Przyjaciele przyszli z pustymi rękami na gotowy stół, a ja zamknąłem lodówkę.
Jarek, jesteś pewny, iż trzy kilo karkówki wystarczy? Wiesz, iż ostatnio wciągnęli wszystko do ostatniej skórki chleba, a Hania jeszcze poprosiła o pojemnik dla psa, a później wrzuciła w social media zdjęcie mojego pieczonego mięsa opisane jako jej własny popis kulinarny.
Małgorzata nerwowo skubała róg kuchennej ściereczki, rozglądając się po kuchni, która przypominała już pole bitwy. Była dopiero dwunasta w południe, ale ona już ledwo stała na nogach. Od szóstej rano na nogach: najpierw targ przy Hali Mirowskiej żeby wybrać świeże mięso, potem Biedronka po lepsze alkohole i delikatesy, potem już tylko siekanie, gotowanie, smażenie i pieczenie.
Jarek, mój mąż, stał nad zlewem i melancholijnie obierał ziemniaki. Obierki rosły na kupkę wraz z jego cichą irytacją, której jednak nie chciał po sobie okazać.
Gosia, no przecież mamy mięsa po pół kilo na głowę westchnął, płucząc kolejne ziemniaki. Trzech gości i nas dwoje, wyjdzie po królewsku. Ty się za bardzo starasz i kawior, i wędzona ryba, talerze z sałatkami. Przecież to nie wesele, tylko parapetówka, choć spóźniona.
Nie rozumiesz machnęła ręką Gosia, mieszając gęsty sos na patelni To przecież Hania z Bartkiem i Asia z Pawłem. Starzy znajomi, od lat się nie widzieliśmy, specjalnie zjeżdżają się z różnych stron Warszawy. Głupio, jeżeli stół będzie ubogijeszcze powiedzą, iż się wywyższamy, bo kupiliśmy mieszkanie i szkoda nam postawić porządnie.
Gościnność była jej wrodzona, odziedziczona po babci z Mazuru niej pusty stół to był wręcz afront. Przyjęcie to uczta, a święto to takie, by stoły uginały się pod ciężarem potraw. Przez tydzień układała menu, wertowała przepisy, odkładała z pensji, żeby kupić dla Bartka ten jego ulubiony koniak, a dla Hani francuskie wino.
Naprawdę mogliby coś przynieść mruknął Jarek. My na imieninach u Pawła i prezent, i alkohol, i jeszcze ciasto piekłaś. A oni? Pamiętasz, jak wpadliśmy do Hani kiedyś spontanicznie? Szybka torebka herbaty ekspresowej i sucharki z zeszłej dekady.
Jarek, nie bądź drobiazgowy spojrzała na niego karcąco. Wtedy mieli ciężki okres, przecież remont, kredyt. Teraz podobno już im się poprawiło. Bartek nową posadę zdobył, Asia się chwaliła, iż sobie futro z norek sprawiła. Może i przyniosą ciasto albo owoce, nie robiłam specjalnie deseru, dałam Hani do zrozumienia: Słodkie od was.
Do siedemnastej mieszkanie lśniło, a stół w salonie wyglądał jak witryna delikatesów na Nowym Świecie. Na środku galaretowany ozór, dookoła półmiski sałatek jarzynowa na bogato z rakami, śledź pod pierzynką z kawiorem, domowe pieczyste i wędliny własnej roboty. Z piekarnika unosił się zapach karkówki z wiejskimi ziemniakami i podgrzybkami. W lodówce chłodziła się Wyborowa, drogi koniak i trzy butelki wina.
Zmęczona, ale zadowolona Gosia ubrała najlepszą sukienkę, poprawiła włosy i usiadła w fotelu, czekając na dzwonek.
Chyba się stresuję przyznała mi, kiedy zapinałem koszulę. Pierwsze przyjęcie w naszym mieszkaniu, chciałabym, żeby było idealnie.
