Babcia Helena przybyła na dworzec kolejowy z małej wsi pod Lublinem, dźwigając dwie ciężkie torby. Choć rzadko odwiedzała rodzinę w mieście, wydała ostatnie złotówki, żeby kupić prezenty dla bliskich, mając nadzieję, iż sprawi im choć odrobinę radości. Nigdy nie pojawiała się z pustymi rękami, ale tego dnia wyszła poza własne siły każda torba ważyła niemal dziesięć kilogramów. Pomimo trudu podróży pociągiem, ani przez chwilę nie pomyślała, by zostać w domu, bo liczyła na to, iż jej syn, Andrzej, wyjdzie jej naprzeciw na peronie.
Gdy jednak zamieszanie na dworcu opadło, nie dostrzegła nigdzie znajomej sylwetki. Nie mając wyboru, odstawiła torby, wyciągnęła stary telefon i wybrała numer syna.
Telefon dzwonił długie minuty, aż w końcu głos Andrzeja, zupełnie zaspany, rozbrzmiał w słuchawce.
Mamo, przepraszam… Zupełnie wypadło mi z głowy, iż dziś przyjeżdżasz. Spontanicznie pojechaliśmy z Jolą do jej rodziców na Podkarpacie i nie będzie nas przez tydzień. Przykro mi, iż tyle się natrudziłaś na darmo. Wracaj lepiej do domu. Szczerze mówiąc, nie przewidzieliśmy tego i nie zdążyłem cię uprzedzić.
Cisza zapanowała po drugiej stronie, a łzy zaczęły cisnąć się na oczy babci, ale odpowiedziała jedynie krótko: Rozumiem.
Nie myśląc dłużej, sprezentowała dwie torby z prezentami bezdomnym czekającym przy dworcu nie miała już siły, by ciągnąć je z powrotem na wieś, a ramiona odmawiały posłuszeństwa. Swojego żalu nie przelała na syna. Andrzej nie uświadomił sobie nigdy, jak bardzo zranił matkę tym jednym telefonem. Kobieta, która oddała mu serce i najlepsze lata życia, nie doczekała się choćby krótkiej wizyty od dorosłego syna.
Minął miesiąc, kiedy zadzwoniła do niej synowa, Jola, i poprosiła o opiekę nad wnukami przez weekend, bo z Andrzejem wybierają się na wesele koleżanki. Tym razem babcia odmówiła miała dość tego, iż przypominają sobie o niej tylko wtedy, gdy trzeba komuś pomóc.





