strój.
- Kuba... - zaczyna ochrypiałym głosem Mati, po czym chrząka i mówi już normalnie: - Kuba pojechał pomóc Aśce z zakupami.
- Okej - mówię. - Idź się w takim razie przygotuj, a ja sprawdzę, w czym mogę pomóc babci.
- Jasne - mówi gwałtownie Mateusz i odchodzi w stronę swojego pokoju.
Gdy zbiegam na dół czuję, iż moje poczucie pewności siebie nieco zmalało, ale gwałtownie karcę się za to w głowie. Nikt nie zabierze mi poczucia własnej wartości, bo za długo na to pracowałam po rozstaniu. Babcia Hela obiera i kroi warzywa na sałatki. Pomagam jej i następnie przynoszę miski, gdzie wsypujemy pokrojone pomidory, ogórki, paprykę, jajka i sałatę. Po pewnym czasie mamy trzy sałatki, a ja uznaję, iż to wystarczy. Na podwórko zajeżdżają samochody Aśki i Kuby, więc idę pomóc im wypakować zakupy. Aśka widząc mnie klaszcze i gwiźdże, a ja dygam i śmieję się głośno.
- Proszę cię, bo zaraz pomyślę, iż na codzień wyglądam jak bezdomna - mówię.
- Muszę się postarać, żeby ci dorównać - mówi Aśka, po czym gwałtownie otwiera bagażnik, wyjmuje torbę z różkami lodowymi i lodami typu kanapka lodowa i biegnie do domu.
Kuba zerka na mnie i uśmiecha się.
- Ładnie wyglądasz - mówi.
- Dzięki - odpowiadam i odwzajemniam uśmiech, nieco zmieszana, po czym gwałtownie zmieniam temat. - Co trzeba zanieść do domu?
Kuba podaje mi siatki z przekąskami i lżejszymi produktami, a sam niesie do sieni napoje. W sieni jest na tyle zimno, iż to idealne miejscce, żeby ja tam postawić. Piwo stara się ułożyć w lodówce, co stanowi pewne wyzwanie. Aśka przynosi całą torbę bagietek i droźdzówek.
- Nie chciałam, żeby babcia musiała specjalnie piec ciasto - mówi.
Mamy kiełbasę, frankfurterki, szaszłyki z kurczaka i warzyw posypane przyprawami, pieczywo, sałatki, roźki lodowe, drożdżówki i napoje - alkoholowe i bezalkoholowe. Wynosimy do ogrodu koce i leżaki i rozkładamy je wokół ogrniska. Jest niemal wieczór. Do Kuby dzwoni teleon.
- Za pół godziny? Jasne, czekamy - mówi i odkłada słuchawkę.
- Jak to za pół godziny? - łapie się za głowę Aśka. - Przecież ja potrzebuję znacznie więcej czasu! Poza tym ty też musisz się wykąpać - zwraca się do brata. - Chociaż z drugiej strony, dlaczego miałoby mi zależeć na tym, czy będziesz się kleił i śmierdział potem i nie zaliczysz żadnej laski - udaje, iż zastanawia się nad tym pytaniem.
Kuba wybucha śmiechem.
- Biegnij pod prysznic, królewno - mówi i kręci głową.
Aśka odbiega w stronę domu, a Kuba idzie posprzątać samochód. Ja wracam do sieni i szukam dla siebie czegoś do picia. Znajduję napój wiśniowy i zabieram go ze sobą do ogrodu, gdzie siadam na leżaku i po chwili dołącza do mnie Mati. Zdążył się wykąpać i przebrać w bojówki, t-shirt i trampki. Ładnie pachnie. Nie mam śmiałości go zapytać, co to, ale zaciskam nogi.
- Musielibyśmy rozpalić ognisko - mówi Mati, po czym zabiera się za wzniecanie ognia, co idzie mu bardzo dobrze. Po chwili ogień zaczyna zajmować najniższe gałęzie.
