Przecież pisałam, żeby nie przyprowadzać dzieci na wesele!
Drzwi sali bankietowej powoli się uchyliły, a ciepłe, złote światło rozlało się po holu. Stałam w sukni ślubnej, delikatnie podtrzymując tren, starając się nie zdradzić drżenia rąk. Muzyka sączyła się miękko, goście uśmiechali się do siebie, kelnerzy układali kieliszki z szampanem Wszystko było tak, jak wymarzyliśmy sobie z Bartkiem.
Prawie.
Chwytałam oddech przed wejściem na salę, gdy z zewnątrz nagle rozległ się pisk hamulców. Przez przeszklone drzwi zobaczyłam, jak pod schody podjeżdża stary srebrny kombi. Drzwi się otwierają a na zewnątrz wysypuje się hałaśliwa ekipa: ciocia Grażyna, jej córka z mężem i pięć sztuk dzieciarni, które już zaczynają wyścig wokół auta.
Zbladłam.
Tylko nie to wyszeptałam.
Bartek podszedł cicho do mnie.
Przecież nie przyjechali? zapytał zerkając w tamtą stronę.
Przyjechali. I z dziećmi.
Staliśmy jak dwa manekiny pod salą, gotowi zaraz wejść do gości, ale zamiast tego zamarliśmy, jak aktorzy, którym wyskoczył tekst w kluczowym momencie.
I wtedy dotarło do mnie: jeżeli teraz się poddam cały dzień będzie po prostu stracony.
Ale zacznijmy od początku. Kilka tygodni wcześniej.
Kiedy z Bartkiem podjęliśmy decyzję o weselu, ustaliliśmy jedno: będzie kameralnie, nastrojowo, rodzinnie. Tylko czterdziestu gości, jazz na żywo, ciepłe światło świec, porządna atmosfera. I bez dzieci.
Nie z powodu niechęci do dzieci, tylko z marzenia, żeby raz w życiu pobyć na swoim weselu bez przedszkola w tle: bez krzyków, bieganiny, rozlanych napojów i cudzych wychowawczych tyrad.
Wszyscy znajomi przyjęli to normalnie. Moi rodzice bez problemów. Rodzice Bartka się trochę zdziwili, ale gwałtownie przeszli nad tym do porządku dziennego.
A rodzina dalsza
Pierwsza zadzwoniła ciocia Grażyna kobieta, którą słychać od Gdańska po Przemyśl, choćby przez zamknięte drzwi.
Iza! zaczęła bez przywitania. Co to za pomysł, żeby dzieci na wesele nie można było? Ty chyba żartujesz?!
Nie, Grasiu odpowiedziałam spokojnie. Chcemy spokojnego wieczoru, żeby dorośli mogli odpocząć.
Odpocząć od dzieci?! oburzyła się tak, jakby właśnie próbowałam zakazać chrztów na Pomorzu. My tu zawsze razem, całą rodziną chodzimy!
To nasz dzień. Nikt nie każe nikomu przychodzić, ale zasada jest prosta.
Ciężka cisza, jakby ktoś postawił mi na głowie blok granitu.
No to świetnie. Nie przyjdziemy rzuciła twardo i rzuciła słuchawką.
Zostałam z telefonem w ręce jak osoba, która właśnie nacisnęła start wielkiej, rodzinnej awantury.
Trzy dni później wpadł Bartek, mina mu sięgała podłogi.
Iza Musimy pogadać powiedział, zdejmując kurtkę.
Co się stało?
Karolina płacze. Mówi, iż to upokorzenie rodziny. Że jej trójka dzieci to nie jakieś tam potwory, tylko zwykli ludzie. I jeżeli one nie mogą przyjść, to ona, jej mąż i teściowie też nie przyjdą.
Czyli minus pięć osób?
Osiem poprawił, siadając ciężko na kanapie. Mówią, iż łamiemy tradycję.
