Rozdział 5
Ville zaprzyjaźnia się z Rose.
Poranek jest jasny; jesienne słońce ledwo przebija się przez chmury i odbija w szybach, wciąż mokrych po nocnym deszczu. Ville jedzie przez miasto powoli, niemal ostrożnie, jakby samą jazdą próbował odwlec to, co nieuniknione. Jego czerwone Ferrari przyciąga spojrzenia, ale on jest dziś zbyt spięty, by to zauważać. Parkuje niedaleko bloku Rose, zabiera z siedzenia bukiet kolorowych, łąkowych kwiatów – pachną intensywnie i naturalnie.
– choćby nie wiem, jakie kwiaty lubi… Wygląda, jakby właśnie takie lubiła. Albo i nie – krzywi się teatralnie poprawiając włosy w bocznym lusterku – dobra, może będzie dobrze.
Serce wali mu szybciej, dłonie lekko się pocą. Zamiast wysiąść od razu, siedzi jeszcze chwilę. Jakiś rowerzysta mija auto z impetem, głośno dzwoniąc. W oddali szczeka pies. Z sąsiedniego okna leci muzyka, coś popowego, totalnie nie w jego klimacie. Ville zamyka oczy na sekundę i bierze głęboki wdech.
Wychodzi z auta. Kwiaty ściska mocno, czując, iż to właśnie od nich zależy, czy uda mu się wejść do tego mieszkania, czy nie. Mija bramkę i staje przed domofonem. Palec zawisa nad przyciskiem.
– No to dawaj – mruczy do siebie i wreszcie dzwoni.
Kamera przy domofonie zbliża się do jego twarzy. Patrzy prosto w obiektyw, przewraca oczami, jakby już wiedział, iż ktoś zobaczy to nagranie i będzie się śmiał z jego miny. Drzwi otwierają się. Klatka schodowa jest czysta, cicha; pachnie świeżym betonem i środkiem do podłóg. W tle słychać jednostajny szum wind i delikatny szelest wentylacji. Wszystko tu jest nowe, gładkie, sterylne, zbyt uporządkowane jak na jego obecny stan ducha.
Ville stąpa po kamiennej posadzce w drogich butach, czując wewnętrznie, iż dziś nie pasują mu do nóg. Mógłby wjechać windą, ale woli iść schodami – musi gdzieś rozładować napięcie. Wchodzi na drugie piętro. Nigdy wcześniej tu nie był. Znał Rose zawodowo i to wystarczało. Nie było potrzeby. Teraz już jest.
Zatrzymuje się przed jej drzwiami: szare, eleganckie, z lekkim połyskiem. Spogląda na kwiaty. Jeszcze przed chwilą wydawały mu się idealne, teraz nagle wyglądają tanio, jakby były wzięte z automatu przy stacji benzynowej. Oddycha głęboko, przestępuje z nogi na nogę. Nie jest gotowy na to, co za chwilę może usłyszeć. Nerwowo poprawia włosy w lustrzanej szybie szafy naprzeciwko i puka cicho.
Drzwi otwierają się niemal natychmiast. Rose patrzy na niego z zaskoczeniem i lekką irytacją.
– Słucham jaśnie pana – mówi kłaniając się nisko.
Ville unosi dłoń z kwiatami i wręcza je dziewczynie niepewnym ruchem.
– Chciałem przeprosić, mogę?
Rose zabiera bukiet, wącha, nie zmieniając wyrazu twarzy.
– Nie.
I bez wahania zatrzaskuje mu drzwi przed nosem.
Zostaje sam na klatce między stukaniem młotka, w rytmie remontowego dramatu toczącego się gdzieś wyżej, a szczekaniem psa z mieszkania obok. Stoi tak chwilę, osłupiały w tym hałasie, po czym mimo wszystko postanawia zapukać jeszcze raz.
– Co za straszna baba! I co ja mam teraz zrobić? – mamrocze do siebie.
Drzwi uchylają się z lekkim opóźnieniem. Rose znowu tam stoi, ze skrzyżowanymi ramionami.
– Słucham? – rzuca sucho.
Ville drapie się w głowę, jakby coś go zaswędziało w mózgu.
– Eee… powiesz mi, co mam teraz zrobić?
