Przyjaciele przyszli z pustymi rękami na zastawiony stół – więc zamknęłam lodówkę – Serek, jesteś pewny, iż trzy kilo karkówki wystarczą? Ostatnim razem wymiotli wszystko do cna, choćby chleb w sosie maczali. A Basia jeszcze prosiła o pudełko „dla psa”, a potem na Instagram wrzuciła fotę mojego pieczeni jako swojego popisowego dania. Kasia nerwowo szarpała róg kuchennej ściereczki, patrząc na pobojowisko, w jakie zamieniła się jej kuchnia. Była dopiero dwunasta, a ona już ledwo stała na nogach. Od szóstej latanie: najpierw targ po świeże mięso, potem hipermarket po markowy alkohol i łakocie, potem siekanie, smażenie, gotowanie. Piotrek, mąż Kasi, stał przy zlewie i melancholijnie obierał ziemniaki. Góra obierek rosła, podobnie jak jego ciche niezadowolenie, choć starał się tego nie okazywać. – Kasiu, gdzie im więcej? – westchnął, płucząc kolejną bulwę. – Trzy kilo mięsa na czterech gości i nas dwoje? To pół kilo na głowę. Przesada. Ty się już i tak wystarałaś: łosoś, śledzie, miski sałatek. To nie wesele, tylko przeprowadzka – choćby spóźniona. – Nie rozumiesz – ucięła Kasia, mieszając gęsty sos w rondelku. – Przecież to Ola z Pawłem i Anka z Tomkiem. Nasi starzy znajomi. Sto lat się nie widzieliśmy, specjalnie jadą przez pół Warszawy. Głupio jakby stół był biedny. Jeszcze pomyślą, iż się wywyższamy, bo mieszkanie kupiliśmy. Kasia zawsze taka była. Gościnność miała we krwi po babci, która potrafiła kaszę na wodzie tak zrobić, iż nakarmiła pluton wojska. Dla Kasi pusty stół to osobista hańba. Jak goście – to uczta. Jak okazja – to stół ma się uginać. Przez tydzień układała menu, szukała przepisów, odkładała z pensji, by kupić ten legendarny koniak, który lubił Paweł, i to francuskie wino, co pijała Ola. – Lepiej by coś przynieśli – burknął Piotrek. – Na urodzinach Tomka sami mieliśmy i prezent i wódkę, i tort piekłaś. A oni? Jak wpadliśmy do nich znienacka, to herbatą z torebki i sucharami z Biedronki częstowali. – No przestań, na remont zbierali i wszystko szło w gips – spojrzała z wyrzutem Kasia. – Teraz podobno im się poprawiło. Paweł ma awans, Anka futro nowe sobie kupiła. Może i coś przyjdą, na przykład torcik czy owoce. Specjalnie im dałam do zrozumienia, iż po deserze. O piątej po południu mieszkanie lśniło, a stół w salonie wyglądał jak witryna delikatesów: w centrum galaretka z języka, wokół miski z sałatką jarzynową (z krewetkami, nie z mortadelą!), śledź pod pierzynką z buraka i ikry, domowa wędlina. W piekarniku oczekiwała karkówka po wiejsku z ziemniakami i grzybami. W lodówce czekała Finlandia, markowy koniak i trzy butelki wina. Kasia, zmęczona, ale zadowolona, wskoczyła w najlepszą sukienkę i poprawiła fryzurę. Usiadła i czekała. – Stresuję się – przyznała mężowi. Dzwonek punktualnie o 17:00. Goście byli na czas. Na progu rozbiegana ekipa. Ola w nowiutkim futrze za kilka tysięcy, Paweł w kurtce skórzanej, Anka z mocnym makijażem i Tomek, już podcięty. – Hurra, nowi lokatorzy! – krzyknęła Ola, rozkładając ramiona. Wszyscy zdejmowali okrycia, rzucając je Piotrkowi. Kasia przywitała ich z uśmiechem, skanując mimochodem… ich ręce. Puste. Kompletnie. Ani torby, ani pudełka z ciastem, ani wina, choćby czekoladki. – A gdzie… – zaczęła, ale się ugryzła. Może zostawili w aucie, może później wyjmą? – Kasiu, ale schudłaś! – Anka cmoknęła ją w policzek. – A wystrój… No biednie, ale schludnie. Malowane ściany? Tak biurowo, trzeba było tapetę położyć z wzorkiem. – Lubimy minimalizm – powiedział Piotrek. – Wpadajcie do salonu, stół zastawiony. Wchodzą, widzą stół i Pawłowi oczy się świecą. – O ho ho! Co za szama! Wiedziałem, gdzie przychodzić. Od rana nie jadłem, miejsce zostawiłem na twoją karkówkę! Wszyscy siadają. Kasia już w kuchni dogląda przystawek, myśląc, czy