Rozdział 3
Listopad 2024. Rose zyskuje pracę marzeń.
Poniedziałkowe śniadanie w jadalni pałacu Rathorehouse w Surrey przebiega w posępnej atmosferze. Emma skubie tost, Amidala miesza w płatkach, a Ville przegląda telefon. Gdy nie dostrzega tam powiadomienia, którego oczekiwał, wybucha:
– Cholera jasna, żadnej wiadomości. Ta dziewczyna doprowadza mnie do szału!
Amidala, jak przystało na rezolutnego przedszkolaka, marszczy brwi i patrzy na niego z wyrzutem.
– Nie wolno przeklinać. I nie wolno mówić z pełną buzią – rzuca surowo, stukając łyżką w blat.
– Spokojnie, będzie dobrze – mówi Emma z nutką niepewności. – Tata jest trochę zdenerwowany. W pracy mu się nie układa.
– A co, Paul i Thomas znowu się pobili o brzmienie? – pyta dziewczynka poważnym tonem, opierając brodę o dłonie.
– Nie, kochanie – odpowiada Ville. – Chodzi o program. Nie przejmuj się. Może po zajęciach skoczymy na ciacho do kawiarni?
– Weźmy ze sobą Rose. Przecież ją lubisz – sugeruje Ami z niewinnym uśmiechem.
Ville krztusi się natychmiast. Kaszle tak długo, iż Emma musi klepnąć go w plecy. Gdy odzyskuje oddech, patrzy na córkę i, próbując brzmieć poważnie, odpowiada:
– Rose ma dużo pracy. Dziś pójdziemy sami. Deal?
– Okej… ale mam nadzieję, iż jeszcze do nas przyjedzie. Jest beznadziejna w graniu na fortepianie. Obiecałam jej lekcje – oznajmia z powagą przyszłej nauczycielki.
Emma uśmiecha się podstępnie, a Ville unosi brew, zadając sobie w myślach pytanie: Czyżby córeczka właśnie znalazła sobie… mamusię?
Po śniadaniu Ville odwozi Amidalę do przedszkola i kieruje się do londyńskiego oddziału RRstudio. Kilka minut przed dziewiątą wpada do biura z posępną miną. Korytarze tętnią życiem, zza szyb dobiega dudnienie bębnów z sali prób.
Ziewa, przeciąga się i siada za biurkiem. Przez chwilę klika bez sensu, przeglądając portale, wiadomości i statystyki wyświetleń. Dopiero po chwili dostrzega świeży plik dokumentów – podłożony bezszelestnie przez kogoś z kadr, pewnie rano. Przerzuca kartki jak automat. Aż się zatrzymuje. Umowa NDA. Umowa o pracę. Podpisana przez prawnika, kadrową. I… przez Rose Mayer.
– Ta dziewczyna wpędzi mnie do grobu – jęczy, podnosząc głos. – Emma! Chodź tu!
Drzwi naprzeciwko uchylają się z cichym skrzypnięciem.
– Czego się drzesz? o ile czegoś chcesz, to rusz tyłek – rzuca siostra, nie odrywając wzroku od laptopa.
Libertyn pakuje dokumenty pod pachę i wchodzi do jej pokoju.
– A jednak podpisała – oznajmia, szczerząc się od ucha do ucha.
– Mogła zadzwonić. Dać jakiś znak, iż się zgadza.
– Jest profesjonalna – rzuca Ville. – W końcu wiedziała, iż umowy podpisuje się tu, w RRstudio – stuka paznokciem w nagłówek dokumentu.
– Porządna, profesjonalna, lojalna, inteligentna, bystra, piękna… – Emma wylicza.
– Punktualna – dorzuca Libertyn bez zastanowienia.
– I Ami ją lubi – puentuje Emma, uderzając brata z przyzwyczajenia otwartą dłonią w ramię.
Ville krzywi się lekko, odwraca w stronę wyjścia, po czym wraca do swojego gabinetu. W tym samym momencie zbliża się do niego znajoma sylwetka.
– Cześć, Rose – rzuca niby od niechcenia i zaprasza ją do środka.
– Panie Rian – mówi formalnie. – Proszę wybaczyć, rano byłam na uczelni. Chciałam sprawdzić, czy da się przełożyć zajęcia.
Ville podnosi głowę. Siada z gracją niczym aktor w scenie z XVIII wieku. Gestem wskazuje jej fotel naprzeciwko, a sam dopija ostatni łyk herbaty cytrynowej. Odstawia filiżankę na podkładkę, precyzyjnie, jakby każdy ruch miał znaczenie.
– Panienko Mayer, żaden kłopot. I jaki rezultat tej wizyty?
Rose ostrożnie zajmuje miejsce i krzyżuje nogi. Jest lekko spięta, ale z każdą sekundą się rozluźnia – opiera dłoń o podłokietnik, a oddech wraca do normy.
– Może przejdę na nauczanie zdalne albo wezmę urlop. Czekam na decyzję dziekana.
Libertyn kiwa głową i cicho odchrząkuje. Przełyka ślinę, zanim znów się odezwie – głos lekko mu siada.
– Rozumiem. Skoro jest panienka gotowa do pracy, czas na wprowadzenie do obowiązków… Ale zanim… możemy mówić sobie po imieniu? I rozmawiać jak ludzie w naszym wieku?
Kąciki ust Rose unoszą się delikatnie. Opiera się wygodniej.
– Z przyjemnością, panie Rian.
– Wyśmienicie, panienko Mayer.
Oboje wybuchają cichym śmiechem, który przerywa rytmiczne dudnienie basu z sali prób. Chłopak odwraca się w stronę komputera i włącza wygaszony ekran. Mruży oczy, jakby nie dowierzał w to, co widzi. Pulpit długo się ładuje.
– Możesz sprawdzić, czemu ten złom tak wolno działa?
Rose podnosi się i przysiada przy jego biurku. Kilka kliknięć myszką – ekran startowy ożywa i natychmiast zalewa się chaosem folderów i ich kopii. Dziewczyna klika dalej w zupełnej ciszy, unosząc brwi coraz wyżej.
– Wow. Masz rozmach. Teraz już wiem, kto odpowiada za bałagan w plikach nagraniowych.
Ville zwęża oczy teatralnie, próbując spalić ją wzrokiem, ale ona nie reaguje i klika dalej.