Dzwonek rozległ się idealnie o siedemnastej. Znajomi punktualnie.
Pobiegłem otworzyć. W drzwiach cała zgraja: Hania w nowym, futrze z norek, które kosztowało chyba tyle co pół naszego remontu, Bartek w skórzanej kurtce, Asia z mocnym makijażem i Paweł już nieco zawiany.
Hura, nowi lokatorzy! zakrzyknęła Hania, wpadła do przedpokoju, otaczając Gosię chmurą słodkich perfum. No, pokażcie pałac!
Zdjęliśmy im okrycia, wieszając je w przedpokoju. Gosia przywitała ich z uśmiechem, choć nie mogła nie zerkać na ich ręce.
Ręce wszystkich były zupełnie puste. Ani reklamówki, ani pudełka z ciastem, ani choćby czekolady.
A gdzie zaczęła Gosia, ale urwała. Może coś w aucie? A może coś małego w kieszeni?
Oj, Gośka, taka odmieniona! Asia bezceremonialnie ją pocałowała i choćby nie zdejmując butów, weszła prosto do salonu. Remont? Skromnie, ale czysto. Ściany pod malowanie? Jak w biurze. Powinniście iść w tapety z połyskiem, lepiej się prezentuje.
Lubimy minimalizm odpowiedziałem chłodno. Chodźcie do stołu, wszystko gotowe.
Weszli. Bartkowi aż oczy się zaświeciły na widok stołu.
O ja cię! Ale się nażremy! zatarł ręce. No, Małgośka, wiedziałem, iż tu trzeba przyjść. Rano nie jadłem, żeby miejsce na twoją karkówkę zostawić!
Siadłem, a Gosia poszła do kuchni po gorące przekąski żółty ser w pieczarkach. Mnie w głowie krążyła myśl: „Może dali kasę w kopercie? Dlatego nic nie mają w rękach?”
Wróciła, a goście już wybierali sałatki, choćby toastu nie czekali.
No, sałatka jarzynowa boska! mlaskał Paweł. Jarek, nalej, co tak siedzisz? Chce się pić!
Rozlałem wódkę panom, wino paniom.
No, za wasze nowe gniazdko! zawołał Bartek. Oby ściany nie pękały, sąsiedzi nie zalewali, ogólnie żeby się powodziło!
Opróżnił kieliszek, otarł usta rękawem (choć na stole śnieżnobiała serwetka), po czym sięgnął po wędzoną rybę.
Ej, Gosia, ale czemu wódka ciepła? Z lodówki, czy co?
Z lodówki, Bartek, ma pięć stopni.
Tak, pięć Wódka powinna prawie ciąć! Ale niech będzie, przejdzie. A koniak masz?
Mam, ale może najpierw zjemy coś ciepłego?
Jedno drugiemu nie przeszkadza! zaśmiał się Paweł.
Przyjęcie rozkręcało się. Jedzenie znikało w zastraszającym tempie, goście jedli jakby tydzień głodowali, cały czas komentując.
Śledź pod pierzynką trochę suchy stwierdziła Hania, dokładając sobie trzecią porcję. Nie żałowałaś majonezu? Oszczędzasz?
Sama robiłam majonez, jest mniej tłusty tłumaczyła się Gosia.
Oj tam, po co się męczysz. Ze sklepu kupić i polać szybciej i smaczniej. A kawior to drobny czerwona ryba? Lepsza byłaby z wieloryba.
Spojrzałem na Gosię zaciskała widelec aż zbielały jej palce.
Opowiadajcie, co słychać próbowałem zmienić temat. Hania, poleciałaś w końcu do Dubaju?
Oj, poleciałam! Raj! Pięciogwiazdkowy hotel, wszystko w cenie, owoce morza, szampan, kupiłam tam torebkę Louis Vuitton za osiem tysięcy, ale warto! Bartek narzekał, ale mówię: żyje się raz!
