Przecież nigdy mnie nie kochałaś. Wyszłaś za mnie bez miłości. Teraz mnie zostawisz, jak zachorowałem…
Nie zostawię! powiedziała Zuzanna, obejmując mnie mocno. Jesteś najlepszym mężem! Nigdy cię nie zostawię…
Nie mogłem uwierzyć, iż to prawda. Miałem wtedy naprawdę podły nastrój…
Zuzanna była żoną od dwudziestu pięciu lat i przez cały ten czas podobała się mężczyznom. Już jako młoda dziewczyna cieszyła się ogromnym powodzeniem.
A co tam młodość! Jeszcze w podstawówce połowa chłopaków latała właśnie za Zuzią. I wcale nie była klasyczną pięknością.
Zuzanna nigdy nie zostawiła pierwszego męża, choć był człowiekiem bardzo trudnym do życia.
Przeżyła z Wojciechem aż do jego śmierci. Wychowali razem córkę, wydali ją za mąż. Jej zięć wywiózł Karolinę do Włoch, teraz przesyłają zdjęcia i zapraszają do siebie. Tak się złożyło, iż Zuza z Wojtkiem nie odwiedzili ich razem… Może Zuzanna kiedyś pojedzie sama. Wojtek już wszystko.
Mąż Zuzanny zginął w wypadku samochodowym. Bezsensownie… Potem jej powiedziano, iż prawdopodobnie źle się poczuł za kierownicą. Złapał za serce, spanikował i nie zapanował nad autem.
Może stracił przytomność? zasugerowała Zuzanna.
Tego się już nie dowiemy westchnęła jej przyjaciółka, Anka, lekarka. Przyczyna śmierci: liczne obrażenia, nie do pogodzenia z życiem.
Zuzanna przeżyła to strasznie. Anka pomagała jej we wszystkim, zorganizowała pogrzeb.
Dowiedziała się przez swoje kontakty o wszystkich szczegółach. Pochowali Wojtka, a Zuzanna została sama w dużym domu, który przez całe życie budowali razem z mężem.
Dla dwojga był w sam raz, a gdy przyjeżdżali goście choćby wydawał się niewielki. Ale dla jednej kobiety? Ogromny i przytłaczający.
Dom to dom. Tu przydaje się męska ręka…
Karolina przyjechała pożegnać się z ojcem. Sugerowała sprzedaż domu, kupno mieszkania i może przeprowadzkę Zuzanny do Włoch.
No proszę cię! wykrzyknęła Zuzanna. Budowałam ten dom całe życie, nie po to, żeby go sprzedać. Do tych twoich Włoch też nie pojadę. Widziałam już tę Italię…
Mamo!
Na żartach się nie znasz, Karolinko! uśmiechnęła się przez łzy Zuzanna. Żartuję…
o ile żartujesz, to chyba nie jest tak źle.
Wszystko było jak to życie niejednoznaczne. Tak jak niejednoznaczny był też zmarły. Z jednej strony Wojtek był troskliwym, kochającym mężem.
Z drugiej: człowiekiem zmiennym. Potrafił, gdy miał zły humor, zupełnie wyczerpać Zuzannie nerwy. Później przepraszał, a Zuzanna była na tyle pogodną osobą, iż nie rozdrapywała starych ran. I tak przeżyli wspólnie dwadzieścia pięć lat. Można oszaleć…
Karolina gościła i wróciła do domu jej mąż miał mnóstwo pracy, a ona też spieszyła z powrotem, by dbać o własne ognisko. Zuzanna została sama.
Znała siebie wiedziała, iż długo to nie potrwa.
Tak też się stało. Smuciła się pół roku, a kiedy wytarła łzy, zobaczyła, iż wokół niej zebrało się już małe grono adoratorów.
Co ciekawe, choćby mama Zuzanny nie potrafiła zrozumieć, skąd ten fenomen.
Co oni wszyscy w tobie widzą? Padaliby za tobą jak muchy! A przecież nie jesteś typową pięknością… czy ja się nie znam?
