Przymrozki na sercuMarzanna westchnęła ciężko, patrząc przez zamarznięte okno na opuszczony pawilon ogrodowy za domem.

newsempire24.com 1 tydzień temu

31 grudnia, Sylwester. Wolne. Południe. Za oknem prawdziwa zima, wszystko zasypane śniegiem. W powietrzu, uderzając o szyby, wirowały wielkie płatki, mróz trzaskał na dworze, a ja czułem mróz w sercu. Wiecie, co to jest Sylwester w taki piękny, biały dzień? Właśnie to przeżywałem. Rozstałem się z moją kobietą i nie miałem z kim świętować.

Nie chciałem jechać do rodziny. Nie chciałem słuchać ich pytań o moje życie, udzielać odpowiedzi, a potem patrzeć na ich współczujące twarze. Na dworze i w sercu panował mróz. Tak to wyglądało.

Przypomniałem sobie ciotkę. Najlepsza dusza pod słońcem, wieczny odpoczynek jej daj, Panie. Do samego końca pomagała wszystkim, komu mogła, a mnie mówiła: — W sam Sylwester musisz zebrać wszystko, co masz. Smaczne jedzenie, koce i wyjść na ulicę. Nakarmić każdego kota i każdego psa, którego spotkasz, i położyć im ciepły koc. Tak robiła.

A ja leniwiec. Tylko parę razy pobiegłem do parku i nasypałem w różnych miejscach suchej karmy.

Najwyraźniej nadszedł i mój czas, pomyślałem. Czas przypomnieć sobie nauki mojej dobrej ciotki i oddać jej hołd. Spakowałem dwa duże worki. W jednym była gotowana kurczak i mnóstwo suchej karmy, w drugim ręczniki i kilka starych koców.

Ubrałem ciepłą kurtkę z kapturem i wyszedłem. W twarz uderzył wiatr ze śniegiem. Wzdrygnąłem się i ruszyłem. Szukałem długo i bezskutecznie. Albo koty pochowały się przed zimnem, albo po prostu nie mogłem ich znaleźć. Zmęczony do granic, nie wiedząc, co zrobić i gdzie to wszystko podziać, dotarłem do małego skwerku.

I cóż za zaskoczenie. Wszędzie wiało i sypało, a tu na niebie rozstąpiły się chmury, jeden promień słońca padł na ziemię i zatrzymał się, a w tym promieniu znalazła się ławka w środku skweru i siedzący na niej człowiek.

Podszedłem i usiadłem obok. Bardzo chciałem odpocząć, a poza tym miło było posiedzieć w tym łagodnym świetle.

To był dziwny starszy mężczyzna w wełnianej czapce, trzymał w rękach bukiet tulipanów i patrzył gdzieś przed siebie.

— Ładnie tu — powiedziałem w przestrzeń. — Przyjemnie i ciepło — odparł.

— A dlaczego pan nie idzie świętować Sylwestra? — zapytałem. — Właśnie idę — odpowiedział siwy mężczyzna. — Mam jeszcze mnóstwo spraw, tylko dokończę papierosa i załatwię jedną z nich. Spojrzał na mnie. — A ty czemu nie idziesz? — uśmiechnął się. — Nie mam z kim świętować — wykrztusiłem. — I moja ciotka mówiła… — pokazałem mu worki.

— Ciotka mówiła ci, iż w sam Sylwester trzeba zebrać wszystko, co się ma. Smaczne jedzenie, koce i wyjść na ulicę, rozdać to bezdomnym kotom i psom — dokończył siwy starzec i spojrzał mi prosto w oczy.

Szczęka mi opadła, a papieros wypadł na ziemię. — Skąd pan wie? — zdumiałem się. W oczach siwego mężczyzny nagle zabłysły gwiazdy. — Idź — powiedział. — Musisz się spieszyć, bo na ciebie czekają. Częściej wspominaj ciotkę. Była najlepszą duszą pod słońcem. Wstał, zostawił na ławce bukiet tulipanów i poszedł przed siebie, wyszedł z promienia słońca, przeszedł przez ulicę i nagle zniknął za przejeżdżającym autobusem. Jakby rozpłynął się w powietrzu.

Wstałem z ławki i nagle zauważyłem cztery koty patrzące na moje worki zachłannymi oczami. Najwyraźniej zapach kurczaka do nich dotarł.

Najpierw podeszły dwa kudłate przystojniaki z puszystymi ogonami.

Potem z krzaków, śmiesznie skacząc w zaspach, dołączyły kolejne dwa.

— Was właśnie szukałem — powiedziałem im i wyłożyłem wszystkie smakołyki i koce, rozkładając to pod niewielką wiatą, która dobrze chroniła koty przed obfitym śniegiem.

Z lekkim sercem poszedłem do domu, wyrzucając puste worki. Tylko gderałem na siebie, iż nie zapytałem siwego starca z gwiazdami w oczach, co miał na myśli, mówiąc, iż na mnie czekają. I o ciotkę też trzeba było zapytać. Wiecznie taki jestem. Zawsze zapomnę o najważniejszym i wszystko pomylę. Całe życie tak, beształem się.

Nie zauważyłem, jak nogi same zaniosły mnie pod dom, i już wchodziłem do klatki, gdy mój wzrok padł w dół.

Tam w krzakach, w zaspie, siedział maleńki, szary kotek i płakał, przyciskając do siebie lewą łapkę.

Przykucnąłem przed nim i zapytałem: — Co się stało, maluchu?

Kotek pociągnął nosem i wyciągnął do mnie małą, mokrą i zimną jak lód łapkę. Wyjąłem obie ręce z kieszeni i wziąłem ją w dłonie. I nagle. Zupełnie nagle wyrwało mi się:

— Tatuś ma bardzo lecznicze ręce. Zaraz słoneczko, będzie ci lepiej.

Ostrożnie wziąłem małe, drżące ciałko w dwie dłonie i przyciskając je do siebie wszedłem do klatki schodowej.

Teraz miałem się kim zająć i z kim świętować Sylwestra.

Jednak ten siwy starzec z gwiazdami w oczach nie skłamał. Czekali na mnie. Bardzo czekali. A to przecież najważniejsze. Kiedy na ciebie czekają.

JANUSZ KOWALSKI

źródło: opowiadanie O. Bondarenki.

Idź do oryginalnego materiału