Restauracja, do której zaprosił mnie na drugie spotkanie Janusz, wyglądała tak luksusowo, iż choćby królewskie łaźnie w Wilanowie mogłyby pozazdrościć. Półmrok, obsługa snująca się niczym duchy w muzeum, jedwabne serwetki ułożone w origami. Janusz, cała postać w garniturze od krawca, zegarek błyszczący bardziej niż jego auto i ta jego mina jakby był prezesem świata. I jeszcze to spojrzenie z wyższością, iż już nie powiem, gdzie mu się ten świat mieści.
Zamawiaj, co dusza zapragnie rzucił nonszalancko, choćby nie otwierając menu. Nie znoszę, kiedy kobieta się powstrzymuje.
Niby brzmi jak bajka o złotym chłopcu z Baśniowej Ulicy, ale coś mi zgrzytało. Może ten jego przesadnie oceniający wzrok albo to, jak ochoczo opowiadał o byłych, dla których był skarbnicą, a nie facetem.
Wybrałam sałatkę z kaczką i kieliszek białego wina. Janusz szalał: stek, tatar, butelka wina czerwonego, deserek rozpusta jak na sylwestra u cioci Grażyny. Całe spotkanie biadolił o biznesie, żalił się na płytkość ludzi, filozofował o wartościach i duchowości. Słuchałam, kiwałam jak piesek w maluchu, ale czułam się nieswojo bardziej jak na egzaminie niż randce. Czekałam tylko, kiedy padnie podchwytliwe pytanie.
Teatr dla jednego aktora
Gdy kelner położył czarną skórzaną teczkę z rachunkiem, Janusz nie przerywał wykładów. Ziewając wyciągnął rękę do jednej kieszeni marynarki, potem do drugiej, potem poklepał się po spodniach. I nagle jakby zobaczył ducha mina mu zrzedła.
Oż ty… jęknął, patrząc mi prosto w oczy. Chyba portfel zostawiłem w biurze. Albo w drugim samochodzie…
Rozłożył szeroko ręce, robiąc z siebie biednego misia, choć w oczach ani grama paniki. O kelnerze zapomniał, przelewu nie proponował. Siedział, patrzył na mnie i czekał.
No pięknie się porobiło stwierdził filozoficznie, odchylając się na krześle. Może wyciągniesz mnie z kłopotu? Opłacisz, a potem ci oddam, z nawiązką, jeżeli trzeba.
I wtedy wszystko stało się jasne: to nie była przypadkowa amnezja, tylko taki test na materialistkę, o którym sam tak gadał.
Słyszałam o takich numerach na forach, w serialach, ale nie sądziłam, iż przeżyję ten kabaret na żywo, z udziałem dorosłego mężczyzny, który wygląda jak człowiek sukcesu.
Logika Janusza była żałośnie prosta: jak dziewczyna płaci to porządna, gotowa ratować, podkładać własny portfel i ogarniać chaos. Jak nie materialistka, tylko na kasę. W tej chwili przede mną nie siedział przedsiębiorca, tylko zakompleksiony tester o ambicjach psychologa. Był przekonany, iż już mnie ma; taka partia powinna przecież skłaniać mnie do posłusznego wyciągnięcia karty.
Policzmy na zimno
Wzięłam głęboki wdech, wyjęłam spokojnie portfel z torebki. Po tej czynności Janusz się rozluźnił: plan zadziałał, już prawie miał mój szacunek i… kartę.
Oczywiście, poza problemem odezwałam się słodko i zawołałam kelnera.
Proszę podzielić rachunek. Ja płacę za siebie. A stek, tatar, czerwone wino i deser niech pokryje szanowny pan.
Uśmiech na jego twarzy wyparował jak zapach świeżego chleba w Biedronce o ósmej rano.
Jak to? syknął, nachylając się Nie mam portfela!
Rozumiem skinęłam głową, przykładając telefon do terminala. Ale wiesz, ledwie się znamy. Każdy za swoje, taki nowoczesny styl randek. Za swoje smakowitości płaci ten, kto zamawiał. Jesteś dorosły, pewnie coś wymyślisz.
Kelner stał jak wryty, patrzył raz na mnie, raz na Janusza. Ten purpurowiał, a spod warstw elegancji zaczynała wyzierać czysta, klasyczna buractwo.
Serio? warknął. O parę złotych? Przecież ci oddam! To był tylko test!
I zdałeś odpowiedziałam, wstając zza stołu. Jestem osobą, która nie pozwala na manipulacje.
Ruszyłam w stronę wyjścia, ale poczułam, iż należy dorzucić epilog. On został z rachunkiem, bez portfela, wściekły i rozczarowany.
Wróciłam do stolika, wyciągnęłam z portfela parę pogiętych banknotów i garść drobniaków takich, które zawsze plączą się na spodzie torebki.
A jeżeli portfel masz w drugim samochodzie, to prawdopodobnie nie masz też na taksówkę?
Położyłam monety przy jego kieliszku drogiego wina.
Masz na bilet na metro. Nie martw się, dojedziesz do domu. Traktuj to jako mój wkład w twoje badania nad kobiecą psychiką.
Kilka osób z sąsiednich stolików odwróciło się z zaciekawieniem. Janusz wyglądał tak, jakby dostał mentalnego liścia.
Wyszłam na ulicę.
Ten wieczór kosztował mnie tylko sałatkę i kieliszek wina stosunkowo mała cena za to, żeby w porę zdemaskować człowieka i oszczędzić sobie potencjalnych lat nerwów. Mam nadzieję, iż wyciągnął wnioski chociaż tacy ludzie zwykle się nie zmieniają.
A wy co byście zrobili na moim miejscu? Ratowalibyście roztargnionego dżentelmena, czy postawilibyście na twardą, ale uczciwą asertywność?








