Przyjaciele przyszli z pustymi rękami do zastawionego stołu, a ja zamknęłam lodówkę
Arek, ty jesteś pewien, iż trzy kilo karkówki wystarczy? Przecież oni ostatnio wciągnęli wszystko jak odkurzacz, choćby resztki chleba wygarnęli sosem. A Jagoda jeszcze poprosiła o pojemnik na psa, a potem wrzucała na fejsa fotki mojego schabowego jakby to był jej własny popis kulinarny.
Bożena nerwowo obkręcała róg kuchennej ścierki, zerkając na kuchnię, która wyglądała jak po wojnie. Była dopiero dwunasta, a już miała ochotę się położyć. Od szóstej na nogach: najpierw rynek trzeba było wybrać najświeższe mięso, potem supermarket po wykwintne alkohole i wędliny, a potem już tylko cięcie, gotowanie, smażenie, krojenie Maraton.
Arek, mąż Bożeny, stał przy zlewie, obierając kartofle z powagą geodety, który właśnie rozważa sens istnienia. Obok rosła góra obierek proporcjonalnie do jego irytacji, której jednak nie chciał pokazywać.
Bośka, ile można westchnął, płucząc kolejne ziemniaki. Trzy kilo mięsa na czterech gości i nas dwoje? To wychodzi pół kilo na łebka. Pękną im brzuchy. Już i tak masz stół jak na wesele: jest łosoś, wędliny, sałatki, znalazłaś czerwony kawior. Przecież to nie chrzciny, tylko parapetówa. Z opóźnieniem, ale jednak.
Ty nic nie rozumiesz prychnęła Bożena, miesząc na patelni gęsty sos. To przecież Grażynka z Leszkiem i Jagoda z Tomkiem. Nasi starzy przyjaciele. Od stu lat się nie widzieliśmy, specjalnie aż z Pragi jadą. Głupio mi będzie, jak będzie bieda na stole. Pewnie pomyślą, iż sodówka mi odbiła, bo mieszkanie kupiliśmy i skąpię na przyjęcie.
Bożena zawsze taka była typowa polska matka chrzestna: dom, stół dla batalionu i wstyd, jak coś by zabrakło. Gościnność odziedziczyła po babci, która z niczego umiała wyczarować popis i nakarmić pół osiedla. Bożena tydzień układała menu, szukała przepisów w Internecie i skrupulatnie odkładała z pensji, żeby kupić ten drogi koniak, który lubi Leszek i to francuskie wino dla Grażynki.
Lepiej, żeby oni czasem coś przynieśli! mruknął Arek. Ostatnio u Tomka na urodzinach wieźliśmy i prezent, i alko, i piekłaś tort. A jak do nich kiedyś wpadliśmy tak po prostu? Herbata ekspresowa i sucharki pamiętające Lecha Wałęsę
Oj, nie bądź drobiazgowy, Arek rzuciła Bożena z przyganą. Mieli wtedy ciężki okres kredyt, remont. Teraz przecież Leszek awansował, Jagodę w nowych kozakach widziałam chwaliła się na fejsie. Może coś przyniosą. Słodycze na przykład. Deseru nie robiłam, powiedziałam Grażynce, iż liczymy na coś słodkiego od nich. Aluzja została zrobiona!
Do siedemnastej mieszkanie błyszczało czystością, a stół wyglądał jak wystawa delikatesów w Złotych Tarasach. W centrum królował ozorki w galarecie, dookoła kółeczko śpiewały salaterki z polskim Olivierem (z językiem i rakami, a nie byle parówką), śledź pod pierzynką z majonezu, własnoręcznie robione wędliny. W piekarniku dochodziła karkówka z ziemniakami i pieczarkami po chłopsku. W lodówce czekała Finlandia, drogi koniak i trzy butelki wina.
Bożena, wyczerpana, ale zadowolona, włożyła swoją najlepszą sukienkę, poprawiła fryzurę i usiadła w fotelu, czekając na dzwonek.
Stresuję się szepnęła do Arka, który zapinał koszulę. Pierwsze spotkanie w naszej nowej norze. Chciałabym, żeby wszystko wyszło tip top.
Dzwonek zabrzmiał równo o siedemnastej. Punctualność level: polski naród.
Bożena pobiegła otwierać. W progu rozdarła się wesoła ekipa: Grażynka w tej futrzanej kurtce z nowej kolekcji, co kosztowała fortunę, Leszek w skórze ala Chuck Norris, Jagoda z makijażem jak z telewizji śniadaniowej i Tomek już lekko wcięty (klasyk).