Zaśmiałam się histerycznie, nerwowo, jakby coś mi się przestawiło.
Tradycję czego? Robienia wesela na torze wyścigowym dla przedszkolaków?
Bartek parsknął.
Tylko im tego nie mów. I tak mają pretensje.
Ale to się dopiero rozkręcało.
Tydzień później byliśmy na obiedzie u jego rodziców. Myślę sobie: będzie miło. Nic bardziej mylnego…
Jego babcia cicha i spokojna Władysława, która na ogół modli się, żeby ją nikt w nic nie mieszał nagle zabrała głos.
Dzieci to błogosławieństwo, powiedziała z wyrzutem. Bez nich wesele puste.
Już otwierałam buzię, ale teściowa mnie ubiegła.
Mamo, no przestań. Ile razy sama narzekałaś na hałas? Ile razy ganiałaś maluchy spod stołu?
Ale rodzina powinna być razem!
Rodzina powinna szanować zasady młodych, odpowiedziała spokojnie teściowa.
Najchętniej nagrodziłabym ją owacją, ale babcia tylko pokręciła głową:
przez cały czas uważam, iż to nie w porządku.
Wtedy zrozumiałam: mamy grę rodzinnych tronów. A my z Bartkiem król i królowa na wojennej ścieżce.
Ale nokaut miał dopiero nadejść.
Dzwoni telefon. Na wyświetlaczu wujek Bartka, Kazik. Zawsze spokojny, zawsze: mnie to nie dotyczy.
Izunia, cześć, zagaił miękko. Sprawa jest taka Z Olą przemyśleliśmy Czemu adekwatnie dzieci nie można? Przecież są częścią nas. Zawsze przychodzimy całą rodziną.
Kaziku westchnęłam, po prostu chcemy spokoju. Nikomu nie zabraniamy rezygnować
Tak, tak, słyszałem. Ale Ola mówi: jak nasze dzieci nie mogą, ona też nie przyjdzie. Ja z nią.
Oczy zamknęłam. Kolejne dwie osoby wyparowały z listy gości.
W tej chwili nasza lista wyglądała jak po ostrej diecie minus piętnaście kilogramów.
Bartek objął mnie za ramię.
Robimy dobrze powiedział cicho. Bo inaczej to nie będzie nasze wesele.
A jednak presja trwała.
Babcia co chwilę podrzucała teksty o martwej ciszy bez śmiechu dzieci.
Karolina wrzucała dramatyczne posty na grupie rodzinnej:
Smutno, iż niektórzy nie chcą widzieć dzieci na swoim weselu
Aż przyszedł dzień ślubu.
Kombi zaparkowało pod schodami. Dzieciaki wybiegły z auta jak podczas olimpijskiego biegu, ciocia Grażyna poprawiła fryzurę i już cała rodzina wtacza się na schody.
Zwariuję szepnęłam.
Bartek ścisnął mi dłoń.
Spokojnie. Zaraz ogarniemy.
Wyszliśmy im naprzeciw.
Ciocia Grażyna już na samej górze.
No cześć, młodzi! rozłożyła ramiona w wielkim stylu. Przepraszam za spóźnienie. Ale pomyśleliśmy: rodzina musi być razem! Dzieci nie było z kim zostawić, ale one dziś będą spokojne. My tylko na chwilę.
Spokojne? mruknął Bartek, patrząc na maluchy, które pakowały się już pod ślubny łuk.
Wzięłam głęboki oddech.
Grażyna Ustaliliśmy coś. Mówiłam, iż dzieci nie przyprowadzamy. Wiedziałaś o tym wcześniej.
Ale to wesele mamrotała niepewnie ciocia.
Wtedy zainterweniowała babcia Władysława.
Przyszliśmy pogratulować, powiedziała z powagą. Ale dzieci są częścią rodziny. Źle je odcinać.
