Ty beze mnie sobie nie poradzisz! Nic nie potrafisz! krzyczał mój mąż, pakując swoje koszule do wielkiej walizki.
Ale dałam radę. Nie załamałam się. Może gdybym dała sobie chwilę na zamartwianie się, jak przeżyję z dwiema córkami, nakręciłabym sobie w głowie różne dramaty; wtedy mogłabym choćby wybaczyć zdradę, żeby nie zostać sama. Ale nie było na to czasu musiałam odprowadzić dziewczynki do przedszkola i lecieć do pracy. Mąż wrócił pół godziny wcześniej rozpromieniony nową miłością, aż spuchnięty od pewności siebie.
Zakładając płaszcz, wydawałam krótkie rozkazy:
Ola, pomóż Monice zapiąć kurtkę i pilnuj w przedszkolu, żeby zjadła śniadanie. Pani skarżyła się, iż znowu nie ruszyła owsianki.
Tomek, zabierz wszystko, co twoje, za jednym razem. Nie rób zamieszania. Klucz wrzuć do skrzynki na listy. Na razie.
Ola urodziła się pół godziny przed Moniką, więc uważała się za starszą siostrę. Obie miały wtedy cztery lata. To samodzielne dziewczynki, każde z innym charakterem. Ola choćby nielubianą owsiankę zje bez słowa bo tak trzeba, ale Monika zawsze ma swoje zdanie: Tam są grudki, nie będę tego jadła.
Dobrze, iż przedszkole mamy blisko, dziesięć minut spacerem. Ich rozmowy skutecznie odciągają mnie od czarnych myśli o przyszłości. W pracy, w przychodni, nie miałam czasu rozmyślać o prywatnych sprawach grafiki napięte, potem jeszcze wizyty domowe. Dopiero wieczorem, widząc puste wieszaki, na których zawsze wisiały kurtki męża, dotarło do mnie, iż od tej chwili jestem sama. Ale taka już jestem, nie mam w zwyczaju się rozczulać. Wszystko musi być jak dawniej, a choćby lepiej. W każdej sytuacji można się załamać albo po prostu zatrzymać się na moment, pomyśleć spokojnie i znaleźć jakieś pozytywy. Na początek trzeba przygotować kolację.
Co się tak naprawdę zmieniło? rozmyślałam, krojąc warzywa na sałatkę. Mąż odszedł. Co on adekwatnie robił, czego nie mogę zrobić sama? Nic nadzwyczajnego. Tylko trochę zmienię plan dnia. Dam radę. Dam radę Ba, będzie jeszcze lepiej. Nie będę dłużej myśleć, czy znowu nocuje u tej swojej kochanki. Samotnie trudniej, ale spokojniej. Lepiej tak.
Gdy przeczytałam dziewczynkom Przygody Plastusia, ucałowałam je na dobranoc i pobiegłam do łazienki pralka właśnie skończyła, trzeba było wywiesić pranie.
Przed snem zaparzyłam sobie herbatę, zebrałam myśli, zaczęłam planować kolejny dzień. Dziewczynki są do siebie łudząco podobne, jak dwie krople wody bliźniaczki. Zawsze ludzie mi współczuli, iż mam dwie naraz, ale ja nigdy nie patrzyłam na nie jak na podwójny problem. Dla mnie to szczęście.
U nas wszystko dobrze powtarzałam każdemu, kto współczuł. Dajemy radę. Czajnik zagwizdał. Zalałam melisę, zapaliłam lampę nad stołem. Za oknem deszcz ze śniegiem; w mieszkaniu ciepło i cicho, tylko zegar cicho tyka…
Nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam panią Stefanię z mieszkania obok. Nigdy jej nie lubiłam. Starsza emerytka, zawsze rano spacerowała ze swoją schorowaną sunią Basią sucha, oszczędna w słowach, rzadko się uśmiechała. Tę Basię widziałam czasem przy śmietniku: wychudzona, brudna, patrzyła, jak ktoś wrzuca śmieci. Widocznie Stefania nie mogła patrzeć na jej los i wzięła ją do siebie. Nikt jej nie odwiedzał, ona tylko czasem wychodziła do sklepu albo z psem.