Ooo, nowi lokatorzy! zawyła Grażynka, rzucając się w korytarz i oblewając Bożenę chmurą perfum przypominających nuty luksusowej pralni. No, pokazuj pałac!
Głośno się rozbierali, rzucając okrycia na Areka, który wieszał je w tempie zawodnika crossfitu. Bożena z uśmiechem obserwowała, ale jej wzrok co chwilę padał na ich dłonie.
Dłonie puste jak portfel po zakupach w Biedronce. Żadnej torby, żadnego wina, choćby bombonierki najtańszej z Rossmanna.
A gdzie zaczęła Bożena, ale gwałtownie ugryzła się w język. Może zostawili w samochodzie? Albo w torebkach coś mają?
Bośka, jak ty schudłaś! Jagoda prawie ją cmoknęła w policzek i w butach poleciała robić przegląd mieszkania. No, remont… skromnie, ale czysto. Te ściany farbą do malowania? Oj, trochę jak w urzędzie tu. Powinnaś była wybrać jakąś tapetę glamour.
My kochamy minimalizm, odpowiedział sucho Arek. Przechodźcie do salonu, bo już stół się kurczy od czekania.
Ekipa wrąbała się do salonu. Leszek aż oczy zapalił jak na Black Friday.
Ojojoj! Jaki stół! aż zatarł ręce. No, Bośka, wiedziałem, iż nie pomylimy adresu. Od rana żyję o dwóch sucharach, żeby na twój schabik miejsce zostawić.
Posadzili się gdzie popadnie. Bożena poleciała do kuchni po gorące przystawki. Myślała może mają prezent w kopercie i dlatego przyszli z pustymi rękami?.
Gdy wróciła z tacką, już konkretnie buszowali w sałatkach bez słowa. Jakby obowiązku toastów nie znali.
Olivière niczego sobie! wił się Tomek, mlaskając. Arek, lejesz coś, czy wodę pijemy? Bo człowiek na sucho nie pogada.
Arek polewał facetom wódkę, kobietom wino.
Za nowe gniazdko! krzyknął Leszek. Niech wam tu ściany nie pękają, sąsiedzi nie zalewają i żeby się przyjemnie mieszkało. Na zdrowie!
Rzucił kieliszek na raz, powąchał rękaw (chociaż lniane serwetki leżały na stole) i sięgnął po łososia.
Bośka, a ten alkohol ciepły. Wódka powinna być z zamrażarki popchnął Leszek z pretensją.
Przed chwilą z lodówki, Leszek. Ma być pięć stopni, jak książka pisze rzuciła cicho Bożena.
E tam, powinna ciągnąć jak guma. No, nieważne. A koniaczek się znajdzie? To bym poprawił.
Będzie, tylko zjedzmy coś najpierw?
Jedno drugiemu nie przeszkadza! rżał Tomek.
Zabawa nabrała tempa. Jedzenie znikało w tempie światła, atmosfera jak na wojskowej stołówce w porze karmienia. Komentarze, a jakże, sypały się jak z rękawa.
Ten śledź taki jakiś suchy mruknęła Grażynka, nakładając po raz trzeci. Majonezu chyba szkoda było? Oszczędzasz na produktach?
Zrobiłam domowy, nie taki tłusty tłumaczyła się Bożena.
Dałabyś spokój, w sklepie to z torebki raz-dwa, po co się szarpać poparła Jagoda. A ikra jakaś taka drobna Nie mogłaś wziąć lepszej, z łososia ten to przynajmniej do czegoś się nadaje.
Bożena spojrzała na Arka. Ten siedział czerwony jak rak, aż ściśnięta dłoń pobielała na knykciach.
Opowiedzcie, co u was zmienił temat Arek, desperacko. Grażynka, wy byliście w Egipcie ostatnio?
No jasne! jęknęła Grażynka teatralnie. Życie jak bajka all inclusive, homary, szampan non stop, wydałam fortunę na torebkę, Louis Vuitton, za dziesięć tysięcy złotych! Leszek marudził, ale ja mówię: przecież się żyje raz!
Te baby to tylko wydawać potrafią dorzucił Leszek, rozlewając sobie koniak bez pytania. Ja sobie samochód nowy planuję SUV, wiecie, na szeroko. Pieniądze są, bo nie trwonimy na głupoty typu remont.
W sensie, iż remont to głupota? nie pojęła Bożena.
