W drzwiach mieszkania na ul. Grodzkiej pojawiła się Jadwiga ta sama, z którą kiedyś biegałyśmy po podwórku, zdzierałyśmy kolana i wymyślałyśmy najdziwniejsze sekrety nie do zdradzenia rodzicom. Jadwiga była inna od reszty dziewczyn dziś, kiedy obie mamy po sześćdziesiąt lat, różnice biją w oczy jeszcze mocniej.
Po studiach Jadwiga zniknęła z Krakowa błyskawicznie, jakby coś ją stąd goniło. Zostawiła mi tylko kilka pocztówek i ślad nagłego urwania kontaktu. Po latach, od wspólnych znajomych, słyszałam tylko urywki z jej życia: tu Berlin, tam Wiedeń, potem znowu Warszawa. Mężów miała tylu, co ja zimowych płaszczy, ale każdy związek kończył się szybciej niż remont w Polskim domu.
Nigdy nie zdecydowała się na dziecko tego nie rozumiałam, bo przecież u nas, czy w dużym mieście, czy w małej wsi pod Łodzią, kobieta zwykle pragnie chociaż jedno mieć. Przynajmniej wnuki jako osłodzenie jesieni życia, czemu nie?
Jadwiga wróciła teraz do naszego rodzinnego Chrzanowa, by sprzedać ostatnie mieszkanie po babci i zamknąć rozdział. Wynajmowała je latami, a teraz usiadła ze mną przy stoliku, jakby nigdy nie wyjeżdżała. Rozmawiałyśmy długo ja o dzieciach, wnukach, ona o podróżach, pracach. W końcu zebrałam się na odwagę i pytam:
Powiedz mi, Jadwigo, dlaczego tak zdecydowałaś? Dlaczego nie chciałaś dzieci, choćby dla siebie? Kto ci poda szklankę wody, kiedy się zestarzejesz?
Parsknęła śmiechem, aż echo poszło po mieszkaniu.
Szklankę? A ty myślisz, iż twoje dzieci będą się o ciebie troszczyć? Przekonasz się, Haniu Dzieci żyją własnym życiem, wyjeżdżają za granicę, a telefonują raz na miesiąc czasem choćby nie pamiętają o urodzinach. Lepiej całe życie odkładać trochę złotówek i wynająć dobrą opiekunkę z agencji, niż liczyć na zapracowane potomstwo.
Podniosła głowę z tą swoją niezależnością w oczach.
Po prostu nie chciałam dziecka. Nie mam cierpliwości niańczyć, martwić się dzień i noc, wysyłać pieniędzy po studiach, dokładać się do ich pierwszych mieszkań. Chciałam decydować tylko za siebie, podróżować, odkrywać świat i sama zarabiać swoje pieniądze. Mężowie odchodzili, bo im przeszkadzała moja decyzja trudno. Ich strata.
Teraz żyję spokojnie. Nie muszę zliczać groszy do emerytury, żeby kupić wnuczce nową lalkę, nie muszę miesiącami gotować rosołów pod imprezy rodzinne. Mam czas na operę, książki, swoje pasje i spokój. Nie zazdroszczę tym, którzy mają dom pełen dzieci, a na starość zostają sami, czekając na święta, kiedy ktoś wpadnie na pierogi. Ja nie oczekuję niczego.
Słuchałam, patrząc przez okno na starą topolę, pod którą uczyłyśmy się jeździć na rowerze. Coś we mnie pękło, coś się domknęło Jadwiga miała rację. jeżeli nie czujesz potrzeby, to po co mieć dzieci tylko po to, by spełnić społeczne oczekiwania czy liczyć na wygodę na starość? Może każdy powinien pójść swoją drogą, choćby jeżeli prowadzi ona pod prąd.
Szary dzień na Grodzkiej nabrał barw. Moja koleżanka sprzed lat ta, co miała odwagę nie mieć dzieci nauczyła mnie wiary w własny wybór.