Na szczęście mamy spory stos pniaków i gałęzi, żeby dorzucać do ognia. Mateusz zaczyna strugać kijki do pieczenia kiełbasy, a ja zaczynam czuć pewne zdenerwowanie na myśl o tym, iż mają się pojawić jacyś nieznani ludzie. Do tego ta dziewczyna, z którą tamtej nocy poszedł Mateusz. Moje zdenerwowanie nie trwa jednak długo, bo po niedługiej chwili słyszę zajeżdżające przed dom samochody. Jest ich dwa. Jeden to terenowy SUV, drugi pięcioosobowy sedan. Powoli wysiadają goście, których część rozpoznaję z wieczornej wyprawy na pomosty. Szczupła blondynka w bardzo krótkich, postrzępionych spodenkach jeansowych i topie na ramiączkach. To Marcela. Przestawia mi się i rzuca się Matiemu na szyję. Następnie pojawia się chłopak o krótkich ciemnych włosach i bardzo umięśnionych ramionach, który wita się ze wszystkimi z uśmiechem, w którym można się dopatrzeć lekkiego poczucia wyższości.
- Cześć, jestem Marcin - podaje mi rękę, żując gumę. Mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów, a mi robi się gorąco.
Jest jeszcze pofarbowana na rudo Sylwia o ogromnych złotych kolczykach kołach w uszach, Ania z prostymi naturalnymi włosami, sięgającymi jej niemal do pasa, Tymek, którego zawiadiacki uśmiech i wygląd modela od razu dają znać, iż lubi pakować się w kłopoty. Zza jego pleców wyłania się nieco grubszy i trochę nieśmiały Irek, który ma spocone dłonie, gdy mi się przedstawia, dalej Kaja, która ma na sobie jakieś zwiewne szaty, przywodzące na myśl azjatyckie klimaty, oraz Oleg, długowłosy blondyn w okularach, który niesie na ramieniu gitarę. Całkiem interesujące towarzystwo. Z domu wybiega Aśka. Jestem pod wrażeniem. Jej niesforne, ciemne kosmyki otaczają twarz, którą pokryła nieco brokatem. Ma umalowane na złoto powieki i błyszczące usta. Do tego ubrała niebieską sukienkę mini bez ramiączek w białe kwiatki i złote sandałki. Z uszu zwisają jej długie, złote kolczyki w kształcie liści.
- Mówiłam ci, iż muszę cię przebić - szturcha mnie poufnie. Pięknie pachnie swoimi perfumami marki Chloe.
Podchodzi do gości i wita się z wszystkimi serdecznie.
- Chodźcie, rozpaliliśmy już ognisko - mówi i prowadzi przybyłych do ogrodu, gdzie każdy znajduje dla siebie miejsce. - Basia, chodź. Trzeba przynieść napoje i jedzenie.
- Pomogę wam - proponuje Ania, a w ślad za nią rusza Oleg.
Gdy się oddalamy, słyszę, żę ktoś włączył muzykę na przenośnym głośniku.

Rozdział 25

Gdy wszyscy siedzą już ze swoimi napojami i powoli zaczynają nakłuwać kiełbasy na kije wystrugane przez Mateusza, dołącza do nas Kuba, który pewnością siebie z pewnością mógłby konkurować z Marcinem.
- Kubuś!- piszczy ruda Sylwia i niemal wskakuje na niego, gdy oplata go w powitalnym uścisku.
Sama nie wiem, co o tym myśleć. Czy czuję się zazdrosna? Nie, na pewno nie. W końcu Kuba jest dla mnie jak brat, a ostatnie wydarzenia to tylko... potknięcie na drodze naszej przyjaźni? Ktoś włącza muzykę zachęcającą do tańca i kilka osób wstaje. Dołączam do nich, żeby nie wyjść na odludka i szywniarę. Zaczynamy żartować i atmosfera się rozluźnia. Zaczynamy puszczać nasze ulubione hity i po chwili podskakujemy i śpiewamy na cały głos niczym dzieciaki. Nie spodziewałam się tego, ale naprawdę dobrze się bawię. Może te dwa lata izolacji sprawiły, iż zapomniałam już, iż jeszcze nie czas na życie emerytki? Robimy sobie przerwy, podczas których pieczemy kiełbasy i jemy sałatki. Dodajemy się do obserwowanych na portalach społecznościowych, okazuje się, iż zdarza nam się mieć wspólnych znajomych. Część osób pije alkohol, więc głównie słychać śmiech i żarty, często niewybredne, ale zabawne. Potem znowu czas przenieść się `na parkiet`. Gdy podskakuję w rytm muzyki czuję, iż jeden z moich koków, poluzował się. Próbuję go naprawić, ale gumka pęka i włosy opadają na jedną stronę.
