Rodzina z pięcioma mieszkaniami, a my wciąż musimy wynajmować – jak doszło do tej absurdalnej sytuac…

newsempire24.com 19 godzin temu

Minęło już wiele lat, odkąd zaczęłam się zastanawiać nad naszą sytuacją mieszkaniową dla mnie to codzienność, która nie budzi już zdziwienia, choć kiedyś bardzo bolała. Bywały rozmowy przy stole, wśród rodziny, podczas których wyjaśniano mi, jak to możliwe, iż w naszym otoczeniu jest pięć mieszkań, a i tak musimy wynajmować.

Rodzice mojego męża, pan Stanisław i pani Grażyna, mają swoje własne mieszkanie na Mokotowie, a poza tym dwa inne w odległych rejonach Warszawy te mieszkania od lat wynajmują obcym ludziom. Gdy rozmawialiśmy w rodzinnym gronie, śmiali się, przekonując, iż sami na wszystko zapracowali, więc my powinniśmy zrobić to samo. Ani trochę nie rozumieli, iż dawniej mieszkania w Polsce często dostawało się od zakładów pracy, z przydziału, a dziś takiej okazji już nie ma. W obecnych czasach trudno jest uzbierać pieniądze na własne lokum, szczególnie gdy większość naszych zarobków idzie na wynajem kawalerki.

Moi rodzice, Zofia i Marian, wcale nie są inni od teściów. Gdy umarła moja babcia, Jadwiga, zostawiła po sobie niewielkie mieszkanie w starej kamienicy na Saskiej Kępie, przepisane na mnie. Miałam wtedy zaledwie trzynaście lat, więc rodzice zdecydowali, iż przez pięć lat będą je wynajmować, aż skończę osiemnaście lat. Ale gdy dorosłam, rodzicom tak spodobała się comiesięczna pensja z najmu, iż nie zamierzają oddać mi tego mieszkania. Tłumaczą mi, iż przecież mają prawo decydować, a ja powinnam być samodzielna.

Z moim mężem, Andrzejem, od kilku lat wynajmujemy maleńką kawalerkę na Woli, do której wkładamy większość naszych zarobków w złotówkach. Były miesiące, gdy jedzenie kupowaliśmy na wagę tylko to, co najtańsze. Teraz siedzę w domu na urlopie macierzyńskim i nie mogę dorabiać. Nigdy nie zarabiałam dużo, ale bez dziecka jakoś udawało nam się związać koniec z końcem. Andrzej haruje na dwa etaty w sklepie i w ochronie. Dziś, żeby mieć dobrą pensję, trzeba mieć porządne wykształcenie, a Andrzej nie zdążył studiować zaraz po technikum zaciągnął się do wojska, a potem poznał mnie, więc studia zeszły na dalszy plan.

Najbardziej boli mnie to, iż mama co sobotę prosi mnie, żebym wybrała jej sukienkę z lumpeksu albo doradziła w sprawie bluzki, a ja wstydzę się, iż nie mam pieniędzy na witaminy i jabłka dla córki. Wciąż powtarza, iż musimy być niezależni finansowo, iż młodzi muszą sobie radzić sami. Często sugeruje też, iż powinniśmy im pomagać, bo marzy im się podróż szlakiem polskich zamków, zwiedzanie Zakopanego albo wyjazd do Gdańska nad morze.

Z przykrością patrzę na to, jak rodzice Andrzeja i moi potrafią gromadzić i celebrować swoje dobra, nie dzieląc się nimi z dziećmi. Rozumiem, iż nie powinni odmawiać sobie wszystkiego, by nam coś dać, ale jeżeli mają możliwość pomocy, trudno mi pojąć, czemu jej nie udzielają. Wierzę, iż własnym dzieciom dam kiedyś wszystko, czego będę mogła mam już swoje przekonania na temat rodzicielstwa.

Wśród bliskich nieraz słyszę, iż kiedyś odziedziczymy mieszkania i całą resztę. Ale prawdę mówiąc, jestem tak rozczarowana i zmęczona czekaniem, iż nie potrzebuję już niczego od nich. Niech biorą te klucze ze sobą tam, gdzie odchodzą starzy ludzie. Ja już wolę samodzielność choćby w ciasnej kawalerce za ostatnie złote.

Idź do oryginalnego materiału