– Do tego bajzel w systemie. Postaram się coś z tym zrobić. Nie macie tu informatyka?
– Mamy… – rzuca szybko, spoglądając gdzieś w bok. – Ale on ma mnie dość.
– Tak, chyba wiem dlaczego.
Ville wstaje i zaczyna krążyć po pokoju z kubkiem w dłoni, szukając sposobu, by rozładować napięcie. Odwraca się przez ramię i zaczyna tłumaczyć:
– Będziesz mogła pracować w dwóch miejscach – w pałacu, gdzie masz wszystko, czego ci potrzeba, ale też tutaj. Niestety wszystkie pokoje są zajęte, ale mam wolne biurko – wskazuje ruchem głowy identyczny blat w rogu gabinetu. – Kończę zwykle około trzynastej, potem próby, inne sprawy. Nie będę ci przeszkadzał.
Podchodzi bliżej, z lekkim uśmiechem.
– Jak uporasz się z bałaganem w Pokoju Strachu… – zawiesza głos i sam się śmieje. – Świetna nazwa. Wpadła mi przed chwilą. Później zajmiesz się archiwizacją bieżącego materiału, tak żeby w Pokoju Strachu już nie straszyło. Pojedziesz z nami w trasę jako specjalistka od porządku w nagraniach. Masz paszport?
– Mam – kiwa głową Rose. – Nie jestem też karana.
– Doskonale. Naprzeciwko masz gabinet Emmy. W razie czego jesteśmy pod ręką.
– Brzmi dobrze. To kiedy zaczynam?
– Już… – odpowiada, zerkając na zegarek. – Znaczy, muszę tylko podpisać twoje dokumenty. I wtedy – już.
Libertyn siada na blacie biurka i przeciąga się lekko, jakby chciał zrzucić z siebie ciężar ostatnich minut. Stopy zawisają luźno, dłonie opierają się o krawędź mebla. Z zewnątrz wygląda na rozluźnionego, ale ramiona zdradzają napięcie – ledwie zauważalne drganie mięśni, czytelne tylko dla kogoś, kto obserwuje go z bliska. Wyciąga rękę w stronę stosu papierów, po czym zatrzymuje się w pół ruchu. Przez moment dłoń zawisa w powietrzu, jakby ważył coś znacznie cięższego niż sam podpis.
– Mam jedną prośbę. Po pierwsze nie uciekaj, po drugie… – zawiesza głos, patrząc jej prosto w oczy – po prostu nie uciekaj.
Rose cofa się o nieznaczny krok. Ciało reaguje szybciej niż myśl. Nie zdąża jednak zrobić kolejnego, bo Ville zsuwa się z biurka i powoli, niemal bezszelestnie, podchodzi bliżej. Ujmuje jej dłoń – nie gwałtownie, raczej ostrożnie, z wyczuwalnym napięciem w ramieniu.
– Daj mi trochę satysfakcji. Wiem, iż jesteś porządna. I iż jesteś w związku. Ale zanim podpiszę… pozwól mi cię pocałować. Tylko raz. Sześćdziesiąt sekund. Obiecuję, iż potem dam ci spokój. Emmy też nie musisz się obawiać. Jako twoi przełożeni nie będziemy mogli cię nagabywać.
Dziewczyna milczy. Oddycha przez usta, w klatce piersiowej zaczyna dudnić ciche bum, bum, bum. Ma wrażenie, jakby ziemia pod stopami lekko zadrżała. Eryk… rozpływa się gdzieś w tle, jak cień za mgłą. W jego miejsce pojawia się on – Libertyn. Miękki, nieoczywisty. Bliski.
Powoli, niemal niezauważalnie, potakuje. Ville bez słowa włącza stoper. Podchodzi jeszcze bliżej. Ich ciała niemal się stykają, jego palce dotykają jej ramienia. Pochyla się powoli. Ich usta spotykają się w delikatnym, prawie nieśmiałym pocałunku. Muska ją wargami raz, drugi – już pewniej. Potem rozchyla jej usta językiem. Rose drży. Oplata go ramionami za szyję. Libertyn odpowiada, obejmuje ją w talii, przysuwa bliżej. Oddechy splatają się, ciepło miesza z napięciem. Jego palce wędrują na jej plecy. Jej biodra napierają lekko do przodu. Ich ciała rozmawiają, zanim zdążą się wycofać.
Zegarek dzwoni. Ville odrywa się powoli, czując, iż każdy centymetr dystansu jest fizycznym bólem. Rose ma jeszcze zamknięte oczy. Przez chwilę ich czoła stykają się, jakby oboje chcieli zapamiętać tę minutę na zawsze. Potem on się prostuje i odwraca wzrok. Sięga po dokumenty, odsuwa fotel z cichym zgrzytem, chwyta pióro. Podpisuje zamaszyście.
– Witamy na pokładzie, panienko Mayer – mówi oficjalnym tonem.
Rose parska śmiechem. Jej ramiona opadają z ulgą, mięśnie twarzy miękną. W głowie krąży jedna myśl: praca z Libertynem na pewno nie będzie nudna.
Ville patrzy na nią długo. O kilka sekund za długo. Jego spojrzenie sunie po jej szyi, potem po włosach i zatrzymuje się na ustach.
– Wiesz, iż pierwsze gorsety i staniki robiono z fiszbin wieloryba…
– Co? – dziewczyna marszczy brwi.
– Co? – mruga, jakby ocknął się z własnych myśli.
Przez chwilę panuje cisza. Ville podchodzi do biurka, szukając pretekstu, by zmienić temat.
– To… jaką podejmujesz decyzję? Wprowadzasz się do pałacu, czy będziesz przyjeżdżać?
– Na tę chwilę, kiedy nie mam samochodu, a w plikach straszy, wolę być na miejscu.
Libertyn uśmiecha się z ulgą. Widać, iż dokładnie na to liczył. Potakuje z wdzięcznością, której nie próbuje ukryć.
– W takim razie Pokój Bacha jest twój.
– Spakuję się i postaram przyjechać wieczorem – odpowiada Rose, próbując zachować powagę. W środku jednak aż ją roznosi. Będzie mieszkać w pałacu. Z zespołem. I z nim.
Na moment zapada cisza. I wtedy – jak wybawienie, drzwi otwierają się z hukiem. Do gabinetu wpada Thomas: rozchełstany, z energetykiem w ręce i słuchawkami na głowie.