Przepraszam, iż przeszkadzam odezwała się, opatulała się jedwabnym szalem. Ale widziałam dziś, jak pani mąż wynosił rzeczy z domu. Czy zostawił panią?
To raczej moja sprawa odparłam chłodno.
To prawda. Ale nie wchodzę w to chciałam tylko zaproponować, iż jeżeli będzie pani potrzebować pomocy, mogę popilnować dziewczynek albo posiedzieć z nimi, jeżeli będzie trzeba.
Proszę wejść zaprosiłam, nalewając herbaty do dwóch filiżanek. Jak ma pani na imię? spytałam, podsuwając talerz z kruchymi ciasteczkami.
Mam na imię Stefania. A pani to Tatiana, wiem. Tak więc, Taniu uśmiechnęła się nieśmiało, odłamując ciastko niczego się nie narzucam. Po prostu czasem ludzie są sobie potrzebni, a dla mnie opieka nad dziećmi to przyjemność. I żadnej mowy o pieniądzach, to dla mnie czysta radość.
Popiła łyk herbaty i skinęła głową:
Wyśmienita. To melisa? Mam dużo ziół w ogródku na działce, melisę też tam sieję. Proszę koniecznie do mnie przyjechać latem, miejsca wystarczy dla wszystkich. Mam starą jabłoń cudne jabłka…
Wpatrywałam się w nią z zastanowieniem. Czemu do tej pory wydawała mi się niesympatyczna? Bo nigdy nie udawała serdeczności, nie wypytywała o bliźniaczki ani o życie prywatne, tylko mijała mnie w ciszy? Myślałam, iż jest dumna i oschła. A ona choćby o męża nie pyta, nie rozdrapuje ran, po prostu oferuje pomoc.
Spojrzałam na nią innym okiem: schludna, pantofle nowe, włosy upięte w kok, sukienka z koronkowym kołnierzem, pachniało od niej delikatnymi perfumami.
Słuchałam jej opowieści o działce, o jabłkach, o malutkiej saunie i kaczkach nad jeziorem; niepokojące myśli oddalały się coraz bardziej. Z godziny na godzinę robiło mi się cieplej na sercu
Mimo iż minęło już pięć lat, wciąż pamiętam ten wieczór. I ten okrzyk męża: Załamiesz się! Nie poradzisz sobie!
To już przeszłość.
Stefania teraz sprawnie kroi jabłka, układa je na cieście, wkłada blachę do rozgrzanego piekarnika. Sałatki gotowe, pieczeń pyrka na palniku. Dziś ma urodziny mojej ukochanej sąsiadki. Jest sierpień. Drzwi i okna domku na działce są szeroko otwarte. Cała kuchnia pachnie ciastem z jabłkami.
Jak ona mnie zawsze ratowała! myślę, patrząc na rumianą od ciepła Stefanie.
Co bym bez niej zrobiła? Dziewczynki uwielbiają babcię Stenię. A przecież mogła wtedy zamknąć drzwi i udawać, iż nie widzi, jak mi ciężko. Dziś mają już po dziewięć lat. Co lato jesteśmy na tej gościnnej działce: jezioro, koledzy i nasza ukochana babcia bliska, serdeczna, nasza
Pójdę nazbierać jeszcze jabłek, ugotuję kompot rzucam i wychodzę z koszykiem do ogrodu.
W cieniu pod jabłonią leży Basia. Kto by pomyślał, iż ta zaniedbana psina spod śmietnika zamieni się w taką śliczną labradorkę?
Wszystko zależy od miłości. Tylko ona nas ratuje myślę, głaszcząc Basię i podając jej kruche ciasteczko.













