Dzisiaj przeglądałam stare fotografie, pakując je do pudła, gdy wpadła mi w ręce zdjęcie z balu maturalnego. Czterdzieści lat temu stałam obok Michała, który obejmował mnie za ramiona tak delikatnie, jakby bał się spłoszyć. Uśmiechaliśmy się na obrazku, ale pamiętam, jak drżały mi dłonie, gdy podszedł i poprosił o wspólne zdjęcie.
— Jadziu, mogę z tobą? — wyjąkał wtedy, czerwieniąc się i unikając wzroku. — Tylko na pamiątkę…
Skinęłam bez słowa, choć serce waliło mi jak młot, iż chyba cała sala je słyszy. Przez ostatni rok w liceum Michał odprowadzał mnie do domu, nosił tornister, pomagał z matmą. Ja zaś udawałam, iż tego nie zauważam, iż mi obojętne.
Teraz, po śmierci męża, porządkując rzeczy, uświadamiałam sobie stracone szanse. Wiktor przeżył ze mną trzydzieści pięć lat, był dobrym człowiekiem, troskliwym ojcem naszych dwójki dzieci. Ale serce zawsze pamiętało tego nieśmiałego chłopca z matury.
— Mamo, co ty tam grzebiesz? — zajrzała do sypialni córka Zosia. — Pomóc?
— Tak tylko, fotografie przeglądam. Patrz, jaka byłam młoda. — Podsunęłam jej zdjęcie.
Zosia przyjrzała się uważnie.
— A kto to obok ciebie? Nie tata chyba…
— Kolega z klasy — odparłam krótko.
— Przystojny. I patrzy na ciebie tak… zakochanie — uśmiechnęła się Zosia. — Mieliście romans?
Odwróciłam się do okna. Za szybą mżył październikowy deszcz, w kroplach odbijały się żółte liście klonu.
— Żadnego romansu. Tylko przyjaźniliśmy się — szepnęłam.
Po chwili dodałam, jakby dla usprawiedliwienia:
— On poszedł do technikum, ja na uniwersytet. Różne drogi.
Zosia wzruszyła ramionami, odłożyła fotografię i wyszła. Zostałam sama ze wspomnieniami.
Po maturze spotkaliśmy się zaledwie kilka razy. Michał przychodził do mnie, siedzieliśmy w kuchni pijąc herbatę. Moja matka, Anna, wyraźnie go faworyzowała.
— Porządny chłopak — mawiała. — Pracowity, stateczny. Patrzy na ciebie jak na święty obraz.
— Mamo, nie wymyślaj — opędzałam się. — To tylko kolega.
— Kolega — wzdychała. — W twoim wieku ja już wydawałam się za mąż.
Ostatni raz Michał przyszedł w sierpniu, przed studiami. Szykowałam się na medycynę. Podręczniki do chemii i biologii piętrzyły się na stole, pokój zasypany był notatkami.
— Nie przeszkadzam? — zapytał w progu.
— Wejdź — skinęłam, nie odrywając się od książki.
Usiadł naprzeciw, długo milczał, wreszcie wyrzucił z siebie:
— Jadziu, wyjdź
Dziennik Haliny Nowak | 15 października
Poruszając pudło po nieżyjącym już Witoldzie, natrafiłam na zdjęcie z matury. Czterdzieści lat minęło, a ja stoję obok Mirosława, jego dłoń na moim ramieniu delikatna, jakby bał się mnie spłoszyć. Na fotografii się uśmiechamy, ale pamiętam, jak drżały mi dłonie, gdy podszedł i poprosił o wspólne zdjęcie.
— Haniu, możemy razem? — powiedział wtedy, zarumieniony, unikając wzroku. — Tylko na pamiątkę…
Skinęłam, choć serce waliło mi jak młotem, myślałam, iż wszyscy je w sali słyszą. Cały ostatni rok w liceum odprowadzał mnie do domu, nosił teczkę, pomagał z matematyką. Ja zaś udawałam, iż niczego nie zauważam, iż wszystko mi jedno.
Teraz, po śmierci męża, przeglądając te stare przedmioty, pojmuję, ile straciłam. Witold był ze mną trzydzieści pięć lat, dobry człowiek, troskliwym ojcem dwójki dzieci. ale moje serce zawsze pamiętało tego nieśmiałego chłopca z matury.
— Mamo, co tak grzebiesz? — w drzwiach sypialni stanęła córka, Jadwiga. — Pomóc?
— Tak tylko… fotografie przeglądam. Popatrz, jaka byłam młoda. — Podsunęłam jej zdjęcie.
Jadwiga wzięła fotografię, przyjrzała się uważnie.