Ville prostuje się gwałtownie, jakby ktoś puścił prąd wzdłuż kręgosłupa.
– Thomas! Thomas, mój chłopak! – woła teatralnie i rzuca się na niego niczym maskotka na sprężynie. Zsuwa mu jedną słuchawkę i szepcze: – Graj ze mną. Kochaj mnie!
DJ, zaskoczony, ale przyzwyczajony do tego cyrku, próbuje objąć Villego jedną ręką, w drugiej wciąż trzymając puszkę.
– Rose, wiesz, Thomas to mój chłopak i mam wobec niego poważne plany – rzuca Libertyn w jej stronę, wisząc na przyjacielu jak koala.
– Tak, wiem. Jesteście emocjonalną parą.
Thomas zdejmuje słuchawki i szczerzy zęby.
– Ja też mam wobec niego plany. Szczególnie dziś w nocy, śliczny – obejmuje Villego i szczypie go w tyłek. Ten piszczy i odskakuje jak poparzony.
– Z Thomasem to więcej niż emocje. Ale nie możemy wszystkiego pokazywać widzom – oznajmia Ville poważnym tonem. – Jesteśmy nierozłączni. Prawda, kochanie? Rose jest nasza. Możemy być przy niej sobą.
Następie przeciąga dłonią włosy do tyłu i teatralnie nabiera powietrza.
– A teraz będziemy się z moim DJ–em całować – oznajmia z powagą.
– Dla mnie spoko. Uwielbiam to. Libertyn świetnie całuje.
I nim Rose zdąży zareagować, chłopcy są już przy sobie. Zbliżają się i całują. Po francusku. Z pasją i miękkością. DJ obejmuje Villego w talii, a on wsuwa rękę pod jego bluzę, przesuwając palcami po plecach.
Rose stoi jak wryta. Nie z szoku, ale z fascynacji. To nie show – to oni. Jedyna myśl, która ją uderza: Libertyn całuje po mistrzowsku. A zaraz potem, niemal z rozbawieniem: Porównywać Eryka do Villego to jak zestawiać chorągiewkę w ręku dziecka z majestatycznie powiewającą flagą państwową w dniu niepodległości.
Ville w końcu odsuwa się, oblizując usta z triumfalnym uśmiechem.
– Odwieziemy cię do domu – rzuca lekko. – Czas się pakować, piękna!
Podchodzi do biurka, zgarnia klucze do auta, po czym nachyla się do Thomasa i szepcze mu do ucha:
– Dzięki. Chyba byliśmy wiarygodni. Błagam, nigdy mnie z nią nie zostawiaj sam na sam.
– Nie dziwię ci się. Laska jest gorąca.
Ich spojrzenia spotykają się i w tym samym momencie potakują, zawierając cichy, święty pakt artystów. Po chwili wybuchają śmiechem, trzymając się za ręce jak dzieciaki, które właśnie ukradły lizaka z kiosku.
Rose już nic nie mówi. Dochodzi tylko do wniosku, iż będzie pracować z artystami – dziwakami i iż pora się do tego przyzwyczaić.
Czerwone Ferrari toczy się przez miasto w rytmie śmiechów i rozmów. Ville, Thomas i Rose jadą do mieszkania dziewczyny, dając jej czas na spakowanie się. Kiedy znika w drzwiach swojego bloku, chłopcy przeciągają się, rozprostowując kości. Postanawiają pójść do bistro ulicę dalej.
Chwilę później siedzą przy stoliku pod daszkiem w pobliskiej knajpce, delektując się zapachem przypieczonego ciasta i sosu pomidorowego. Thomas obserwuje, jak Libertyn z zapałem pochłania pizzę hawajską, jakby była najlepszą rzeczą na świecie.
– Coś chcesz mi powiedzieć, przyjacielu? – zagaduje, opierając łokcie o stół. – Czyżby twoje lodowate serduszko zaczęło się topić?
Ville krzywi się teatralnie, wyciera palce w serwetkę, bierze łyk dietetycznej coli i dopiero wtedy, z nonszalanckim spojrzeniem, odpowiada:
– Chodzi ci o panienkę Mayer?
DJ przewraca oczami, ale nie przerywa gry. Kiwając głową, opiera się wygodnie na krześle. Libertyn wzdycha głęboko, po czym strąca kawałek ananasa z pizzy, jakby usuwał problem do rozwiązania.
– Laska jest gorąca, to wszystko. Gdyby nie fakt, iż mamy kryzys i burdel w plikach, dawno bym ją zbałamucił i po sprawie.
Thomas parska śmiechem tak, iż musi odstawić puszkę.
– Już piąty dzień nie jesteś w stanie jej zbałamucić. Albo Rose faktycznie jest porządna, albo masz problem. Ewentualnie wypadłeś z formy.
– Chyba żartujesz. Ja? DJ–u kochany, jeżeli dziewczyna nie ma problemu z tym, iż wyglądam jak emo-elf, to każda jest moja. Najgorsze są samice alfa – tu fakt, miewam problemy. Choć pomaga mi sława. Wiesz, te metody.
– Tak. I kluczyki od Ferrari. Tylko iż Rose się na to nie nabrała.
– Po pierwsze: ma chłopaka. Po drugie: jest z dobrej rodziny, zna swoją wartość i jest pewna siebie. Po trzecie: potrzebujemy jej jak powietrza. Niech robi swoje. Dla mnie od dziś jest tylko pracownikiem. Tyle iż jest gorąca, więc będzie mi trudno trzymać łapska przy sobie. Dlatego nie zostawiaj mnie z nią sam na sam. Nie chcę być oskarżony o molestowanie.
Thomas poważnieje. Potakuje i zjada ostatni kęs pizzy. Temat się kończy. Rose jest nietykalna, a skoro Ville tak to ustawił, tak ma być. Chłopak zna go dobrze: wie, iż potrafi odciąć emocje, gdy wchodzi w tryb pracy. A Rose… po prostu jest im potrzebna.
Późnym popołudniem cała trójka rusza do Surrey. Samochód sunie przez krajobraz, a w środku trwa próba. Chłopcy podśpiewują fragmenty piosenek, na przemian śmiejąc się i przekomarzając.
