Pracownicy schroniska przygotowali dla niego rozbrykane szczenięta. Tymczasem 76-letni Stanisław przejechał obok nich i zatrzymał wózek dopiero przy ostatnim boksie. „Chcę zabrać właśnie jego” — powiedział, patrząc na psa, któremu zostało być może kilka tygodni życia.
Stanisław od dwóch lat chorował na raka. Kolejne terapie nie przynosiły oczekiwanych rezultatów, a lekarze coraz więcej uwagi poświęcali łagodzeniu jego dolegliwości.
Kiedy przedstawicielka organizacji spełniającej życzenia zapytała, o czym marzy, odpowiedział spokojnie:
— Chciałbym mieć psa. Kogoś, o kogo mógłbym się jeszcze troszczyć.
W pewną marcową sobotę pojechał z żoną Zofią i córką do schroniska pod Toruniem. Wolontariusze pokazali mu kilka młodych, pogodnych psiaków. Merdały ogonami, podskakiwały i próbowały zwrócić na siebie uwagę.
Stanisław uśmiechnął się, ale po chwili spojrzał w głąb korytarza.
— A tam? Tam też ktoś czeka?
W ostatnim boksie leżał trzynastoletni beagle o imieniu Felek. Miał biały pysk, przerzedzoną sierść i z trudem podnosił się z posłania. Chorował na zaawansowany nowotwór.
Trafił do schroniska po nagłej śmierci swojego opiekuna. Kilka osób wcześniej o niego pytało, ale rezygnowały, gdy dowiadywały się, jak poważny jest jego stan.
— Możliwe, iż zostało mu tylko kilka tygodni — powiedziała cicho wolontariuszka.
Stanisław podjechał bliżej.
— Czy mogę zabrać go do domu?
Zofia położyła dłoń na jego ramieniu.
— Stasiu… jesteś pewien? Sam tyle przechodzisz. A jeżeli zaraz będziemy musieli się z nim pożegnać?
Mężczyzna spojrzał na własne wychudzone dłonie, a potem na starego psa.
— To będzie nas dwóch, Zosiu. Przynajmniej żaden z nas nie będzie sam.
Przez następne cztery miesiące niemal się nie rozstawali. Odpoczywali w tym samym pokoju, oglądali telewizję, a w pogodne dni przesiadywali w ogrodzie.
Kiedy Stanisław nie mógł nocą zasnąć, Felek układał się przy jego łóżku. Kiedy pies był niespokojny, mężczyzna siadał obok i mówił do niego łagodnym głosem.
— Jestem tutaj, przyjacielu. Nie musisz już nikogo wypatrywać.
Według rodziny Felek zaczął znów interesować się gośćmi. Częściej merdał ogonem i podążał za Stanisławem, kiedy wystarczało mu sił.
Pewnego letniego ranka odszedł spokojnie we śnie, tuż obok swojego opiekuna.
Kilka tygodni później rodzina otrzymała niespodziewanie dobre wiadomości o zdrowiu Stanisława. Z rodzinnej relacji wynika, iż leczenie zaczęło przynosić lepsze rezultaty, a w kolejnych miesiącach wróciła mu część sił. Opowieść mówi, iż żył jeszcze po kilku latach, jednak nie udało się tego niezależnie potwierdzić. Nie ma też dowodów, iż poprawę zdrowia spowodowała więź z Felkiem.
Rodzina miała odtąd wracać do schroniska każdego roku, w rocznicę adopcji, by wspierać stare i nieuleczalnie chore psy.
Podobno zawisło tam także zdjęcie Stanisława i Felka.
Pod nim umieszczono słowa:
„Żadne życie nie powinno kończyć się w samotności.”