No, baba wiecznie wydaje pieniądze dodał Bartek, rozlewając koniak bez pytania. Ja sobie upatrzyłem nowy samochód, SUV, niedługo kupuję. Po co wydawać na mieszkanie, lepiej coś konkretnego.
W sensie, na mieszkanie to konkretnie? nie wytrzymała Gosia.
No, ściany to ściany wyjaśniła Asia. My od dziesięciu lat mamy te od babci tapety i jest git. Za to co roku na Bałtyk, ciuchy markowe, restauracje. Wy tylko beton, beton. Jakaś ta wasza codzienność szara.
A propos restauracji przerwał Paweł, wycierając tłuste usta serwetą i rzucając ją na obrus. Wczoraj byliśmy w Sopockiej. Kuchnia, miód-malina. Rachunek na siedem setek, ale przynajmniej klasa. Co innego niż żreć w domu. Gosia, kiedy danie główne? Bo te sałatki, to rozgrzewka, mięsa się chce.
Gosia poszła uprzątnąć talerze. Widząc, jak ich zachowanie mnie boli, a ją ledwo łączy siły. Chwalili się wyjazdami, a do nas przychodzili z pustymi rękami! choćby kwiatka nie dali, nie mówiąc o czekoladkach.
Poszła do kuchni, za nią Hania niby pomóc, a w rzeczywistości pogadać.
Oj, Gosia, widzę, iż się postaraliście, ale… wino takie sobie uśmiechnęła się Hania. U nas takie tylko do grilla na działce. Mogłaś się postarać, Gośka.
Haniu, to francuskie wino za czterysta złotych wycedziła przez zęby Gosia.
Serio? Dali ci byle co! Kwaśne. A powiesz mi, możesz dać nam coś do domu? Bo wiadomo na kaca, a gotować się nie chce. Mięsa masz dużo, sałatek pewnie nie przejecie. Po co marnować?
Gosia zamarła z talerzem w ręku. Odwróciła się powoli.
Chcesz, żebym ci jedzenie na wynos spakowała?
No, a co? Zawsze tak robimy. Oszczędność! Poza tym deser bym zjadła. Masz ciasto?
Miałaś przynieść ciasto przypomniała cicho Gosia.
Ja? W życiu! Dieta. Ja nie kupuję. Myślałam, iż ty swoje słynne bezy zrobisz. Albo coś kupisz, przecież was stać. Przyszliśmy z pustymi rękami, bo u was wszystko jest. Wy się dorobiliście, my dopiero oszczędzamy na wakacje.
Gosia odstawiła talerz na blat z impetem.
Myślicie, iż mamy wszystko? I iż jesteśmy bogaci?
No jasne! Mieszkanie, remont, więc pieniędzy co niemiara. My tacy tam biedni krewni, ciułamy na Majorkę. Dobra, podaj mięso, faceci stukają sztućcami.
Gosia milczała, w myślach przeleciała minione lata: jak pożyczała Hani na last minute, a zwracała jej okruchami przez rok, jak Bartek prosił Jarka o pomoc przy przeprowadzce i choćby baku nie zalał podziękowaniem; zawsze na imprezach byli pierwsi do stołu, u siebie rzadko, a najwyżej mrożonka z Biedronki.
Podeszła do piekarnika, otworzyła drzwiczki. Zapach mięsa, ziół i czosnku rozlał się po kuchni. Na lodówce stał duży tort bezowy z owocami leśnymi, zamówiony w cukierni za dwie setki, miał być niespodzianką.
Zamknęła piekarnik. Wyłączyła palnik. Weszła do salonu.
Nie będzie mięsa powiedziała głośno.
Co? Przypaliło się? Hania nie zrozumiała.
Nie, po prostu nie będzie.
Weszła do salonu, faceci już rozlewali kolejną kolejkę, rozmawiali o polityce. Jarek patrzył na mnie bezradnie.
Szanowni goście powiedziała Gosia mocno Uczta zakończona.