Rose siedzi z tyłu, z plecakiem przy nogach – wsłuchana i zamyślona. Uśmiecha się co chwilę: raz z czułością, raz z lekką konsternacją. Czasem jej wzrok ucieka w bok, śledzi mijane domy, światła sklepów, psy na spacerach. Miasto powoli zostaje za nimi.
Gdy samochód ponownie przekracza bramę pałacu, wszystko wygląda inaczej niż za pierwszym razem. Rose nie musi już pokazywać ochroniarzowi torebki ani tłumaczyć, iż nie ma przy sobie niczego podejrzanego. Wystarcza skan kodu QR. Tak po prostu. od dzisiaj jest pełnoprawnym członkiem ekipy Liberty Fade.
Auto zatrzymuje się przy głównym wejściu. Lokaj już czeka – elegancki, uprzejmy, gotowy przejąć torby i zanieść je do Pokoju Bacha. Thomas i Ville rozchodzą się w swoje strony. Rose zostaje sama. Może się spokojnie rozpakować; pracę zacznie dopiero jutro.
Wieczorem, przy kolacji, zespół zbiera się jak zawsze w komplecie. Tym razem jest ku temu szczególny powód – mają nową pracownicę i chcą ją naprawdę poznać. Jadalnia rozbrzmiewa śmiechem i stukotem sztućców. Rose siedzi nieco spięta, ale z każdą minutą się rozluźnia. Kroi mięso, bierze łyk herbaty, zerka na Emmę.
– Tak jak wspomniałam na początku – mówi – trzeba będzie trochę rozbudować pamięć w systemie i dokupić kilka rzeczy. Niestety nie są tanie.
Emma unosi głowę znad talerza i uśmiecha się lekko.
– Nie ma sprawy, piękna. Jutro dostaniesz dostęp do konta. Kupuj, co potrzebujesz, byle na fakturę.
Rose natychmiast się wzdryga i kręci głową.
– Nie ma mowy. Nie chcę mieć dostępu do konta. Nie wyobrażam sobie tego. Nie, absolutnie.
– Dobra – dopowiada Ville. – Ty wybierasz i kupujesz, a ja albo Emma autoryzujemy zakupy. Pasuje?
Dziewczyna rozluźnia się i przytakuje. Sytuacja zostaje opanowana, a w jadalni robi się jeszcze weselej. Ktoś rzuca żartem, ktoś inny oblewa się herbatą. Echo sapie pod stołem, Amidala przytula się do Villego. Dom tętni życiem.
Rose patrzy na wszystko dookoła, rozmowy, śmiechy i gdzieś w środku wie, iż właśnie wkracza w coś zupełnie nowego. Ten dom przestaje być legendą z ekranu. Staje się jej rzeczywistością.
Po kolacji żegna się z zespołem i cicho wychodzi z jadalni. Za plecami zostaje brzęk filiżanek i czyjś śmiech. Kieruje się w stronę Pokoju Bacha, gdy nagle obok niej pojawia się mała postać. To Amidala. Idzie tuż obok, podskakując z nogi na nogę.
– Wiesz, cieszę się, iż będziesz z nami mieszkać – mówi wesoło dziewczynka.
Rose uśmiecha się i dla żartu też podskakuje.
– A dlaczego tak się cieszysz?
Ami zatrzymuje się i patrzy na nią z uniesioną brwią – poważna jak dorosła.
– Bo tu mieszkają sami mężczyźni. No, poza ciocią Emmą i Wendy. Ale one rzadko bywają w domu i, co gorsza, bardziej zajmują się swoimi chłopakami niż mną.
Rose wybucha śmiechem i przytula dziewczynkę. Razem wchodzą do sypialni. Ami siada na fotelu i huśta nogami, a Rose rozpakowuje kosmetyczkę, ustawiając rzeczy na półce przy lustrze.
Amidala obserwuje ją uważnie, w ciszy, jakby oglądała przedstawienie w teatrze. Jej oczy – zielone, intensywne ani na moment nie tracą ostrości. Rose od czasu do czasu zerka na nią kątem oka. Ten wzrok… ten uśmiech. Teatralny, znajomy jak u Villego, jak u Emmy.
Wszyscy mają w sobie coś wspólnego. Nie tylko geny. Widać, iż są z jednej rodziny. I iż zostali ukształtowani przez lata życia w pałacu indyjskiej księżniczki. Miraaya Rathore. Rose zna ją z odcinków – pamięta gesty, pauzy, sposób mówienia. Teraz widzi to samo w Ami. Te ruchy, to siadanie, odchylanie głowy, przymykanie oczu. Jak język. Kod, który rozumieją tylko oni. Każde słowo coś znaczy. Każde skinienie jest sygnałem. Każda pauza – zaproszeniem albo ostrzeżeniem.
A ona? Rose Mayer, dotąd nikomu nieznana informatyczka z zupełnie zwyczajnym życiem, będzie tu mieszkać. Jeść z nimi kolacje. Spać pod tym samym dachem. Poznawać ich przyjaciół.
Uśmiecha się lekko. Podchodzi do Ami, klęka przy fotelu i patrzy jej w oczy z czułością i powagą.
– Wiesz, zawsze jesteś tu mile widziana. Wpadaj, kiedy chcesz. Poplotkujemy o babskich sprawach.
Amidala uśmiecha się szeroko i przytula ją z pełnym zaufaniem. Potem zerka na zegarek – wyglądający jak eksponat z muzeum designu, prawdopodobnie warty więcej niż średnia krajowa.
– Późno już. Czas na mnie. Tatuś musi mi jeszcze poczytać. Poczytasz mi kiedyś?
– Jasne. A co teraz jest u ciebie na topie?
– Krecik i Tygrys. Tatuś już ma dosyć. Jak ma to czytać kolejny raz, robi strasznie śmieszne miny. No nic, pora na mnie. Dobranoc!
I już jej nie ma. Wybiega z pokoju w podskokach, w stronę skrzydła, gdzie mieszczą się sypialnie rodziny. Mała sylwetka znika za zakrętem, a korytarz wypełnia się dźwiękiem lekkich kroków.
Rose zamyka drzwi i opiera się o nie plecami. Przez chwilę stoi w ciszy. Potem śmieje się do siebie, do świata z niedowierzaniem. Nie wie, kiedy przestała się bać. Może wtedy, gdy Ami przytuliła się do niej jak do kogoś swojego. Nie pozostało jedną z nich. Ale po raz pierwszy nie czuje się tu obca.
