Babcia przyjechała na dworzec kolejowy z małej miejscowości pod Lublinem, dźwigając dwie ciężkie torby. Chociaż rzadko odwiedzała rodzinę, wydała ostatnie złotówki, żeby przywieźć bliskim upominki, mając nadzieję, iż sprawi im choć odrobinę radości. Zawsze przyjeżdżała z prezentami, ale tym razem przeszła samą siebie każda torba ważyła prawie dziesięć kilogramów. Podróż była naprawdę uciążliwa, ale nie wahała się ani chwili, przekonana, iż jej syn, Paweł, przyjedzie odebrać ją z dworca, tak jak jej obiecał.
Gdy jednak pociąg dotarł na stację w Lublinie, nigdzie nie mogła dostrzec znajomej twarzy syna. Nie mając wyboru, postawiła torby na ziemi i sięgnęła po telefon, żeby zadzwonić do Pawła.
Telefon długo nie odpowiadał dopiero po dziesiątym sygnale usłyszała w słuchawce zaspany i zdezorientowany głos syna:
Ojej, mamo, przepraszam cię bardzo. Zapomniałem, iż dziś przyjeżdżasz. Zdecydowaliśmy z Zosią, iż pojedziemy do jej rodziców do Rzeszowa i wrócimy dopiero za tydzień. Wygląda na to, iż przyjechałaś na darmo. Proszę, wróć do domu. Szczerze mówiąc, sprawy potoczyły się nagle i nie zdążyłem cię powiadomić.
Babci aż zakręciły się łzy w oczach, ale nie chciała robić wyrzutów. Powiedziała cicho: Dobrze, synku.
Nie miała siły targać ze sobą tych wszystkich pakunków z powrotem do domu, więc oddała prezenty dwóm bezdomnym, którzy przesiadywali na ławce obok dworca PKP. Jej ramiona bolały już od ciężaru, a serce jeszcze bardziej z żalu i rozczarowania. Nigdy nie wypomniała Pawłowi swojej krzywdy, ale on choćby się nie domyślił, jak bardzo zranił własną matkę. Całe życie poświęciła, by wychować syna, a teraz, kiedy była już starsza, nie potrafił znaleźć dla niej chwili.
Minął miesiąc. Kiedy Zosia zadzwoniła z prośbą, by babcia opiekowała się wnukami przez weekend, bo wybierają się na wesele przyjaciółki, babcia stanowczo odmówiła. Miała już dość bycia pamiętaną tylko wtedy, gdy jej pomoc była potrzebna.