Mamo, jesteś kochana uśmiechała się Zuzanna, robiąc makijaż. Uroda to nie wszystko. W kobiecie musi być czar i coś wyjątkowego.
Idź już, idź na spotkanie, zanim kawaler się znudzi i pójdzie śmiała się mama.
Przyjdzie inny wzruszała ramionami Zuzanna.
Minęło trzydzieści lat od tej rozmowy z mamą, a przecież nic się nie zmieniło. Kobiety narzekają, iż po czterdziestce nie sposób znaleźć wolnego faceta.
Zuzanna tego nie rozumiała. Miała czterdzieści sześć lat, a tu dwaj kawalerowie, i obaj nie tacy źli.
Serce ciągnęło ją ku Mariuszowi. Był bardzo przystojny, kulturalny, elokwentny. Rozmowa z nim to była przyjemność, można się było z nim pokazać i nie wstydzić.
Tylko iż Mariusz był mistrzem gadania. Zuzanna wręcz zakochała się w jego głosie, ale z jej doświadczeniem i wiekiem wiedziała nie nadaje się do życia. Ani do dużego domu.
Drugi adorator, Andrzej, był prostym, silnym facetem. Taki, co na weselu wypije przechodziwy ocean, ale wszystko robi, naprawia, potrafi, dom mu się pali w rękach. Dobry charakter, a silny jak dąb.
Z żoną byłby spokojny jak baranek, ale gdy trzeba, góry przeniesie. Tylko iż Andrzej nie mówił komplementów, trzeźwy był raczej milczący. Po kieliszku potrafił się jednak otworzyć, rzucić żartem, rozkręcić rozmowę.
I rzeczywiście, lubił wypić, ale na drugi dzień już gotowy, polewał się zimną wodą i brał się do roboty. Skromny, ale konkretny. To właśnie jego wybrała Zuzanna.
Mariusz się obraził, iż przegrał z prostym facetem, i odszedł.
Zuzanna wyszła za Andrzeja, a on był wniebowzięty. Na weselu wypił za dużo, śpiewał i tańczył jak szalony.
Ty to masz życie śmiała się Anka. Rok po śmierci Wojtka wychodzisz ponownie za mąż! Wszystkie kobiety szukają chłopa ze świecą, a ty wystarczy, iż wyjdziesz z domu!
Jeszcze powiedz: Co oni w tobie widzą, przecież nie jesteś piękna!
Już nie będę… Ale fakt, zawsze cieszyłaś się ogromnym powodzeniem.
Nie wiem, Aniu, co oni widzą. Spytaj moją mamę.
Zuzanna puściła oczko przyjaciółce i ruszyła tańczyć z mężem, który właśnie ją zaprosił. Tańczyła i rozganiała ostatnie wątpliwości.
No i co z tego, iż Andrzej prosty? Złote ręce, siła, a do tego choćby wyglądał przez cały czas całkiem nieźle. Większość czasu milczy? Może to i dobrze.
Gdyby wybrała Mariusza… i co dalej? Z pięknych słów człowiek nie wyżyje.
Po kilku miesiącach Andrzej zamienił działkę Zuzanny w bajkowy ogród. Wykarczował zbędne drzewa, wyrównał ziemię. Zrobił dla zuzi rabaty, wybudował altanę. W domu czuć było męską rękę.
Zuzanna gwałtownie pojęła, iż dobrze wybrała męża. To był strzał w dziesiątkę.
Andrzej także zarabiał dobre pieniądze. Starał się cieszyć Zuzannę prezentami.
Porównywała te krótkie miesiące z dwudziestoma pięcioma latami pierwszego małżeństwa i żałowała, iż nie spotkała Andrzeja wcześniej. Złoty człowiek!
Latem wieczory spędzali przy grillu, w altance, gdzie Andrzej postawił piękny drewniany stół i ławy.
Zuzanna, najedzona karkówką, mrużyła oczy jak syty kot. Andrzej patrzył z uśmiechem.
O czym myślisz, Andrzeju?
Nic takiego. Cieszę się.
Jego pierwsza żona była straszną marudą. Nie wierzył już, iż spotka tak cudowną kobietę.