Bo wiecie, ściana to ściana, po co przepłacać doprecyzowała Jagoda. My od dziesięciu lat żyjemy z tymi tapetami po babci i jest git! Za to co roku nad morze, ciuchy markowe, restauracje. A wy to wszystko w beton pakujecie. Nuuudaaa.
Apropo restauracje przerwał Tomek, wycierając tłustą gębę serwetką, którą rzucił na obrus. Wczoraj byliśmy u Gesslerowej. Rachunek na sześć stówek, ale poziom odjazd! Nie to co w domu, tu tylko szatkowanie. Bośka, gorące idzie? Bo mięsa się chce.
Bożena wstała zebrać talerze. We wnętrzu wrzało. Dopiero co przechwalali się, jak to są światowi, a choćby rzeżucha do stołu nie przynieśli. Ani kwiatek, ani czekoladka do herbaty.
Wyszła z kuchni. Za nią pogalopowała Grażynka niby pomóc.
Bośka, dziewczyno, dajesz czadu zaczęła szept, przysiadając się na futrynie. Stół wygląda srogo, ale widać, iż się spinałaś. To wino takie hmmm na działkę max. Na gości mogłabyś kupić lepsze.
Grażynka, to francuskie, dwie stówy za butelkę wysyczała Bożena, pakując naczynia do zmywarki.
Bez jaj? Obcięli cię hipsterzy! Kwaśniejsze niż ocet. Weź, masz coś na zbyciu na jutro? Bo wiadomo, kac się szykuje, a gotować się nie chce. Zostanie mięso, surówki Tobie się nie zmarnuje, a ja zawsze jem po imprezie.
Bożena znieruchomiała z talerzem w dłoni. Odwróciła się bardzo wolno.
Chcesz, żebym ci zapakowała jedzenie na wynos?
No a co? Zawsze tak robimy, oszczędność w budżecie! zaśmiała się Grażynka. A gdzie deser? Mam ochotę na coś na słodko. Będzie ciasto?
Powiedziałaś, iż ciasto jest wasze przypomniała cicho Bożena.
Ja?! Ty zwariowałaś? Ja na diecie, nie kupuję słodyczy. Myślałam, iż upieczesz swój sernik najlepiej. Jesteś w tym dobra. Albo jakieś eklery, przynajmniej. Przyszliśmy z pustymi łapami, bo wydawało mi się, iż wszystko masz. Przecież macie nowe mieszkanie.
Bożena odstawiła talerz. Chrzęst porcelany zabrzmiał jak wystrzał ze strzelby.
Czyli założyliście, iż wszystko mamy?
No jasne, przecież wzięliście kredyt, odpicowaliście mieszkanie. Kasę macie jak lodu. A my biedujemy, zbieramy na wycieczkę na Malediwy. Dawaj mięso, bo faceci już widelcami brzdękają!
Bożena zamilkła. W głowie przelatywały jej obrazki: jak pożyczyła Grażynce kasę na last minute, a ta oddawała w ratach przez pół roku i choćby kawy nie postawiła. Jak Leszek korzystał z pomocy Arka przy przeprowadzce, ba, benzyny nie wlał. Jak zawsze przyszli pojeść i popić, ale siebie zaprosili raz na pięć lat i na stół postawili gotowe pierogi.
Bożena podeszła do piekarnika. Otworzyła zapach pieczonego mięsa aż wykręcał nozdrza. Złocista skórka, pieczarki, ziemniaki. Mniam.
Spojrzała na lodówkę. Tam czekał ogromny beza tort z owocami, zamówiony za dwie stówki, na niespodziankę choć przecież był pakt, iż ciasto mają przynieść goście.
Zamknęła piekarnik. Wyłączyła gaz. Mocno złapała za lodówkę i zatrzasnęła ją na głucho.
Mięsa nie będzie powiedziała głośno.
Ale jak to? Przypaliło się?
Nie, nie przypaliło. Po prostu nie będzie.
Bożena weszła do salonu. Chłopy już rozlewali kolejną rundę, przerabiali temat polityki. Arek miał minę zbitego psa.
Szanowni goście powiedziała Bożena, aż uszy dzwoniły. Uroczystość się zakończyła.
Wszyscy zamilkli, Leszek zamarł z kieliszkiem pod nosem.
Bożenka, o co chodzi? Jak zakończone? Przecież nie było gorącego! Obiecałaś mięso!
Owszem, ale zmieniłam zdanie.
Ale jak to? Zgłodnieliśmy. Sałatka to nie życie! Dawaj mięsko!