— A kto to obok ciebie? Nie wygląda na ojca…
— Kolega z klasy — odparłam krótko.
— Przystojny. Patrzy na ciebie tak… zakochanie. — Jadwiga się uśmiechnęła. — Mieliście romans?
Odwróciłam się do okna. Za szybą mżył październikowy deszcz, w kroplach odbijały się żółte liście klonu.
— Żadnego romansu. Po prostu przyjaźniliśmy się — szepnęłam.
Potem dodałam, jakbym się tłumaczyła:
— On do technikum, ja na studia. Różne drogi.
Jadwiga wzruszyła ramionami, odłożyła zdjęcie i wyszła. Zostałam sama ze wspomnieniami.
Spotkaliśmy się po maturze ledwie kilka razy. Przyszedł kiedyś do domu, siedzieliśmy w kuchni przy herbacie. Moja matka, Anna, wyraźnie go faworyzowała.
— Porządny chłopak — mówiła. — Pracowity, solidny. Patrzy na ciebie jak na święty obraz.
— Mamo, nie wymyślaj — odcinałam się. — Przyjaciele, nic więcej.
Ostatni raz Mirosław przyszedł w sierpniu, przed studiami. Szykowałam się do medycyny, stół zasłany był podręcznikami do biologii i chemii.
— Nie przeszkadzam? — zapytał w progu.
— Wchodź. — Nie podnosząc wzroku z książki.
Usiadł naprzeciwko, milczał długo, w końcu się odezwał:
— Haniu… ożeńmy się.
Zamarłam. Spojrzałam mu w oczy. Siedział wyprostowany, dłonie splecione na kolanach, widać było, iż każde słowo przychodzi mu z trudem.
— Mówię serio. — Głos miał stłumiony. — Kocham cię… ogromnie. Od piątej klasy. Nikogo innego nie chcę. Ty skończysz studia, ja będę pracował, zarobimy na mieszkanie. Zaczekamy. Potem… założymy rodzinę.
Patrzyłam na niego, nie mogąc wyduszić słowa. W piersi burza: chciałam krzyknąć „tak!”, rzucić mu się na szyję. Coś jednak powstrzymało. Strach przed opinią? Ambicja, by zdobyć zawód? A może lęk przed taką mocą uczuć?
— Mirku, ja… — zaczęłam, ale przerwał:
— Nie odpowiadaj teraz. Pomyśl. Zaczekam.
Po tygodniu wyjechałam na uczelnię, do Krakowa. Nie odpowiedziałam mu. A gdy wróciłam już jako studentka, spotykał się z naszą koleżanką z klasy, Beatą Kozłowską.
Westchnęłam, odkładając fotografię. Choć tyle lat minęło, wszystko świeże, jak wczoraj. Pamiętam dumę w oczach Beaty, gdy pokazywała obrączkę, zakłopotanie Mirosława, gdy spotkaliśmy się na ulicy, moje ciche gratulacje.
Na studiach poznałam Witolda. Starszy rocznik, przystojny, pewny siebie. Natarczywie adorował: kwiaty, teatry. Wyszłam za niego na trzecim roku. Huczne wesele, wszyscy zazdrościli.
— Mamo, a kochałaś tatę? — spytała kiedyś dorosła już Jadwiga.
— Oczywiście iż kochałam. — To była prawda. Inaczej. Nie tak intensywnie i drżąco, jak kochałabym Mirosława, ale szczerze, po partnersku. Witold był dobrym mężem, ojcem. Zarabiał przyzwoicie, nigdy nie pił, nie zdradzał. Ja pracowałam jako lekarka w przychodni, wychowywałyśmy z Jadwigą dzieci, wiodłyśmy zwyczajne życie.
Czasem spotykałam Mirosława. Postarzał, przybyło zmarszczek, włosy przyprószyła siwizna. Oczy jednak te same – dobre, z nutą smutku. Zamienialiśmy parę zdań o pogodzie, dzieciach. Wiedziałam, iż z Beatą mają trójkę, iż pracuje jako brygadzista w kopalni soli w Wieliczce, mieszkają na peryferiach w dwupokojowym mieszkanku.
Ostatnio widziałam go w szpitalu. Witold leż
Przez uchylone okno wdzierał się chłodny powiew, mieszając zapach starego drewna z wońią jesiennej wilgoci, a promień zachodzącego słońca padł na komodę, na której obok portretu Witka wyblakłe uśmiechy młodości zdawały się szeptać o miłości przemilczanej przez dekady. W padającym zmierzchu oczy młodego Michała na fotografii wciąż patrzyły na Halinę tym samym, pełnym głębokiego uczucia spojrzeniem, które przecież nigdy tak naprawdę nie zgasło.