może prezent mają w kopercie… Wróciła z przystawkami, a goście już widelcami w sałatkach grzebią. – Mmmm, świetna sałatka – przeżuwa Tomek. – Piotrek, nalewaj! Sucho w ustach. Piotrek rozlewa wódkę panom i wino paniom. – No to za nowe gniazdo! Niech się szczęści, żeby sąsiedzi nie zalali, a mury nie pękały! – wzniósł toast Paweł. Opróżnia szklankę i już łapie się za łososia. – Kasiu, czemu wódka ciepła? Trzeba było do zamrażarki wrzucić. – Była w lodówce, pięć stopni – odpowiada Kasia, coraz bardziej poirytowana. – Eee tam. Wódka ma być zmrożona! No ale, da się wypić. A koniaczek będzie? – Jest, ale… może najpierw zjemy? – Jedno drugiemu nie przeszkadza! – zaśmiał się Tomek. Impreza się rozkręcała, jedzenie znikało ekspresowo. Goście jedli, jakby przez tydzień byli na diecie postnej. A przy tym – narzekali. – Śledź pod pierzynką suchy – skomentowała Ola, nakładając trzecią porcję. – Żałujesz majonezu? – Sama zrobiłam, domowy, zdrowszy – tłumaczyła się Kasia. – Ty weź, nie cuduj, w sklepie kupujesz i zalewasz. A ikra jakaś drobna – łosoś? Trzeba było jesiotra! Kasia spojrzała na Piotrka. Mąż czerwony, knykcie białe od ściskania widelca. – Może opowiecie, co nowego? – próbował uratować atmosferę Piotrek. – Ola, byłaś w Dubaju? – Byłam! Sześć gwiazdek, szampan leje się strumieniami. Torebkę kupiłam, Louis Vuitton, dwie stówki, ale warto. Paweł burczał, ale życie jest jedno! – Ach, kobiety to rozrzutne – przytaknął Paweł. – Ja zbieram na nowy SUV. Zbieramy, bo nie wydajemy na bzdety typu remont. – Jak to bzdety? – nie rozumiała Kasia. – No, ściana to ściana. My od wprowadzenia mamy tapetę po babci, ale za to co roku wakacje, ciuchy, knajpy. Wy się tylko w beton pakujecie. Nuda. – A propos knajp – wtrącił Tomek, ocierając tłuste usta serwetką, rzucając ją na obrus. – Wczoraj byliśmy w „Starym Browarze”. Kuchnia – petarda. Słono zapłaciliśmy, ale poziom. Nie to, co domowe żarcie. Kasiu, kiedy mięso? Sałatki to nie jedzenie. Kasia wyszła zebrać brudne talerze. W środku gotowała się ze złości. Ci sami znajomi, co na wczasy i na futro mają, nie przynieśli choćby malutkiego kwiatka na parapet ani czekolady do herbaty. Wyszła do kuchni. Zaraz za nią Ola „pomóc” – a tak naprawdę pogadać. – Kasiu, no dajesz czadu! Ale widać, iż wykończona jesteś. A to wino jakieś… takie sobie. My takie w plenerze tylko pijemy. Na gości mogłaś się postarać bardziej. – To francuskie, dwie stówki za butelkę – Kasia przez zęby, pakując naczynia do zmywarki. – Dali ci się naciągnąć! Kwaśne jak ocet. Słuchaj, dasz coś na wynos? Jutro się nie będzie chciało gotować, a narobiliście tyle, iż wam się nie przeje. Zawsze tak robimy – oszczędność! – A deser będzie? Chce się czegoś słodkiego. Masz tort? – Miałaś przynieść – przypomniała cicho Kasia. – Ja?! Nieee, przecież jestem na diecie, słodkiego nie kupuje. Liczyłam, iż upieczesz swój „Napoleon”. Tak mieliście wszystko. Przyszliśmy z pustymi rękami, bo myśleliśmy, iż u was wszystkiego w bród. Jesteście już „na swoim”, bogacze! Kasia odstawiła talerz. Brzdęk porcelany wybrzmiał jak strzał. – Czyli uznaliście, iż wszystkiego mamy po kokardy. I iż jesteśmy bogaci. – No tak! Skoro własne, po remoncie i na kredyt, to przecież wszystko macie. A my biedota, zbieramy na Malediwy. No, nieś mięso, chłopaki już głodni! Przed oczami przeszły jej wspomnienia – jak pożyczała Oli na wyjazd i pół roku czekała na zwrot, jak Piotrek pomagał Pawłowi przy przeprowadzce i choćby pieniędzy na benzynę nie dostał, jak to zawsze ona piecze torty, a u tamtych – pierogi z Biedronki i herbata. Podeszła do piekarnika. Otworzyła drzwiczki. Aromat pieczonego mięsa ziołowego rozchodził się po kuchni. Spojrzała na lodówkę, gdzie stał zamówiony bezy tort z owocami za pięćset