Przybyli, gdy spaliśmy.
Weronika Stanisławowa obudziła się od dźwięku, którego nie potrafiła od razu rozpoznać. Ciche skrzypienie desek w korytarzu, jakby ktoś ostrożnie skradał się po mieszkaniu. Kobieta nasłuchiwała, serce biło jej coraz szybciej. Obok spokojnie pochrapywał mąż, Kazimierz Januszewicz choćby się nie poruszył.
— Kaziu, — szepnęła, delikatnie popychając go w ramię. — Kaziu, słyszysz?
— Mhm? Co takiego? — zamruczał, nie otwierając oczu.
— Ktoś chodzi po mieszkaniu.
Kazimierz Januszewicz niechętnie przymknął jedno oko, spojrzał na świecące cyfry budzika.
— Weronika, druga w nocy. Zdawało ci się.
— Nie zdawało! Słyszę wyraźnie kroki!
Mąż westchnął, ale jednak nasłuchiwał. Rzeczywiście, gdzieś w głębi mieszkania rozlegały się ledwo słyszalne dźwięki. Skrzypienie, szelest, lekkie stukanie.
— Pewnie kot, — uspokoił żonę. — Puszek znowu harcuje po nocach.
— Jaki kot, Kaziu? Puszek zdechł trzy lata temu, zapomniałeś?
Kazimierz Januszewicz obudził się na dobre. Dźwięki stawały się wyraźniejsze. Ktoś zdecydowanie poruszał się po ich mieszkaniu, i to całkiem pewnie, jakby dobrze znał rozkład mebli.
— Może Zosia przyszła? — zapytała Weronika Stanisławowa. — Ma przecież klucze.
— O tej porze? Pewnie dawno śpi, jutro ma pracę.
Córka mieszkała osobno, w sąsiedniej dzielnicy, ale czasem wpadała do rodziców, zwłaszcza gdy pokłóciła się z mężem. Choć zwykle uprzedzała wcześniej.
Dźwięki zbliżały się do sypialni. Weronika Stanisławowa mocno ścisnęła dłoń męża.
— Kaziu, a jeżeli to… złodzieje?
— Cicho, — ostrożnie podniósł się z łóżka, namacając kapcie. — Pójdę zobaczyć.
— Nie idź! A jeżeli mają nóż?
— Weronika, jacy złodzieje? U nas w kamienicy portier jest całą dobę, domofon, zamki szyfrowe. I nie mamy nic cennego.
Cicho podszedł do drzwi, przyłożył ucho do drewnianej powierzchni. Za drzwiami rozległ się cichy kobiecy głos, nucący jakąś melodię. Znajomą melodię.
— Weronika, — szepnął do żony. — Chodź tu.
Podeszła boso, również nasłuchiwała.
— To… to kołysanka mamy, — szepnęła Weronika Stanisławowa, a głos jej zadrżał. — Ta sama, którą mi śpiewała w dzieciństwie.
Kazimierz Januszewicz zmarszczył brwi. Teściowa zmarła dziesięć lat temu, ale doskonale pamiętał tę piosenkę bez słów, którą nuciła, zajmując się domem.
— To niemożliwe.
— Kaziu, może to duch? — Weronika Stanisławowa chwyciła go za rękaw piżamy. — Może mama przyszła?
— Weronika, nie mów głupot. Duchów nie ma.
Ale i on poczuł, jak po plecach przebiegł mu dreszcz. Melodia brzmiała coraz wyraźniej, a teraz dołączył do niej jeszcze jeden dźwięk — ciche stukanie, jakby ktoś przestawiał naczynia w kuchni.
— Zupełnie jak mama, — szepnęła żona. — Pamiętasz, jak nie mogła spać w nocy i szła do kuchni? Stawiała czajnik, wyjmowała filiżanki…
Kazimierz Januszewicz pamiętał. Helena Bogumiłowa cierpiała na bezsenność, zwłaszcza w ostatnich latach. Potrafiła wstać o trzeciej nad ranem i zabrać się za sprzątanie lub gotowanie, nuconą tę samą melodię.
— Boję się, — przyznała Weronika Stanisławowa.
— No daj spokój. Chodźmy zobaczyć.
Zdecydowanie przekręcił klamkę, wyjrzał na korytarz. Cisza. Tylko z kuchni dobiegał słaby blask, jakby paliła się tam lampka nad kuchenką.
Małżonkowie powoli ruszyli korytarzem, trzymając się mocno za ręce. Przed progiem kuchni Kazimierz Januszewicz zatrzymał się, zajrzał do środka.
Kuchnia była pusta. Na stole stały dwie filiżanki, obok leżały łyżeczki, cukiernica. Czajnik cicho szumiał na kuchence, z dzióbka unosiła się para.
— Przecież nie stawiałam czajnika na noc, — powiedziała zdezorientowana Weronika Stanisławowa. — Na pewno nie.
— Ja też nie.
Stali w drzwiach, nieśmiali wejść. Czajnik zagotował się, automatycznie wyłączył. W zalegającej ciszy słychać było tylko ich przyspieszone oddechy.
— Może lunatykujemy? — niepewnie zasugerował Kazimierz Januszewicz. — Wstaliśmy we śnie i to wszystko przygotowaliśmy?
— Razem? W tym samym czasie? Kaziu, nie żartuj.
Weronika Stanisławowa ostrożnie weszła do kuchni, dotknęła jednej z filiżanek. Ciepła. Ktoś trzymał ją w dłoniach kilka wcześniej.
— Spójrz, — pokazała mężowi parapet. — Pelargonia zakwitła.
Na oknie stała stara doniczka z pelargonią, która nie kwitła od ponad roku. Weronika Stanisławowa zamierzała wyrzucić uschniętą roślinę, ale jakoś nie było okazji. Teraz zdobiły ją intensywnie różowe kwiaty, świeże i bujne.
— Mama bardzo kochała pelargonie, — cicho powiedziała. — Mówiła, iż ten kwiat przynosi spokój do domu.
— Weronika, może pójdziemy do lekarza? — ostrożnie zaproponował mąż. — Bo zaczynamy pleść herezje.
— Jakie herezje? Sam widzisz — czajnik, filiżanki, kwiaty. To wszystko nie pojawiło się samo.
Usiadła na krześle, zamyślona, patrząc na przygotowaną przez kogoś herbatę.
— Wiesz, mama zawsze mówiła, iż po śmierci wróci, by nas odwiedzić. Pamiętasz, jak żartowała: „Będę przychodzić nocami, sprawdzać, czy u was wszystko w porządku”.
— Pamiętam. Ale to były żarty, Weronika.
— A może nie żarty?
Kazimierz Januszewicz usiadł obok żony, wziął ją za rękę.
— choćby jeżeli tak, czego się bać? To twoja mama. Kochała nas.
Weronika Stanisławowa skinęła głową, nieco się uspokoiła.
— Tak, kochała. I zawsze martwiła się, czy dobrze nam się żyje, czy niczego nie brakuje.
Siedzieli w ciszy, patrząc na nakryty stół. Stopniowo strach ustępował, zastępowany jakimś dziwnym spokojem. Jakby w domu rzeczywiście pojawiła się obecność kogośI wtedy, gdy pierwsze promienie słońca oświetliły kuchenny stół, a zapach pelargonii zmieszał się z aromatem porannej kawy, zrozumieli, iż miłość nigdy nie umiera, ale trwa w najdrobniejszych rzeczach, które zostawia po sobie w naszych sercach.