- Zaraz wrócę - mówię, po czym odbiegam w stronę domu. Dopiero po paru metrach zdaję sobie sprawę, iż przy ognisku jest naprawdę gorąco od płonącego na nim ognia.
Gdy idę w stronę domu, moje kroki są niemal niesłyszalne. Zapadł już zmrok i przed domem jest ciemno. Lekko wchodzę po scchodach i widzę dwie postaci w sieni. gwałtownie chowam się tak, żebym nie została dostrzeżona.
- Daj spokój, Mati... - słyszę głos Marceli.
Mój wzrok zdążył przywyknąć do ciemności i ostrożnie próbuję zajrzeć do środka. Mateusz stoi pod ścianą, a Marcela napiera na niego całym ciałem. Widzę, żę liże go po szyi i wsuwa dłoń w jego spodnie, a Mateusz wydaje z siebie ciche westchnienie.
Czuję się tak, jakby ktoś mnie kopnął w brzuch. Albo uderzył w głowę łopatą. Mam ochotę zwymiotować. Albo poryczeć się jak małe dziecko. Bezszczelestnie zbiegam ze schodów i wracam do ogrodu. W szale ściągam gumkę z drugiego koka i teraz moje włosy opadają falami na plecy.
- Bogini - słyszę za sobą niski, wibrujący głos.
Odwracam się. Pod ścianą domu stoi Marcin i popija piwo. Jest ubrany w sprane niebieskie jeansy i czarną koszulkę bez rękawów. Na przegubach rąk na skórzane bransoletki.
- Napij się ze mną - mówi.
- Okej - odpowiadam.
Jest mi wszystko jedno. Chcę pić. Nie chcę czuć. Chcę zapomnieć o tym, czego byłam świadkiem. Chcę zapomnieć, iż jestem zakochana w Mateuszu Wernerze. Chcę się bawić tak długo, aż świat zacznie wirować i wszystko stanie się zlepkiem kolorów i dźwięków.
Marcin wyjmuje z turystycznej lodówki pełnej lodu dwa piwa. Siadamy obok siebie na kocu, po czym otwieramy butelki i zaczynamy pić. Marcin przygląda mi się kątem oka.
- A ty co taka wkurzona? - pyta. - Chyba nie trafiłem na `szczęśliwe dni`.
- Pfffff - prycham. - Nie, jeżeli pytasz, czy mam okres, to nie mam. I nie jestem wkurzona. Po prostu zdenerwowałam się, bo gumka do włosów mi pękła i zepsułam sobie fryzurę.
- A - odpowiada Marcin i bierze łyk piwa.
Po chwili zaczyna zadawać mi pytania o to, co robię, skąd pochodzę. Żartuje, droczy się ze mną. choćby nie wiem, kiedy przynosi nam trzecią butelkę piwa. Powoli krwawienie z serca ustaje i nie ma już Matiego. Czuję ból, ale jest stłumiony, jakby otulała go gruba warstwa waty.
- Chodź, pokażesz mi, co tu macie w ogrodzie - mówi Marcin.
Wstaje i podaje mi rękę, a ja ujmuję jego dłoń i staję na równe nogi. O, rety! Musiałam naprawdę odwyknąć od picia. Po chwili czuję się już stabilnie, pewnie. Zaczynamy chodzić po ogrodzie.
- Tutaj jest huśtawka - mówię, wskazując na jedno z drzew. - Tylko mnie na niej nie sadzaj, bo obrzygam ci koszulkę - śmieję się.
- Zanotowałem - śmieje się Marcin.