złotych, przygotowany pod „niespodziankę”. Zamknęła piekarnik. Zakręciła gaz. Podeszła i mocno zamknęła drzwi lodówki. – Mięsa nie będzie – powiedziała głośno. – Jak to? Spaliło się? – Nie. Po prostu nie będzie. Weszła do salonu. Faceci dolewali sobie, dyskutując politykę. Piotrek miał zbolały wyraz twarzy. – Drodzy goście – powiedziała Kasia, głos miała napięty jak struna. – Koniec imprezy. Wszyscy zamilkli. Paweł zamarł z kieliszkiem w ręku. – Kasiu, coś ty? – zdziwił się Paweł. – To koniec? choćby gorącego nie było! – Miałam podać, ale zmieniłam zdanie. – Jak to? – oburzyła się Anka. – Jesteśmy głodni! Mięso chcemy! – Mięso zostało w piekarniku. I tam zostanie. A wy, drodzy, teraz się ubieracie i wracacie do siebie albo idźcie do tej super restauracji, co ją wychwalaliście. Tam was nakarmią. – Zwariowałaś? – wytrzeszczył się Tomek. – Piotrek, uspokój ją! Przecież jesteśmy gośćmi! Piotrek powoli wstał. Spojrzał na żonę, potem na „przyjaciół”. Zrozumiał wszystko. – Kasia nie zwariowała. Jest po prostu zmęczona. Przyszliście do nas, nie przynosząc choćby czekoladki, wypiliście mój koniak, wyśmialiście jedzenie mojej żony, określiliście wino jako ocet, a mieszkanie jako biuro. I jeszcze żądacie głównego dania? – Żartowaliśmy! – zawołała Ola. – No, zapomnieliśmy ciasta. Zdarza się! Za to jesteśmy waszą radością! Taką wesołą ekipą! – Na nasz koszt? – uśmiechnęła się chłodno Kasia. – Nie, dziękuję. Cały ranek w kuchni, pół wypłaty poszło na produkty. Chciałam sprawić wam przyjemność. A wy? Po prostu darmozjady. Tacy co na Dubaj mają, a na czekoladę żałują. – To tak? – Paweł wstał, wywracając krzesło. – Oj, nie poprosiłem o chleb! Sami sobie go jedzcie, niech wam w gardle stanie! Wynosimy się stąd! Nigdy tu nie wrócę! – Proszę bardzo, nie zapomnijcie pustych pojemników na „wynos” – dodał Piotrek, otwierając szeroko drzwi. Z hałasem, kłótnią i oskarżeniami ekipa opuściła mieszkanie. Ola wrzeszczała, iż Kasia teraz plotki rozpuszczać o niej będzie, Anka fuknęła o zepsutym wieczorze, faceci klęli. Gdy drzwi po ostatnim gościu się zatrzasnęły, zapadła cisza. Kasia stała w salonie, patrząc na rozwalony stół. Brudne talerze, plama wina na obrusie, pogięte serwetki. Piotrek podszedł i objął ją. – Jak się czujesz? – zapytał. – Ciężko mi i trzęsą mi się ręce – przyznała Kasia. – Może rzeczywiście przesadziłam? Może trzeba było przemilczeć? W końcu to goście… – Nie przesadziłaś. Po raz pierwszy obroniłaś siebie. Jestem z ciebie dumny. Ja bym ich wyrzucił po pięciu minutach, przegięli. Kasia westchnęła i się do niego przytuliła. – A mięso? – Piotrek uśmiechnął się szelmowsko. – Naprawdę jest czy to blef? Kasia się roześmiała. Pierwszy raz tego wieczora – szczerze. – Jest, i tort też jest! Wielki, z owocami. Usiedli razem do stołu, przepychając brudne naczynia. Kasia z piekarnika wyciągnęła aromatyczną karkówkę, z lodówki wyjęła bezy tort, nalała to „kwaśne” wino – wyborne, mocarne Bordeaux. – Za nas – wznieśli toast. – I za to, by w naszym domu byli tylko ci, którzy przychodzą z otwartym sercem, a nie z pustą łyżką. Jedli mięso, które rozpływało się w ustach, cieszyli się ciszą i swoim towarzystwem. I to była najlepsza kolacja w ich życiu. Po godzinie Kasia dostała SMS-a od Oli: „Ale z ciebie krowa! Siedzimy w McDonaldzie, musimy wcinać burgery przez ciebie! Mogłabyś chociaż przeprosić!”. Kasia przeczytała, uśmiechnęła się i kliknęła „Zablokuj kontakt”. Zrobiła to samo z Anką, Pawłem i Tomkiem. Lista kontaktów skróciła się o cztery pozycje. Za to oddechu w życiu zrobiło się więcej. I lodówka była pełna pyszności – takich, na które zasłużyli. Ta historia przypomina, iż przyjaźń to ulica dwukierunkowa, a czasem zamknięta lodówka to najlepszy sposób, by nie stracić szacunku do samego siebie.

