Słuchaj Chciałam ci się czymś podzielić, bo do tej pory nie mogę się z tego otrząsnąć Wiesz, przez trzydzieści pięć lat byłam przewodniczącą Wojewódzkiej Komisji ds. Orzekania o Niepełnosprawności w dużym mieście na Mazowszu. Przez moje biurko przewinęły się tysiące ludzi: bez nóg, niewidomi, chorzy na raka, cukrzycy Wszyscy szukali pomocy, ulgi, wsparcia od państwa.
A ja? Miałam ksywkę Zelazna Jadwiga. Wszystko wiedziałam, znałam każdą sztuczkę, każdy pic na wodę, którym próbowali się ratować ci, co chcieli dostać grupę i parę groszy do renty czy upust na rachunki za gaz. Moją robotą choć nigdy nikt nie powiedział tego wprost było pilnować budżetu. Im mniej przyznanych grup niepełnosprawności, tym większe premie dla kierownictwa komisji. Największa oszczędność dla państwa tym się chełpiłam.
Potrafiłam odebrać grupę facetowi bez palców u rąk, prosto w oczy mówiłam: Ma pan drugą rękę, może pan pracować jako stróż albo operator na centrali. Państwo nie musi pana utrzymywać. Zdejmujemy drugą grupę, zostaje trzecia. Następny! Matkom dzieci z porażeniem mózgowym odmawiałam wózków z importu bo nasze polskie, toporne, są przecież nie gorsze, trzeba się przyzwyczaić.
Spałam spokojnie. Pensja była świetna, szacunek wśród przełożonych, służbowy opel, domek pod Warszawą.
Aż życie wjechało mi drzwiami na kredens.
Udar. Mój mąż, Włodek, miał sześćdziesiąt dziewięć lat. Całe zawodowe życie przepracował jako inżynier w zakładach Ursusa, krępy, pogodny facet, planowaliśmy emeryturę na działce, wnuki, pielęgnowanie róż.
Wszystko się skończyło w sekundę. Słoneczny lipiec, ogródek, a Włodek z nagła osuwa się na trawę. Rozległy udar niedokrwienny. Po miesiącu intensywnej terapii zabraliśmy go do domu. Włodek, niegdyś dumny i energiczny, leżał na łóżku i patrzył się w sufit jednym żywym okiem. Ze zdrętwiałego kącika ust ściekała mu ślina. Na słowa lekarza: Pani Jadwigo, pani rozumie, prawa strona sparaliżowana, brak odruchu połykania, utrata mowy, przy życiu zostanie, ale to głęboka niepełnosprawność zamarłam.
Rozpoczął się koszmar, który każda kobieta opiekująca się osobą leżącą zna aż za dobrze Obracać co dwie godziny, żeby nie było odleżyn, zmieniać pieluchy, karmić przez strzykawkę przecierami, nie spać więcej niż trzy godziny cięgiem… W dwa miesiące schudłam dziesięć kilo. Zniszczyłam sobie kręgosłup. Kasy wiecznie brakowało emerytura Włodka szła na opiekunkę, leki i podstawowe rzeczy.
Potrzebowaliśmy pierwszej grupy inwalidzkiej i programu rehabilitacji, żeby mieli nam dać bezpłatnie pampersy, materac przeciwodleżynowy, łóżko medyczne. Spakowałam dokumenty i poszłam na komisję. Na własną komisję, tylko drzwi obok mojego dawnego gabinetu.
Po drugiej stronie stołu siedziała Basia, którą sama kiedyś szkoliłam, by była służbistką. Przyjechaliśmy z Włodkiem na zdezelowanym wózku. Basia zerknęła na mnie znad okularów, chłodno jak na kasie w Biedronce, zupełnie jak ja patrzałam przez lata. Kazała Włodkowi podnieść zdrową lewą rękę. Z trudem, ale uniósł ją.
No, Jadwigo, widzę, iż jest postęp, lewa strona sprawna, odruchy są rzuciła z uśmiechem.
Basia, on nie mówi, nie kontroluje zwieraczy, leży całymi dniami On potrzebuje pierwszej grupy i materaca! prawie szeptałam, choć chciało mi się wyć.