Oddamy się od ogniska w przeciwległą stronę ogrodu. Rośnie tam jedno z drzew, którego niska gałąż tworzy coś na kształt siedzenia. Marcin bierze mnie pod boki i sadza na gałęzi. Czuję jego ciepłe, spocone ciało. Pachnie przyjemnie i ma długie, czarne brwi. Podnosi moją brodę i całuje mnie prosto w usta. Nie wzbraniam się, gdy próbuje wsunąć mi język między wargi, pozwalam mu i otwieram usta szerzej, a on kładzie lewą rękę na mojej szyi i przyciska moją twarz do swojej, całując mnie coraz mocniej, coraz bardziej łapczywie. Zsuwa na dół jeden rękaw mojej bluzki i ramiączko stanika, po czym pociąga i bluzkę i stanik w dół, odkrywając moją nagą pierś. Stoi tak, iż jedno z jego ud jest między moimi udami. Zaczyna zaciskać dłoń na mojej piersi i sutku, a jego usta przesuwają się na moją szyję. Zaczynam oddychać szybciej. To wszystko wydaje się takie nierealne. Nikt mnie tak nie dotykał od bardzo dawna. Czuję, iż jego prawa ręka przesuwa się w górę między moimi udami. Chcę zaprotestować, ale on ponownie zaczyna całować mnie żarliwie i moje nogi rozsuwają się. Gdy dociera do moich majtek, przesuwa je palcami na jedną stronę i zaczyna dotykać mojej łechtaczki i warg, które, wstyd mi to przyznać, są mokre, więc nie ma najmniejszego problemu z drażnieniem mojej łechtaczki kciukiem i przesuwaniem palcami między moimi nogami, bo wszystko jest śliskie, gorące i lepkie, a on całuje, liże i podgryza moją szyję. W pewnym momencie czuję, iż jego palec znajduje wejście do mojej cipki i wsuwa się w nią pewnie. Wydaję z siebie nagły jęk, a on wsuwa drugi palec i zaczyna gwałtownie wsuwać je i wysuwać ze mnie, masując jednocześnie moją łechtaczkę. Jęczę i przeklinam siebie w duchu, ale jakaś zraniona część mnie pozwala mu na to, bo chce zapomnieć, iż mam uczucia, iż mam serce, które właśnie bezmyślnie pozwoliłam sobie złamać, bo zbyt dużo sobie wyobrażałam. Nagle czuję, iż Marcin gwałtownie podciąga moją spódniczkę do góry i próbuje ściągnąć mi majtki. Odpycham go jak oparzona, zeskakuję z gałęzi i odbiegam na pewną odległość. gwałtownie podciągam majtki i opuszczam spódnicę.
- Coś nie tak, suczko? - pyta Marcin i przechyla głowę.
Szybko podciągam bluzkę i stanik i robię kilka kroków w tył.
- Ja... - zaczynam, ale żadne kolejne słowa nie padają z moich ust.
- Jesteś taka mokra, iż krople spływały mi po ręce - mówi, uśmiechając się z wyższością. - Chodź. Będzie fajnie, zobaczysz.
- Nie chcę - udaje mi się wykrztusić i zaczynam się cofać.
- Jebana pizda! - cedzi przez zęby Marcin. - Chciałaś się ze mną tylko podrażnić? Głupia, próżna kurwa!
- Odpieprz się! - wołam i zaczynam biec przed siebie.
Biegnę w stronę domu. Jest mi wszystko jedno, czy w sieni przez cały czas są Mateuszi z Marcelą. Muszę się dostać do łazienki. Gdy docieram na piętro, zamykam się w łazience od środka i ściągam spódnicę i majtki, po czym wchodzę do wanny, biorę słuchawkę prysznicową i kucam, a potem myję się dokładnie między nogami. Jeszcze będę miała przez tego skurwiela jakąś infekcję. Kto wie, czego dotykał wcześniej. Gdy czuję się czysta, wycieram się ręcznikiem, owijam w pasie, przemykam do swojego pokoju i ciskam mokre majtki do kosza na pranie. Przebieram się w czystą bieliznę, zakładam spódniczkę i upinam ponownie dwa koczki na głowie. Potem siadam na łóżku i siedzę tak przez chwilę. Idiotka. Na szczęście nie użył wobec mnie siły. A przecież z łatwością mógłby mnie obezwładnić. Dlatego własnie muszę uważać na to, przy kim i ile piję. Uspokajam się trochę. Mimo wszystko postanawiam wrócić na ognisko. Inaczej czeka mnie wiele godzin rozmyślania o Matim, Marceli i Marcinie. Wychodzę z pokoju i idę do ogrodu.
Idź do oryginalnego materiału