Pani Władysławo zwróciłam się łagodnie, bardzo doceniam, iż przyszliście. Naprawdę. Ale to nasz wybór i jeżeli nie jest respektowany, będziemy musieli
Nie zdążyłam dokończyć.
MAMO! weszła nagle mama Bartka, wpadając na salę. Przestań psuć dzieciakom święto. Dorośli świętują dzieci zostają w domu. Koniec tematu. Idziemy.
Babcia osłupiała. Grażyna stanęła jak wryta. choćby dzieci nagle ucichły wyczuły zmianę powietrza.
Ciocia otarła nos.
No dobra. Nie chcieliśmy kłótni. Myśleliśmy, iż tak lepiej.
Ale nie musicie wychodzić powiedziałam szczerze. Ale dzieci muszą wrócić do domu.
Karolina przewróciła oczami. Jej mąż westchnął. Chwila ciszy i dzieci grzecznie wróciły do auta. Mąż Karoliny odpalił silnik i odwiózł dzieciaki, a dorośli zostali.
Po raz pierwszy z własnej woli.
Gdy weszliśmy na salę, panowała atmosfera idealna. Blask świec, jazz, cichy szmer rozmów. Przyjaciele z toastem, dżentelmeni robią przejście, kelner wręcza szampana.
I wtedy wiedziałam, iż dobrze wybraliśmy.
Bartek nachylił się do mnie:
No to jak, żono Wygraliśmy?
Chyba tak uśmiechnęłam się.
Wieczór był cudowny. Pierwszy taniec bez strachu przed potknięciem o goniące dzieci. Nikt nie krzyczał, nie wybuchał płaczem, nie puszczał Świnki Peppy na pełny regulator. Goście rozmawiali, śmiali się, naprawdę się bawili.
Po kilku godzinach podeszła do nas babcia.
Izunia, Bartku zagadnęła niemal szeptem. Pomyliłam się. Dzisiaj bardzo dobrze. Bez zamieszania.
Uśmiechnęłam się ciepło.
Dziękujemy, pani Władysławo.
Po prostu westchnęła. Starzy ludzie kurczowo trzymają się przyzwyczajeń. Ale widzę, iż wiedzieliście, co robicie.
Te słowa znaczyły dla mnie więcej niż cały kielich toastów wieczoru.
Już pod koniec przydreptała do mnie ciocia Grażyna, trzymając się kieliszka jak boi ratunkowej.
Iza ściszyła głos. Przepraszam, przesadziłam. Przyzwyczailiśmy się zawsze być z dziećmi. Ale dzisiaj naprawdę ładnie. Spokojnie. Dorośle.
Dziękuję, iż przyszliście powiedziałam szczerze.
Rzadko mamy okazję się zrelaksować bez dzieci. A tu poczułam się jak człowiek przyznała. Żałuję, iż nie pomyślałam o tym wcześniej.
Przytuliłyśmy się. Całe ciśnienie ostatnich tygodni zeszło jak powietrze z balonika.
Kiedy impreza dobiegła końca, wyszliśmy z Bartkiem na zewnątrz, pod lekko przygaszone latarnie. Bartek zdjął marynarkę i zarzucił mi na ramiona.
No i jak ci się podobało nasze wesele? zapytał.
Było idealne odpowiedziałam. Bo naprawdę było nasze.
Bo broniliśmy swojego.
Pokiwałam głową.
To było najważniejsze.
Rodzina rzecz święta. Tradycje cenne. Ale granice nie mniej ważne. jeżeli młodzi mówią: bez dzieci, to nie złośliwość. To ich prawo.
I jak się okazuje, choćby najbardziej zardzewiałe trybiki rodzinnych zwyczajów można ustawić jeżeli się jasno i spokojnie postawi granicę.
To wesele nauczyło ważnej rzeczy zwłaszcza nas:
czasem, żeby ochronić swoje święto, trzeba umieć powiedzieć nie.
I to nie potrafi uczynić dzień naprawdę szczęśliwym.