Jadwigo, przepisy znasz. Pierwsza grupa jest przy całkowitej utracie umiejętności samoobsługi. Twój Włodek może podnieść łyżkę lewą ręką to jest częściowa zdolność do samoobsługi. Przyznajemy drugą grupę.
A pampersy? Potrzebuję pięć dziennie! głos mi się załamał.
Trzy sztuki na dobę, tak stanowią wytyczne ministerstwa. Materac póki co nie przysługuje. Mogłaś częściej go przewracać. Budżet nie z gumy, Jadwigo. Sama mnie tego uczyłaś. Następny!
Wyszłam na korytarz z Włodkiem. Siedziały tłumy ludzi: staruszkowie z laskami, kobiety po chemii bez włosów, matki z niepełnosprawnymi dziećmi Siedzieli tam godzinami, w dusznym korytarzu, by udowadniać urzędniczkom w białych kitlach, iż cierpią, iż chcą żyć…
Nagle zaczęłam sobie przypominać. Dziadka, byłego żołnierza z Afganistanu bez nogi, któremu odmówiłam porządnej niemieckiej protezy: Jest pan już w wieku, nasza, polska, wystarczy do chodzenia po mieszkaniu. Kobietę z rakiem piersi IV stopnia, której dałam drugą grupę i powiedziałam: Można szyć w domu, teraz raka się leczy. Umarła dwa miesiące później
Zrozumiałam, iż zamiast oszczędzać pieniądze państwa odbierałam ludziom godność. Byłam trybikiem w bezdusznym walcu, który uczy chorych poczucia winy za własny ból.
I teraz ten walec zgniatał mnie.
Uklękłam przy wózku Włodka. Mój kochany, silny facet, który kiedyś mógł mnie podnieść na rękach, siedział ze śliną na brodzie. Nie mógł nic powiedzieć, ale widziałam łzę w jego oku. Wiedział, iż system go spisał na straty. Wiedział, iż życie i podatki płacone latami nie są warte choćby jednego dodatkowego pampersa.
Wybacz mi, Włodku zanosiłam się płaczem, wtulając się w jego kolana na pełnym korytarzu. Wybaczcie mi wszyscy Boże, wybacz.
Następnego dnia napisałam wypowiedzenie. Odeszłam z hukiem, nie chcąc choćby renty urzędnika państwowego. Sprzedałam samochód, żeby kupić Włodkowi porządne łóżko i niemiecki materac. Pampersy kupuję sama.
Dziś robię coś innego. Za darmo. Pomagam jako społeczny prawnik osobom z niepełnosprawnościami. Chodzę z nimi na te przeklęte komisje. Znam wszystkie triki, wszystkie ukrywane rozporządzenia ministerstwa. Gdy kolejna żelazna baba odmawia starszej pani pampersów po udarze, wykładam przepisy i grożę prokuratorem. Załatwiam ludziom wózki, leki, turnusy. Walczę z systemem jego własną bronią.
Włodek już się nie podniesie, lekarze mówią, iż niedługo odejdzie.
Ale za każdym razem, gdy uda mi się wywalczyć komuś pierwszą grupę na komisji, siadamy przy jego łóżku, biorę jego ciepłą, bezwładną dłoń i mówię:
Włodku, dziś uratowaliśmy kolejnego.
Czuję, jakby wtedy się lekko uśmiechał.
Żyjemy w kraju, gdzie starość i słabość to wstyd. Ale uwierz mi, przyjdzie taki dzień, iż każdy z nas usłyszy ten dzwon. Żadna fucha, żadna znajomość nie uchroni cię przed udarem czy nowotworem.
I jeżeli dziś odwracasz głowę od słabszych, nie zdziw się, jeżeli pewnego dnia system przejdzie po tobie jak po starym dywanie.
A Ty, miałeś kiedyś bliskich, którym komisja odrzuciła wniosek o orzeczenie? Myślisz, iż ci ludzie stają się zimni z własnej woli, czy to system nas znieczula?