Pierwszy tydzień pracy to dla Rose sprint bez linii mety. Spędza po dziesięć, czasem dwanaście godzin dziennie na konfiguracji serwerów, optymalizacji kodu i analizie przesyłu danych z kamer. W zasadzie nie wychodzi z Pokoju Strachu. Czasem tylko wyskakuje do kuchni, łapie coś na gwałtownie i wraca do swojej twierdzy. choćby nie siada w jadalni – rzuca krótkie „cześć”, uśmiecha się do Paula albo Roberta, mruczy „co słychać” do Thomasa i znika, zanim ktokolwiek zdąży zaproponować herbatę.
Do serwerowni rzadko ktoś zagląda. Nie ma potrzeby. Ville praktycznie nie bywa w pałacu – całe dnie spędza w RRstudio, a wieczorami szlaja się po mieście z Thomasem albo znajomymi. Emma też funkcjonuje we własnym rytmie: między próbami, spotkaniami z grafikami i ogarnianiem produkcji. Robert krąży między klubem a warsztatem, wiecznie umazany smarem albo z słuchawkami na uszach, przesłuchując perkusyjne podkłady. Paul i Wendy większość czasu spędzają na wsi, do pałacu wracają głównie na próby. A Thomas? Thomas ma swoje życie – studio, deskorolkę, undergroundowe imprezy i spotkania z organizatorami, którzy potrafią zadzwonić o północy z pytaniem, czy poprowadzi set w jakimś hangarze.
Rose się tym nie przejmuje. W pewien sposób jest jej to choćby na rękę. Może się skupić, wejść w rytm pracy. Nie musi niczego udawać.
Ale któregoś dnia… Po kolejnym pytaniu o pozwolenie na zakup sprzętu do serwerowni Emma w końcu nie wytrzymuje.
– Aaaa! – jęczy teatralnie, odchylając głowę do tyłu, kiedy Rose znów pojawia się w jej drzwiach z tabletem w rękach.
Dziewczyna zamiera, jakby ktoś nakrył ją na kradzieży królewskich klejnotów. Oczy robią się wielkie, ręce opadają z tabletem w połowie ruchu. Emma patrzy na nią przez sekundę… po czym parska śmiechem.
– Na bogów, twoja mina! Jakbyś zaraz miała wyciągnąć karteczkę z napisem: „Przepraszam, iż żyję”!
Rose, zaskoczona, po chwili dołącza do śmiechu.
– Myślałam, iż lubisz mieć wszystko pod kontrolą – mruczy z rozbrajającą szczerością.
– Lubię! Ale umawialiśmy się, iż ci ufamy. Nie musisz przychodzić do mnie z pytaniem o zakup każdej pierdoły do serwerowni. Ja często choćby nie wiem, o czym ty do mnie mówisz, laska!
Rose krzywi się lekko i wzrusza ramionami. Emma liczy w myślach do trzech, po czym rzuca:
– Siedzisz tam sama jak duch. Chodź ze mną do sauny. Nie lubię się pocić, ale dziś przemarzłam w terenie.
– Ale pliki… – próbuje się wykręcić.
– Bez dyskusji. Polecenie służbowe. Za dwadzieścia minut widzę cię w saunie – uśmiecha się zawadiacko. – W samym ręczniku.
Puszcza jej oczko, po czym nagle poważnieje i unosi palec.
– Eee… żart. Bądź w kostiumie.
Niedługo później spotykają się w saunie. Rose ma na sobie czarne bikini – proste, eleganckie, podkreślające szczupłą, ale nie przesadnie chudą sylwetkę. Emma w czerwonym, jednoczęściowym kostiumie wygląda jak modelka z pokazu retro: zmysłowa, pewna siebie, idealna.
Siadają naprzeciwko siebie w ciszy. Para osiada na ich ramionach. Emma bierze głęboki wdech. W głowie układała sobie tę rozmowę jeszcze chwilę temu, ale teraz słyszy tylko własne myśli: Cholera, po co ja ją tu zaprosiłam. Libertyn ma rację, iż przed nią ucieka.
– Słuchaj, piękna… – zaczyna niepewnie. – Nie możesz nas tak unikać. Wiem, iż masz dużo pracy, ale jesteś częścią ekipy, a nie pokojówką. Rodzina, przyjaciele i techniczni programu jedzą razem w jadalni.
– Tak, ale… praca. Dużo pracy – próbuje się bronić Rose.
– Nie zgadzam się. Świat się nie zawali, jeżeli nie obrobisz jednego pliku. Jesteśmy drużyną, zaraz ruszamy w trasę. Daj się nam poznać. Dwadzieścia minut śniadania czy obiadu naprawdę cię nie zbawi.
Rose potakuje powoli. Wie, iż Emma ma rację. I choć z zewnątrz tylko wzrusza ramionami, w środku czuje ulgę.
– Jak ci idzie? – pyta Emma, przechylając głowę.
– Tak sobie – odpowiada poprawiając ramiączko stanika, co nie uchodzi uwadze koleżanki. – W miesiąc mogę nie zdążyć. Teraz obrabiam pliki z Thomasem w roli głównej. Prawie wszystkie nazwy mają przekleństwo. Twierdzi, iż jeżeli coś ma w nazwie „dupa”, to znaczy, iż jest ważne. Czyli jakieś osiemdziesiąt procent materiałów.
Emma wybucha śmiechem.
– Znam to. „dupa1_final_FINAL”, „ten_z_dupy_mix_piątek_noc”. Klasyka.
Zapada chwila ciszy. Emma przygląda się Rose uważniej. Uśmiech znika, a w jego miejsce pojawia się coś ostrożniejszego.
– Słuchaj… opowiedz coś o tym swoim Eryku.
Rose krzywi się lekko, ale wie, iż prędzej czy później i tak będzie musiała coś powiedzieć.
– Eryk Steven. Starszy ode mnie o trzy lata. Student medycyny. Mieszka w Bristolu.
– Cytujesz akta policyjne czy mówisz o chłopaku, z którym jesteś od lat?