twojacena.pl 9 godzin temu

Przyjaciele przyszli z pustymi rękami na gotowy stół, a ja zamknąłem lodówkę.

Jarek, jesteś pewny, iż trzy kilo karkówki wystarczy? Wiesz, iż ostatnio wciągnęli wszystko do ostatniej skórki chleba, a Hania jeszcze poprosiła o pojemnik dla psa, a później wrzuciła w social media zdjęcie mojego pieczonego mięsa opisane jako jej własny popis kulinarny.

Małgorzata nerwowo skubała róg kuchennej ściereczki, rozglądając się po kuchni, która przypominała już pole bitwy. Była dopiero dwunasta w południe, ale ona już ledwo stała na nogach. Od szóstej rano na nogach: najpierw targ przy Hali Mirowskiej żeby wybrać świeże mięso, potem Biedronka po lepsze alkohole i delikatesy, potem już tylko siekanie, gotowanie, smażenie i pieczenie.

Jarek, mój mąż, stał nad zlewem i melancholijnie obierał ziemniaki. Obierki rosły na kupkę wraz z jego cichą irytacją, której jednak nie chciał po sobie okazać.

Gosia, no przecież mamy mięsa po pół kilo na głowę westchnął, płucząc kolejne ziemniaki. Trzech gości i nas dwoje, wyjdzie po królewsku. Ty się za bardzo starasz i kawior, i wędzona ryba, talerze z sałatkami. Przecież to nie wesele, tylko parapetówka, choć spóźniona.

Nie rozumiesz machnęła ręką Gosia, mieszając gęsty sos na patelni To przecież Hania z Bartkiem i Asia z Pawłem. Starzy znajomi, od lat się nie widzieliśmy, specjalnie zjeżdżają się z różnych stron Warszawy. Głupio, jeżeli stół będzie ubogijeszcze powiedzą, iż się wywyższamy, bo kupiliśmy mieszkanie i szkoda nam postawić porządnie.

Gościnność była jej wrodzona, odziedziczona po babci z Mazuru niej pusty stół to był wręcz afront. Przyjęcie to uczta, a święto to takie, by stoły uginały się pod ciężarem potraw. Przez tydzień układała menu, wertowała przepisy, odkładała z pensji, żeby kupić dla Bartka ten jego ulubiony koniak, a dla Hani francuskie wino.

Naprawdę mogliby coś przynieść mruknął Jarek. My na imieninach u Pawła i prezent, i alkohol, i jeszcze ciasto piekłaś. A oni? Pamiętasz, jak wpadliśmy do Hani kiedyś spontanicznie? Szybka torebka herbaty ekspresowej i sucharki z zeszłej dekady.