Cieszyli się wspólnym szczęściem przez cztery lata, aż Andrzej niespodziewanie zaczął się źle czuć.
Szybko się męczył. Chudł bez powodu. Gdy już coś wypił, czuł się bardzo słabo.
Andrzeju, musisz iść do lekarza! zaczęła się niepokoić Zuzanna. Co ty czekasz? Przecież ewidentnie coś jest nie tak!
Przestań, Zuziu, przejdzie samo!
Co jesteś, zaściankowcem? A może nie przejdzie? Co ty, boisz się lekarzy jak większość facetów?
Nie.
Andrzej nie chciał powiedzieć, czego naprawdę się boi. Bał się tylko jednego: jeżeli się okaże, iż jest poważnie chory, Zuzanna go zostawi. Że nie zechce żyć z chorym.
Był rozumnym człowiekiem. Rozumiał, iż Zuzanna wyszła za niego bardziej z rozsądku niż z wielkiej miłości. Ale on ją kochał! Ponadto…
Zakochał się od pierwszego wejrzenia, gdy zobaczył roztrzepaną kobietę, która nie mogła znaleźć portfela w torebce. Jej nieporadność była rozczulająca.
Chciał podejść, przytulić i chronić przez całe życie. Choć jego mama, Janina, powiedziała kiedyś:
Twoje życie, synu. Ale co ty w niej widzisz nie wiem. Nie piękna, nie młoda. Za tobą każda młoda poleci!
Andrzej nikogo więcej nie potrzebował tylko Zuzannę. A teraz, jeżeli naprawdę jest chory, czy będzie jeszcze potrzebny Zuzannie?
Nie udało jej się namówić go do lekarza. To była sobota. W gościach byli Anka z mężem, Krzysztofem. Andrzej z Krzysiem piją piwo, smażą kiełbasę na grillu. W kuchni Anka zwraca się do Zuzanny:
Andrzej wygląda na chorego, prawda?
Sama nie wiem! uniosła się Zuzanna. Błagam, by poszedł do lekarza. Może ciebie posłucha? Przecież jesteś lekarką!
Anka spojrzała poważnie:
Zuziu… kochasz go? Bo pamiętam twoje wahania…
Zuzanna aż przygryzła wargę, nie odpowiadając.
Nie zdążyła jednak pogadać z Andrzejem zemdlał przy stole. Wezwali pogotowie. Zuzanna pojechała z nim. Nie odzyskał przytomności. Siedziała przy nim, trzymała za dłoń i modliła się.
Zoperowano go niemal natychmiast.
Guz wątroby.
Rak?! przestraszyła się Zuzanna.
Czekamy jeszcze na wyniki.
Okazało się na szczęście, iż guz był łagodny, ale już duży, gdy Andrzej trafił na stół operacyjny.
Lekarze zabronili mu niemal wszystkiego, ostrzegli, iż będzie długo wracał do zdrowia i nie wiadomo, czy wróci całkiem. W końcu lata lecą.
Andrzej popadł w przygnębienie. W szpitalu odwiedziła go mama.
Zuzanna była akurat w pracy. Mama przyszła w dzień, przyniosła mu jedzenie, które mógł jeść lista dopuszczalnych rzeczy była bardzo krótka.
Synku, nie poznaję cię! powiedziała Janina. Co się z tobą dzieje? Przeżyłeś, raka nie ma, trzeba się cieszyć, a ty leżysz jak zbity pies. A tutaj, kotleciki parowane, zjedz.
Nie chcę.
Musisz! O co chodzi? Zuzanna przychodzi?
Przychodzi… na razie powiedział Andrzej.
Co? Myślisz, iż cię zostawi? Głupia by była!
Tyle ze mnie pożytku! Do niczego się już nie nadaję! choćby pracować nie mogę. Komu taki inwalida potrzebny?
Co tu się dzieje? zapytała Zuzanna, wchodząc do sali. Słychać was na pół oddziału. Dzień dobry, pani Janino!
Idę już. Trzymajcie się.
Co się dzieje?