– Nie układa nam się – przyznaje w końcu czując jak to zabrzmiało. – Od lat widujemy się okazjonalnie. Nie wiem, czy to jeszcze ma sens. Po studiach miałam wrócić do Bristolu, być bliżej niego, ale w tej sytuacji…
– W tej sytuacji masz NDA. Nie możesz mu powiedzieć, iż pracujesz dla nas. Dasz radę prowadzić podwójne życie? Teraz to proste. A później?
Rose przełyka ślinę, zagryza wargę.
– Nie wiem, co będzie później. Skończmy ten temat.
Emma unosi ręce w geście poddania. Już wszystko widzi. Rose jest zagubiona, niepewna, emocjonalnie oderwana od chłopaka. A to znaczy jedno: nic jej naprawdę nie trzyma.
W świecie Rianów ludzie dzielą się na trzy grupy. Łączy je jedno: lojalność, dyskrecja i zaufanie. Reszta to kwestia roli.
Pierwsza grupa – pracownicy. Technicy, operatorzy, montażyści, ekipa pałacu. Znają reguły, ale nie wchodzą głębiej. Są niezbędni, ale funkcjonują na marginesie życia prywatnego domowników.
Druga – ludzie użyteczni. Przyjaciele z zaufania. Wendy – dziewczyna Paula jest jedną z nich. Nie potrzebują zaproszeń, pojawiają się, kiedy chcą. Są częścią dni i nocy, wnoszą do życia Rianów coś realnego.
Trzecia – Cienie. Zapraszani na chwilę. Na przyjęcia, sesje, eventy. Piękni, zawsze „na tak”. Goście od flirtu i przekraczania granic. Są mile widziani – dopóki się nie znudzą albo nie popełnią błędu.
A Rose? Jest pracownikiem. Ale powoli zaczyna być postrzegana jako ktoś bliższy. Może jeszcze nie przyjaciółka, ale ktoś, kogo chce się znać lepiej.
Emma doskonale to widzi. I rozumie, co z tego wynika. jeżeli Rose kiedykolwiek zmieni swój status, będzie musiała podjąć decyzję. Czy wejdzie w świat imprez – i na jakich zasadach? Jako nietykalna? Czy jako ktoś do flirtu i półsłówkowych aluzji? A fakt, iż nie mówi o Eryku z czułością? Że choćby nie wie, czy ich związek jeszcze istnieje? To tylko dodaje jej pikanterii. I otwiera wszystkie drzwi.
Odkąd Emma wymusiła na Rose jej obecność przy stole, dziewczyna faktycznie się podporządkowała i zaczęła regularnie pojawiać się w jadalni. Ku zaskoczeniu wszystkich – a może i samej siebie – dość gwałtownie łapie wspólny język z Wendy. Robert i Paul coraz częściej się do niej odzywają, żartują, wciągają ją w rozmowy. Tylko Ville, trzymający kurczowo Thomasa za rękę niczym tarczę wyraźnie utrzymuje dystans. Odpowiada półsłówkami, unika wzroku, przemyka korytarzami jak cień.
W ekipie staje się to już powodem żartów, ale jednocześnie zaczyna wzbudzać lekkie podejrzenia.
Mimo tego napięcia Rose wyraźnie wyluzowała. Raz choćby pojawiła się na próbie zespołu, żeby zrobić kilka zdjęć – oczywiście, jak zwykle, kapela była zachwycona efektem. Przez kilka wieczorów z rzędu zostaje też „złapana” przez Amidalę i zmuszana do lekcji fortepianu, co okazuje się prawdziwą katorgą. Ami nie uznaje bylejakości. Ale Rose, dzięki sprytowi i cierpliwości, potrafi zmiękczyć serce dziewczynki. Czytanie Przygód Krecika i Tygryska w pokoju kominkowym skutecznie łagodzi dydaktyczne zapędy małej Rianówny.
Jednak pewnego wieczoru wydarza się coś nowego. Rose schodzi właśnie po głównych schodach, gdy dostrzega Villego. Idzie w jej stronę, sam, zamyślony, bez Thomasa u boku. Zanim zdąży się zastanowić, jak się przywitać, widzi, iż chłopak orientuje się, iż za chwilę ją minie… i nagle skręca, chowając się za filarem.
– Libertynie, czy ty mnie unikasz? – pyta z lekkim rozbawieniem.
On wychodzi z kryjówki teatralnym krokiem, z zadziornym uśmiechem.
– Oj, bawię się z Echo w chowanego. Nie przeszkadzaj!
– Chyba z echem własnych myśli… Twój pies właśnie wyszedł na spacer z opiekunem.
Ville robi przesadnie zdziwioną minę, jakby dopiero teraz coś do niego dotarło.
– Aha… to dlatego stoję tu jak idiota.
Zamyśla się, jego spojrzenie zatrzymuje się na jej talii. Potem lekko przechyla głowę i rzuca znienacka:
– A wiesz, iż niektóre psy potrafią liczyć do pięciu? I rozróżniają ludzkie twarze?
Rose wybucha śmiechem, zaskoczona tym kompletnie oderwanym od kontekstu komentarzem.
– Hmm… to ciekawe.
Libertyn zerka na zegarek – oczywiście Rolexa – i mówi pospiesznie:
– O, czas na mnie. Ami czeka na bajkę o… – krzywi się lekko – o Kreciku.
– Wyręczyłam cię dziś. Wystarczy, iż jej pośpiewasz – rzuca z delikatnym uśmiechem.
– To już kolejny raz. Dzięki, kochana jesteś.
Podchodzi do niej i daje jej zwykłego, przyjacielskiego buziaka w policzek. Po chwili znika w korytarzu, zostawiając ją samą z jedną uporczywą myślą: Czy on zawsze musi tak pięknie pachnieć?
Na górze schodów Thomas i Paul obserwują wszystko z ukrycia. Patrzą na siebie z porozumiewawczym uśmiechem – bez słów, ale z jasnym przekazem: coś tu się kroi.
Niedługo po tym niecodziennym spotkaniu w holu głównym Rose znów natyka się na Libertyna. Tym razem o północy, w kuchni. Ville siedzi samotnie przy wyspie kuchennej, popijając ciepłe, spienione mleko. Jest zamyślony. Rose wchodzi, lekko nucąc coś po hiszpańsku.
Chłopak zrywa się z hokera jak oparzony, łapie kubek i już ma wyjść, gdy jej głos go zatrzymuje.
– Hej, spokojnie. To tylko ja. Chcę pogadać, skoro już się spotkaliśmy.