Jarek, nie bądź drobiazgowy spojrzała na niego karcąco. Wtedy mieli ciężki okres, przecież remont, kredyt. Teraz podobno już im się poprawiło. Bartek nową posadę zdobył, Asia się chwaliła, iż sobie futro z norek sprawiła. Może i przyniosą ciasto albo owoce, nie robiłam specjalnie deseru, dałam Hani do zrozumienia: Słodkie od was.

Do siedemnastej mieszkanie lśniło, a stół w salonie wyglądał jak witryna delikatesów na Nowym Świecie. Na środku galaretowany ozór, dookoła półmiski sałatek jarzynowa na bogato z rakami, śledź pod pierzynką z kawiorem, domowe pieczyste i wędliny własnej roboty. Z piekarnika unosił się zapach karkówki z wiejskimi ziemniakami i podgrzybkami. W lodówce chłodziła się Wyborowa, drogi koniak i trzy butelki wina.

Zmęczona, ale zadowolona Gosia ubrała najlepszą sukienkę, poprawiła włosy i usiadła w fotelu, czekając na dzwonek.

Chyba się stresuję przyznała mi, kiedy zapinałem koszulę. Pierwsze przyjęcie w naszym mieszkaniu, chciałabym, żeby było idealnie.

Dzwonek rozległ się idealnie o siedemnastej. Znajomi punktualnie.

Pobiegłem otworzyć. W drzwiach cała zgraja: Hania w nowym, futrze z norek, które kosztowało chyba tyle co pół naszego remontu, Bartek w skórzanej kurtce, Asia z mocnym makijażem i Paweł już nieco zawiany.

Hura, nowi lokatorzy! zakrzyknęła Hania, wpadła do przedpokoju, otaczając Gosię chmurą słodkich perfum. No, pokażcie pałac!

Zdjęliśmy im okrycia, wieszając je w przedpokoju. Gosia przywitała ich z uśmiechem, choć nie mogła nie zerkać na ich ręce.

Ręce wszystkich były zupełnie puste. Ani reklamówki, ani pudełka z ciastem, ani choćby czekolady.

A gdzie zaczęła Gosia, ale urwała. Może coś w aucie? A może coś małego w kieszeni?

Oj, Gośka, taka odmieniona! Asia bezceremonialnie ją pocałowała i choćby nie zdejmując butów, weszła prosto do salonu. Remont? Skromnie, ale czysto. Ściany pod malowanie? Jak w biurze. Powinniście iść w tapety z połyskiem, lepiej się prezentuje.

Lubimy minimalizm odpowiedziałem chłodno. Chodźcie do stołu, wszystko gotowe.

Weszli. Bartkowi aż oczy się zaświeciły na widok stołu.

O ja cię! Ale się nażremy! zatarł ręce. No, Małgośka, wiedziałem, iż tu trzeba przyjść. Rano nie jadłem, żeby miejsce na twoją karkówkę zostawić!

Siadłem, a Gosia poszła do kuchni po gorące przekąski żółty ser w pieczarkach. Mnie w głowie krążyła myśl: „Może dali kasę w kopercie? Dlatego nic nie mają w rękach?”

Wróciła, a goście już wybierali sałatki, choćby toastu nie czekali.

No, sałatka jarzynowa boska! mlaskał Paweł. Jarek, nalej, co tak siedzisz? Chce się pić!

Rozlałem wódkę panom, wino paniom.

No, za wasze nowe gniazdko! zawołał Bartek. Oby ściany nie pękały, sąsiedzi nie zalewali, ogólnie żeby się powodziło!

Opróżnił kieliszek, otarł usta rękawem (choć na stole śnieżnobiała serwetka), po czym sięgnął po wędzoną rybę.

Ej, Gosia, ale czemu wódka ciepła? Z lodówki, czy co?

Z lodówki, Bartek, ma pięć stopni.

Tak, pięć Wódka powinna prawie ciąć! Ale niech będzie, przejdzie. A koniak masz?

Mam, ale może najpierw zjemy coś ciepłego?

Jedno drugiemu nie przeszkadza! zaśmiał się Paweł.

Przyjęcie rozkręcało się. Jedzenie znikało w zastraszającym tempie, goście jedli jakby tydzień głodowali, cały czas komentując.