Mama Andrzeja machnęła ręką i wyszła. Zuzanna umyła ręce, podeszła do łóżka.
No i dlaczego taki zły, inwalido? Ręce, nogi całe. Inwalida z ciebie żaden. Reszta się zagoi. Wiesz, co czytałam o wątrobie?
No?
Wątroba to taki narząd, który się odnawia. Jak zostanie ci pięćdziesiąt jeden procent odbuduje się. A tobie zostało sześćdziesiąt! Daj swojej wątrobie czas. Ułoży się!
Myślisz, iż mam go jeszcze?
Co? nie zrozumiała Zuzanna.
Czas.
Andrzeju, co się dzieje?! Czy lekarze mi coś nie mówią? Kazałeś im coś ukryć?
Nie o to mi chodzi…
Wypisali Andrzeja. Zaczęła się najtrudniejsza część jego życia. Gdy tylko spróbował trochę popracować fizycznie, niemal od razu był zmęczony. To najbardziej go dobijało.
Zbliżały się jego pięćdziesiąte urodziny, na myśl o których robiło mu się smutno. Nic nie mógł zjeść, nie wolno było pić. Wielka radość!
Zuzanna udawała, iż nie widzi, jak gwałtownie się męczy, i z entuzjazmem jadła z nim te dietetyczne posiłki.
Zuziu… zebrał się w końcu na odwagę. Powiedz, co teraz z nami będzie?
W jakim sensie? nie zrozumiała.
No… bardzo wolno dochodzę do siebie. Zostawisz mnie, tak? Powiedz lepiej od razu.
Dlaczego miałabym cię zostawić? Czuję się z tobą szczęśliwa.
To było dobrze, jak wszystko mogłem i pracowałem. Co teraz dobrego? Teraz sam ze sobą mam dość.
Zupełnie niepotrzebnie. Ogarnij się!
Staram się! Ale co to, dwa razy uderzę młotkiem i padam jak pies.
Zuzanna podeszła, objęła mnie od tyłu, przytuliła się policzkiem do mojej głowy.
Kocham cię, Andrzeju. Nigdy cię nie zostawię. Odpoczywaj, nie śpiesz się z powrotem do zdrowia. Powoli!
Naprawdę kochasz?
Naprawdę.
Zuzanna mnie nie zostawiła. Odzyskiwałem siły powoli, ale jednak.
Z okazji urodzin Zuzanna zrobiła mi przyjęcie bez alkoholu, żebym nie musiał cierpieć na widok pijących gości.
Przyszło kilku przyjaciół, posiedzieliśmy w altance, pograliśmy w planszówki.
Ty to masz szczęście z żoną, Andrzej mówili przyjaciele, wychodząc.
Teraz pewnie pójdziecie się za moje zdrowie napić ironizowałem.
Pośmialiśmy się. Poszli do domu. Wieczorem siedzieliśmy z Zuzanną na ganku, patrzyliśmy w rozgwieżdżone niebo. Byłem szczęśliwy. Tamtego wieczoru pierwszy raz od miesięcy poczułem się naprawdę lepiej.
Uwierzyłem, iż wrócę do siebie. I iż żona naprawdę mnie nie zostawi. Przytuliłem Zuzannę mocniej.
Co się stało, Andrzeju?
Wszystko dobrze! odparłem.
No, wreszcie uśmiechnęła się Zuzanna, całując mnie w policzek.
Byliśmy szczęśliwi…
Teraz wiem: szczęście buduje się razem, a miłość to nie tylko słowa. Prawdziwa siła związku objawia się dopiero wtedy, gdy życie stawia pod ścianą. Gdyby nie zaufanie i wsparcie Zuzanny, nie podniósłbym się po tej chorobie. Doceniam to każdego dnia.




![Trwa mieszkaniowa inwestycja przy ulicy Bolka Świdnickiego. Kto może się starać o lokal? Gdzie złożyć wniosek? [FOTO]](https://swidnica24.pl/wp-content/uploads/2026/05/TBS-Bolka-Swidnickiego-2026.05.10-15.jpg)