Zapadła cisza.
Gosia, ale jak to? My głodni! Asia się oburzyła.
Mięso zostało w piekarniku i tam zostanie. Proszę się ubrać i wyjść. Albo idźcie do Sopockiej, tam podobno dobrze karmią.
Zwariowałaś? Jarek, zrób coś! My jesteśmy gośćmi!
Jarek wstał. Spojrzał na mnie, potem na przyjaciół. Wszystko zrozumiał.
Gosia wcale nie zwariowała powiedział twardo. Zwyczajnie ma dość. Przyszliście, nie przynosząc choćby czekolady, wyżeracie moją wódkę, wyśmiewacie jedzenie mojej żony, remont. Wymagacie jak w knajpie.
My tylko żartowaliśmy! zaczęła się tłumaczyć Hania. Zapomnieliśmy ciasta, zdarza się! Ale wnieśliśmy dobrą zabawę!
Wasza zabawa na nasz koszt? mruknęła Gosia. Dzień w kuchni, pół pensji na ten stół. A wy? Pasożyty, wyjadacze. Co latają po Dubaju, ale żal im kilku złotych na gościnę.
To co, nie częstujesz? Bartek zerwał się, prawie wywracając krzesło. Z takimi dusigroszami kończymy. Wynosimy się! Nigdy więcej nas tu nie zobaczycie!
Proszę się zebrać powiedziałem spokojnie, otwierając drzwi. Kontenerów nie bierzcie. Puste są.
Wyszli, krzycząc, iż już nigdy tu nie wrócą, wrzeszcząc, obrażając. Hania piszczała, Asia złorzeczyła. Faceci klnęli.
Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, w mieszkaniu nastała cisza. Gosia stała przy stole, patrząc na pobojowisko. Brudne talerze, rozlane wino, zmięte serwetki.
Podszedłem i objąłem ją.
Jak się czujesz? spytałem cicho.
Ręce mi się trzęsą wyznała. Jarek, może rzeczywiście przesadziłam? Może powinnam była przemilczeć, przecież byli gośćmi…
W końcu okazałaś szacunek samej sobie. Jestem z ciebie dumny. Ja bym ich wywalił wcześniej, gdybyś nie zdążyła pierwsza. Przesadzili z chamstwem.
Gosia odetchnęła i oparła się o mnie.
A mięso? zapytałem z uśmiechem. Bo pachnie tak, iż nie wytrzymam.
Zaśmiała się. Pierwszy raz tego wieczoru.
Jest. I tort jest, duży, z owocami.
Usiedliśmy razem pośród bałaganu, przesuwając brudne talerze. Gosia wyjęła karkówkę z piekarnika, tort z lodówki, nalała tego kiepskiego wina. Ale smakowało jak najlepszy Bordeaux.
Za nas powiedziałem, stukając się kieliszkiem. I za to, by do naszego domu zaglądali tylko tacy ludzie, którzy przychodzą z sercem otwartym, a nie z pustą ręką.
Jedliśmy, rozmawialiśmy, delektowaliśmy się ciszą i swoją obecnością. To była najlepsza kolacja w życiu.
Po godzinie telefonu Gosi piknął SMS od Hani: No masz, przez ciebie musimy żreć burgery w Macu! Mogłabyś mieć tyle wstydu i przeprosić!
Gosia tylko się uśmiechnęła i kliknęła zablokuj. Tak samo zrobiła z numerami Asi, Bartka i Pawła.
Lista kontaktów skróciła się o cztery, ale miejsca w życiu i powietrza jakby więcej. A lodówka pełna pyszności na cały tydzień. I nie dostaną choćby okruszka ci, którzy sobie na to nie zasłużyli.
Dzięki temu nauczyłem się, iż przyjaźń to droga dwukierunkowa a czasem zamknięta lodówka jest najlepszą drogą do zachowania własnej godności.
