Śledź pod pierzynką trochę suchy stwierdziła Hania, dokładając sobie trzecią porcję. Nie żałowałaś majonezu? Oszczędzasz?

Sama robiłam majonez, jest mniej tłusty tłumaczyła się Gosia.

Oj tam, po co się męczysz. Ze sklepu kupić i polać szybciej i smaczniej. A kawior to drobny czerwona ryba? Lepsza byłaby z wieloryba.

Spojrzałem na Gosię zaciskała widelec aż zbielały jej palce.

Opowiadajcie, co słychać próbowałem zmienić temat. Hania, poleciałaś w końcu do Dubaju?

Oj, poleciałam! Raj! Pięciogwiazdkowy hotel, wszystko w cenie, owoce morza, szampan, kupiłam tam torebkę Louis Vuitton za osiem tysięcy, ale warto! Bartek narzekał, ale mówię: żyje się raz!

No, baba wiecznie wydaje pieniądze dodał Bartek, rozlewając koniak bez pytania. Ja sobie upatrzyłem nowy samochód, SUV, niedługo kupuję. Po co wydawać na mieszkanie, lepiej coś konkretnego.

W sensie, na mieszkanie to konkretnie? nie wytrzymała Gosia.

No, ściany to ściany wyjaśniła Asia. My od dziesięciu lat mamy te od babci tapety i jest git. Za to co roku na Bałtyk, ciuchy markowe, restauracje. Wy tylko beton, beton. Jakaś ta wasza codzienność szara.

A propos restauracji przerwał Paweł, wycierając tłuste usta serwetą i rzucając ją na obrus. Wczoraj byliśmy w Sopockiej. Kuchnia, miód-malina. Rachunek na siedem setek, ale przynajmniej klasa. Co innego niż żreć w domu. Gosia, kiedy danie główne? Bo te sałatki, to rozgrzewka, mięsa się chce.

Gosia poszła uprzątnąć talerze. Widząc, jak ich zachowanie mnie boli, a ją ledwo łączy siły. Chwalili się wyjazdami, a do nas przychodzili z pustymi rękami! choćby kwiatka nie dali, nie mówiąc o czekoladkach.

Poszła do kuchni, za nią Hania niby pomóc, a w rzeczywistości pogadać.

Oj, Gosia, widzę, iż się postaraliście, ale… wino takie sobie uśmiechnęła się Hania. U nas takie tylko do grilla na działce. Mogłaś się postarać, Gośka.

Haniu, to francuskie wino za czterysta złotych wycedziła przez zęby Gosia.

Serio? Dali ci byle co! Kwaśne. A powiesz mi, możesz dać nam coś do domu? Bo wiadomo na kaca, a gotować się nie chce. Mięsa masz dużo, sałatek pewnie nie przejecie. Po co marnować?

Gosia zamarła z talerzem w ręku. Odwróciła się powoli.

Chcesz, żebym ci jedzenie na wynos spakowała?

No, a co? Zawsze tak robimy. Oszczędność! Poza tym deser bym zjadła. Masz ciasto?

Miałaś przynieść ciasto przypomniała cicho Gosia.

Ja? W życiu! Dieta. Ja nie kupuję. Myślałam, iż ty swoje słynne bezy zrobisz. Albo coś kupisz, przecież was stać. Przyszliśmy z pustymi rękami, bo u was wszystko jest. Wy się dorobiliście, my dopiero oszczędzamy na wakacje.

Gosia odstawiła talerz na blat z impetem.

Myślicie, iż mamy wszystko? I iż jesteśmy bogaci?

No jasne! Mieszkanie, remont, więc pieniędzy co niemiara. My tacy tam biedni krewni, ciułamy na Majorkę. Dobra, podaj mięso, faceci stukają sztućcami.

Gosia milczała, w myślach przeleciała minione lata: jak pożyczała Hani na last minute, a zwracała jej okruchami przez rok, jak Bartek prosił Jarka o pomoc przy przeprowadzce i choćby baku nie zalał podziękowaniem; zawsze na imprezach byli pierwsi do stołu, u siebie rzadko, a najwyżej mrożonka z Biedronki.

Podeszła do piekarnika, otworzyła drzwiczki. Zapach mięsa, ziół i czosnku rozlał się po kuchni. Na lodówce stał duży tort bezowy z owocami leśnymi, zamówiony w cukierni za dwie setki, miał być niespodzianką.