Niechętnie zawraca. Siada powoli, wyraźnie spięty, ale teatralnym machnięciem ręki daje jej znak, by mówiła dalej.
– Mam dwie sprawy. Jutro wreszcie odbieram swój samochód od lakiernika. Od ponad tygodnia adekwatnie nie opuszczałam pałacu. Muszę dostać się na drugi koniec miasta.
– Jasne, nie ma sprawy. Szofer cię odwiezie, masz to załatwione. Zresztą… jeżeli chcesz gdzieś pojechać, możesz spokojnie korzystać z jego usług.
Rose uśmiecha się z wdzięcznością.
– pozostało jedna sprawa.
Ville zerka na nią – gdzieś w okolice obojczyka, potem szyi. Bierze łyk mleka:
– Wiesz, iż krowa ma cztery żołądki i potrzebuje ich wszystkich tylko po to, żeby strawić trawę?
Rose przeciera oczy ze zdumienia. Nic nie mówi. Chyba zaczyna się przyzwyczajać do tego, iż Ville Rian funkcjonuje według logiki snu.
On prostuje się nagle, jakby sam uświadomił sobie absurd tej chwili.
– To co tam jeszcze do mnie masz?
Dziewczyna sięga do lodówki, wyciąga małą butelkę wody, odwraca się i mówi cicho:
– Nie lubisz mnie. Wiem, iż jestem tylko twoją pracownicą, ale z innymi rozmawiam normalnie. A ty mnie unikasz. Coś ci zrobiłam?
Ville patrzy na nią przez dłuższą chwilę w milczeniu. Przymyka oczy. Widać, iż chce powiedzieć coś bardziej złożonego, może miękkiego, może szczerego ale zamiast tego przybiera inną twarz. Twardszą. Bezpieczniejszą.
– Masz rację, Rose. Nie lubię cię. Fajnie, iż ekipa traktuje cię jak swoją, to ważne do współpracy, i nie mam nic przeciwko tym relacjom. Ale dla mnie jesteś tylko pracownikiem. Nie musimy się lubić ani spędzać ze sobą czasu. Ja mam swoją robotę, ty masz swoją.
Wstaje i dodaje chłodno:
– A teraz wybacz. Idę spać. Późno już.
Wychodzi, po prostu ją zostawiając.
Rose przez dłuższą chwilę stoi w miejscu, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszała. W końcu pochyla się nad zimnym blatem kuchennej wyspy. Z jej oczu bezgłośnie zaczynają płynąć łzy. Ociera je ręką, bierze łyk wody. Milczy. Potem wychodzi – cicho, sama.
Ville idzie szybkim krokiem, niemal biegnie przez ciemny korytarz. Zaciska wargi, palce jednej dłoni wbija w drugą, aż kostki bieleją. Gdy dociera do drzwi swojej sypialni, otwiera je z impetem, niemal trzaskając. Rzuca się na łóżko, choćby nie zdejmując swetra. Wciska twarz w poduszkę, jakby chciał zniknąć. Nie płacze. Ale oczy ma szkliste, a gardło tak zaciśnięte, iż nie byłby w stanie wypowiedzieć ani jednego słowa.
Kolejne dni mijają zaskakująco szybko. Rose przez cały czas spędza czas z zespołem, śmieje się z Wendy, rozmawia z Emmą, żartuje z Robertem i Paulem. Ale w stronę Villego nie patrzy. Ani razu. choćby przez ułamek sekundy.
A Ville? Już nie trzyma się Thomasa jak koala. Coś w nim puściło – jakby odetchnął i po raz pierwszy od dawna poczuł się naprawdę obecny w tym wielkim, żywym domu. Owszem, nie był dla niej miły, ale przynajmniej nie musi się już bać, iż spotka ją na korytarzu i zostanie z nią sam na sam. Teraz to ona trzyma dystans, a on… może znowu oddychać.
Przemyślał wszystko. I choć czuje się z tym paskudnie, jednocześnie jest z siebie zadowolony. Ułożył świat na nowo. Przynajmniej pozornie. I na krótko.
Bo pewnego dnia, w trakcie obiadu, znowu coś się zmienia.
Amidala wpada do jadalni z wypiekami na policzkach.
– Już jutro przyjeżdżają dziadkowie! – woła radośnie. – I będziemy świętować! A Rose obiecała nam ładne zdjęcia!
Dziewczyna uśmiecha się odruchowo, po czym natychmiast blednie. W jednej sekundzie dociera do niej, co to oznacza. Niedługo pozna Ramiego Riana – ikonę muzyki. I jego żonę. Miraayę Rathore. Tę Miraayę. Twarz z książek naukowych, z wykładów, z raportów ONZ. Jedną z najpotężniejszych kobiet na świecie. Głos polityki. Głos nauki. Rose czuje, jak przyspiesza jej tętno, a w głowie zaczyna się kręcić.
Emma natychmiast wstaje od stołu i podbiega.
– Hej, piękna, wszystko w porządku?
Ona nie odpowiada. Jej spojrzenie robi się puste, jakby odpływała bardzo daleko. W tej samej chwili Paul łapie ją pod ramię, Emma ostrożnie układa ją na podłodze. Thomas już podaje butelkę wody, Robert otwiera okno.
Ville… przez moment stoi sparaliżowany. Potem rusza szybko, przyklęka przy Rose, dotyka jej czoła.
– Piękna, słyszysz mnie? Oddychaj. Spokojnie.
Dziewczyna mruga, łapie oddech, patrząc na pochyloną nad nią grupę.
– Już… okej. Po prostu mi słabo…
Paul kręci głową z dezaprobatą.
– Zrób sobie wolne. Ciągle gapisz się w ekran, to niezdrowe.
Emma i Robert pomagają jej wstać i odprowadzają ją do sypialni. Na etażerce zostawiają butelkę wody, tabliczkę czekolady i jasną instrukcję: jeżeli czegokolwiek potrzebuje ma tylko zawołać. A adekwatnie zadzwonić, bo to nie dom jednorodzinny, tylko wielki pałac.
Jakiś czas później słychać ciche pukanie do drzwi. Rose leży na boku, wciąż ubrana, z książką obok. Otwiera jedno oko, przeciąga się i zaprasza do środka.