Mięso zostało w piekarniku. I tam zostanie. A wy, kochani moi, weźmiecie kurtki i pójdziecie do domu. Albo do tej swojej Gesslerowej, za sześć stów od łebka. Tam was nakarmią.
Zgłupiałaś?! Tomek aż wstał. Arek, ogarnij swoją żonę! Co to za cyrki?! My tu gośćmi jesteśmy!
Arek wstał powoli. Spojrzał na Bożenę, potem na przyjaciół. Zauważył, jak drży Bożenie broda i jak jej oczy lśnią łzami.
Bożena nie zwariowała, powiedział twardo. Bożena po prostu się zmęczyła. Przyszliście do naszego domu z pustymi rękami, wypiliście mój koniak, skrytykowaliście jedzenie mojej żony, nazwaliście nasze francuskie wino octem, a nasze mieszkanie urzędem. I macie jeszcze roszczenia do mięsa?!
Oj tam, przecież żartowaliśmy! zawyła Grażynka. Przecież nie każdemu się pamięta o torcie. Liczy się towarzystwo!
Towarzystwo za nasze pieniądze? sarknęła Bożena. Ja pół dnia stałam przy garach. Wydałam połowę wypłaty na ten stół. Chciałam wam zrobić radość. A wy jesteście darmozjadami. Prawdziwymi. Ciągle na wakacjach, ale żal wam pięciu złotych na czekoladę dla gospodyni.
Taaa, jasne, jeszcze się wywyższaj Leszek aż przewrócił krzesło. Rozliczasz gości z żarcia? Niech ci stanie to mięso w gardle! Idziemy stąd! Nie zobaczą nas tu więcej! Skąpcy!
Proszę bardzo Arek podszedł do drzwi i otworzył na oścież. I weźcie swoje pojemniki. Puste.
Goście wylecieli z wrzaskiem i przekleństwami. Grażynka jeszcze wykrzyczała, iż Bożena już jej przyjaciółką nie będzie i opowie wszystkim jaka to jest pazera i wariatka. Jagoda fukała o zmarnowanym wieczorze, chłopy rzucały mięsem pod adresem własnym i cudzym.
Kiedy za ostatnim gościem zatrzasnęły się drzwi, w mieszkaniu zapadła cisza. Bożena stała patrząc na pobojowisko: brudne talerze, plamy wina na obrusie, zgniatane serwetki.
Arek podszedł, objął ją.
Żyjesz? szepnął.
Trzęsą mi się ręce przyznała Bożena. Arek, może naprawdę jestem pazera? Może powinnam była ich nakarmić i siedzieć cicho?
Nie jesteś pazera. Po prostu zaczęłaś siebie szanować. Jestem z ciebie dumny, serio. Ja bym ich wyrzucił po pięciu minutach jak zaczęli marudzić. Przegięli.
Bożena westchnęła i przytuliła się do męża.
A mięso? Arek spojrzał chytrze po chwili Jest faktycznie? Bo pachnie tak, iż zaraz oszaleję.
Bożena zachichotała. Pierwszy raz tego wieczoru, bez napięcia, z ulgą.
Jest, Aruś. I tort też. Ogromny, z owocami.
Usiedli przy stole wśród brudnych naczyń, po prostu je odsuwając. Bożena wyciągnęła z piekarnika blachę z mięsem, wjechał tort. Nalała mężowi i sobie tego octowego wina, które jest aksamitnym Bordeaux.
Za nas powiedział Arek, stukając się kieliszkiem. I za to, żeby w naszym domu pojawiali się ludzie z otwartym sercem, nie z pustą miską.
Jedli mięso, które rozpływało się w ustach, ciesząc się ciszą i swoim towarzystwem. To była najlepsza kolacja w ich życiu.
Po godzinie telefon Bożeny zabrzęczał. SMS od Grażynki: Bożka, wstyd, przez ciebie wciskamy się burgerami w Macu! Powinnaś mieć chociaż tyle kultury, żeby przeprosić!.
Bożena przeczytała, uśmiechnęła się i kliknęła blokuj. Potem jeszcze Jagoda, Leszek, Tomek klik, klik, klik.
Lista kontaktów skróciła się o cztery numery. Ale w życiu zrobiło się o niebo luźniej. A w lodówce została góra pysznego jedzenia, która starczy im z Arkadiem na tydzień. I ani okruszek nie trafi do tych, którzy tego nie doceniają.
Bo czasem zamknięta lodówka i pusty talerz to najkrótsza droga do szacunku wobec siebie samej. Takiej polskiej, zdrowej asertywności.
