Zamknęła piekarnik. Wyłączyła palnik. Weszła do salonu.

Nie będzie mięsa powiedziała głośno.

Co? Przypaliło się? Hania nie zrozumiała.

Nie, po prostu nie będzie.

Weszła do salonu, faceci już rozlewali kolejną kolejkę, rozmawiali o polityce. Jarek patrzył na mnie bezradnie.

Szanowni goście powiedziała Gosia mocno Uczta zakończona.

Zapadła cisza.

Gosia, ale jak to? My głodni! Asia się oburzyła.

Mięso zostało w piekarniku i tam zostanie. Proszę się ubrać i wyjść. Albo idźcie do Sopockiej, tam podobno dobrze karmią.

Zwariowałaś? Jarek, zrób coś! My jesteśmy gośćmi!

Jarek wstał. Spojrzał na mnie, potem na przyjaciół. Wszystko zrozumiał.

Gosia wcale nie zwariowała powiedział twardo. Zwyczajnie ma dość. Przyszliście, nie przynosząc choćby czekolady, wyżeracie moją wódkę, wyśmiewacie jedzenie mojej żony, remont. Wymagacie jak w knajpie.

My tylko żartowaliśmy! zaczęła się tłumaczyć Hania. Zapomnieliśmy ciasta, zdarza się! Ale wnieśliśmy dobrą zabawę!

Wasza zabawa na nasz koszt? mruknęła Gosia. Dzień w kuchni, pół pensji na ten stół. A wy? Pasożyty, wyjadacze. Co latają po Dubaju, ale żal im kilku złotych na gościnę.

To co, nie częstujesz? Bartek zerwał się, prawie wywracając krzesło. Z takimi dusigroszami kończymy. Wynosimy się! Nigdy więcej nas tu nie zobaczycie!

Proszę się zebrać powiedziałem spokojnie, otwierając drzwi. Kontenerów nie bierzcie. Puste są.

Wyszli, krzycząc, iż już nigdy tu nie wrócą, wrzeszcząc, obrażając. Hania piszczała, Asia złorzeczyła. Faceci klnęli.

Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, w mieszkaniu nastała cisza. Gosia stała przy stole, patrząc na pobojowisko. Brudne talerze, rozlane wino, zmięte serwetki.

Podszedłem i objąłem ją.

Jak się czujesz? spytałem cicho.

Ręce mi się trzęsą wyznała. Jarek, może rzeczywiście przesadziłam? Może powinnam była przemilczeć, przecież byli gośćmi…

W końcu okazałaś szacunek samej sobie. Jestem z ciebie dumny. Ja bym ich wywalił wcześniej, gdybyś nie zdążyła pierwsza. Przesadzili z chamstwem.

Gosia odetchnęła i oparła się o mnie.

A mięso? zapytałem z uśmiechem. Bo pachnie tak, iż nie wytrzymam.

Zaśmiała się. Pierwszy raz tego wieczoru.

Jest. I tort jest, duży, z owocami.

Usiedliśmy razem pośród bałaganu, przesuwając brudne talerze. Gosia wyjęła karkówkę z piekarnika, tort z lodówki, nalała tego kiepskiego wina. Ale smakowało jak najlepszy Bordeaux.

Za nas powiedziałem, stukając się kieliszkiem. I za to, by do naszego domu zaglądali tylko tacy ludzie, którzy przychodzą z sercem otwartym, a nie z pustą ręką.

Jedliśmy, rozmawialiśmy, delektowaliśmy się ciszą i swoją obecnością. To była najlepsza kolacja w życiu.

Po godzinie telefonu Gosi piknął SMS od Hani: No masz, przez ciebie musimy żreć burgery w Macu! Mogłabyś mieć tyle wstydu i przeprosić!

Gosia tylko się uśmiechnęła i kliknęła zablokuj. Tak samo zrobiła z numerami Asi, Bartka i Pawła.

Lista kontaktów skróciła się o cztery, ale miejsca w życiu i powietrza jakby więcej. A lodówka pełna pyszności na cały tydzień. I nie dostaną choćby okruszka ci, którzy sobie na to nie zasłużyli.

Dzięki temu nauczyłem się, iż przyjaźń to droga dwukierunkowa a czasem zamknięta lodówka jest najlepszą drogą do zachowania własnej godności.

Idź do oryginalnego materiału