Ville stoi w progu, oparty o framugę. W świetle nocnej lampki wygląda bardziej jak cień samego siebie niż frontman Liberty Fade. Przez chwilę milczy, jakby sam nie był pewien, po co tu przyszedł.
– Powinnaś trochę zwolnić – mówi w końcu. – Może ogranicz godziny albo rób dłuższe przerwy. Nikt cię nie wyrzuca, ale po jutrzejszej imprezie mogłabyś wziąć kilka dni wolnego.
Podchodzi do portretu Bacha, przygląda mu się uważnie, po czym odwraca się i lustruje Rose spojrzeniem.
– I tak będzie tu pełno rozwrzeszczanych dzieci i przekrzykujących się dorosłych, pracy raczej nie ruszymy. Szczerze mówiąc, sam najchętniej bym wtedy uciekł.
Rose unosi się lekko na łokciu. Patrzy na niego zmrużonymi oczami. Głos ma spokojny, ale chłodny.
– Skąd to nagłe zainteresowanie moją osobą?
– Jestem twoim przełożonym i się martwię. O kadrę…
– Oczywiście. Twój inwentarz czuje się świetnie.
Chłopak krzywi się i przez chwilę milczy – jej reakcja wyraźnie go zaskakuje.
– Eee… inwentarz?
Rose uśmiecha się z politowaniem. W głowie pulsuje jej jedna myśl: żaden sławny i bogaty dupek nie będzie mną pomiatał i traktował jak zabawkę, którą się znudził, zanim zdążył ją rozpakować z pudełka. Prostuje się, dodając w myślach: Oj, to zabrzmiało… ostro. Ale nie odpuszcza.
– Hmm… może opowiesz mi jeszcze jakąś ciekawostkę przyrodniczą? – rzuca mimochodem.
Ville wyraźnie traci rezon. Postawa, z którą przyszedł, pewna siebie, konkretna zaczyna się kruszyć.
Ona czuje, iż ma przewagę. Z jednej strony została wychowana na uprzejmą, grzeczną dziewczynę. Z drugiej nie zamierza dać się zaszufladkować przez jakiegoś chłopaka w makijażu, choćby jeżeli nazywa się Rian.
– No cóż – mówi z niewinnym uśmiechem. – Słyszałam już o krowach, psach, a choćby wielorybach. Może teraz coś o gadach? Albo roślinach? Co wybierzesz?
Ville stoi jak wryty. Szuka wzrokiem ucieczki, ale Rose patrzy mu prosto w oczy. Z rozbawieniem, ale i z czymś ostrzejszym.
– Chętnie skorzystam z okazji i wrócę do domu na dwa dni. A dziś jeszcze trochę popracuję. Mam dziesięć kopii folderu „Ville_final_1” do przejrzenia.
Libertyn wciąż milczy. W głowie ma pustkę. Jedna myśl odbija się echem: co tu się właśnie wydarzyło?
– Okej – rzuca w końcu, trochę za piskliwie. Po chwili dodaje już łagodniej: – Ale nie siedź po nocach. Serio.
Rose posyła mu uśmiech – miły tylko z pozoru, bez grama wdzięczności. Gdy Ville żegna się skinieniem głowy i wychodzi, drzwi zamykają się bezszelestnie. Dziewczyna przez chwilę patrzy w ich stronę, po czym pokazuje język z miną kota, który właśnie strącił wazon ze stołu i nie ma najmniejszych wyrzutów sumienia.
Po drugiej stronie drzwi Ville stoi jeszcze moment nieruchomo. Bierze głęboki oddech i mruczy pod nosem:
– Straszna baba, ale okej. Zabawimy się.
Nie odchodzi. Po chwili ponownie puka do drzwi jej sypialni. Rose znów zaprasza go do środka.
Tym razem Libertyn jest wyraźnie pewniejszy siebie. Dostrzega uśmiech, który jeszcze nie zniknął z twarzy Rose po wygranej potyczce słownej.
– Zapomniałem ci o czymś powiedzieć – rzuca od niechcenia. – Chcemy z zespołem zrobić odcinek o pracy naszej ekipy technicznej. Widzowie się tego domagają – jak to wygląda po drugiej stronie kamery. Chcemy pokazać wszystkich ważnych, po kilka minut. Może wyłapiemy jakieś zabawne momenty i coś z tego zmontujemy. Oświetleniowiec i kamerzysta już się zgodzili, montażysta jeszcze się waha. Czy chciałabyś pojawić się w LFL?
Ona unosi brwi i już chce odpowiedzieć, ale Ville nie daje jej dojść do słowa.
– Na przykład nagrasz siebie przy pracy. Co robisz. Możesz rzucić jakimś żartem albo zgryźliwością, której – jak widać – ci nie brakuje…
Rose prycha niezadowolona, odkłada książkę i wstaje z łóżka.
– Mam NDA. Jedno wyklucza drugie.
– Uważam, iż to będzie dla ciebie korzystne. Teraz nie możesz mówić, co robisz i dla kogo pracujesz. Ale jeżeli pojawisz się w odcinku choćby na chwilę nie będziesz musiała tego dalej ukrywać. Nie będziesz musiała ściemniać znajomym i rodzinie, iż jesteś „programistką”. Zastanów się… piękna.
Dziewczyna bierze głęboki oddech i podchodzi do niego bliżej.
– To ciekawe, co mówisz, ale nie mam parcia na szkło. Jestem informatykiem. To mi wystarczy.
– Jesteś ładna, bystra i masz gadane. Fajnie byłoby pokazać widzom, z jakimi ludźmi pracujemy. Że nikt nie jest tu z przypadku. A wiedz, iż doceniam moją ekipę.
– Doceniasz, ale ich nie lubisz. Trochę się to gryzie.
Ville przeciąga się lekko, tłumiąc rozbawienie.
– Nie lubię tylko ciebie. Tak czy inaczej – nagraj się. Możesz też powiedzieć coś miłego o mnie, przekląć, zanucić po hiszpańsku… Montażysta coś z tego sklei i puścimy bonus o kulisach programu w nowym sezonie.
Rose przytakuje i na chwilę się zamyśla, już układając w głowie, co mogłaby powiedzieć do kamery. Ville uśmiecha się i wychodzi, zostawiając ją samą – lekko rozkojarzoną, ale też wyraźnie rozbawioną.