Dziewczyna wybucha śmiechem – ciepłym, głośnym, niespodziewanym. Opiera dłoń o framugę, milknie na parę sekund i dopiero wtedy wraca jej spokój. Bez słowa odsuwa się, otwiera szerzej drzwi.
Wpuszcza go do środka, a on wchodzi z przesadną ostrożnością, stąpając wolno niczym po polu minowym. Od progu uderza go miły, słodki zapach – coś między cynamonem a czymś świeżo wyjętym z piekarnika. Zdejmuje płaszcz i rozgląda się nieśmiało. Mieszkanie jest wysokie, jasne, urządzone w stylu glamour: błysk, welur, szkło. Widać, iż nikt nie szczędził środków, a jednak jest w tym coś ciepłego, domowego.
Rose wskazuje salon ruchem głowy.
– Siadaj – rzuca tonem nie znoszącym sprzeciwu.
Ville podchodzi do kanapy i siada ostrożnie, nie będąc pewnym, czy mu wolno. Podwija rękawy, zerkając przy okazji na wnętrze.
– Czegoś się napijesz? Może jesteś głodny, właśnie upiekłam ciasto, teraz stygnie na zewnątrz.
Chłopak unosi brwi. Nie wiedział, iż Rose potrafi piec. Nie wiedział też, iż w dresach i bez makijażu może wyglądać aż tak dobrze.
– Tak, poproszę. Jestem ciekaw, co tam upiekłaś. Teraz już wiem, dlaczego tak ładnie pachnie – rozgląda się po salonie. – W ogóle ładnie tu.
Dziewczyna przewraca oczami i bierze się za wstawianie kwiatów do szklanego wazonu. Z kuchni dobiega brzęk sztućców i talerzy.
– Nie podlizuj się, celebryto. Herbaty?
Ville potakuje i rozsiada się wygodniej. Z czajnika dobiega cichy gwizd, jakby ktoś przeciągał nutę na skrzypcach. Rose kroi sernik, stawia tacę na stoliku, po czym zerka na kwiaty.
– Nie mam swoich ulubionych, ale te są bardzo ładne. To miłe, dziękuję.
Ville uśmiecha się szeroko i puszcza jej oczko. Już po chwili siedzą razem i rozpływają się nad smakiem wypieku.
– Dobre, naprawdę super. Powinnaś spróbować kiedyś mojej szarlotki.
– Też pieczesz?
Libertyn kiwa głową, zadowolony z efektu. Widać, iż odzyskuje grunt pod nogami, więc postanawia poruszyć pewne skomplikowane kwestie.
– Wysłałaś materiały, mimo że… no, wiesz…
– Nie miałam wyboru. Po pierwsze przyzwoitość mi nakazywała, po drugie, reszta twojego zespołu to super ludzie. Po trzecie, potrzebuję pieniędzy.
Zatrzymuje się na moment, patrząc gdzieś przez okno.
– Rzuciłam studia, więc ojciec nie będzie mnie dłużej utrzymywać. Nie planuję wrócić na magisterkę. Nie ukrywam, iż liczę niedługo na wypłatę, przynajmniej za czas, kiedy dla was pracowałam.
– Jasne, nie ma sprawy – mówi, kiwając głową ze zrozumieniem. – Było powiedzieć. Pieniądze to nie problem. Dam znać kadrowej, co i jak.
Rose upija łyk herbaty, patrząc na niego spod długich rzęs.
– Musicie kogoś sobie poszukać. Na razie Harry ma co robić, ale jeżeli dalej tak będziecie bałaganić w plikach, znowu będzie problem.
– Chcielibyśmy, żebyś wróciła. Zrobiłaś cały system archiwizacji, przejrzałaś prawie wszystkie materiały. Miałaś jechać z nami w trasę...
– Ville – przerywa stanowczym gestem dłoni – wybrałam informatykę, żeby być niezależna. Żeby pracować ze sobą, nie w zespole. Jestem indywidualistką. Lubię ludzi prywatnie, ale jeżeli chodzi o pracę – chcę pracować sama. A u was tak nie jest. Jedno spięcie z celebrytką i zostałam wywalona. Mam swoją godność i nie pozwolę się poniżać, choćby samemu papieżowi. Ewentualnie mogę wrócić na parę dni, żeby skończyć sprawy archiwum. Ale to wszystko.
Ville milknie. Przetrawia to, co usłyszał, w ciszy; bierze kęs sernika i delektuje się smakiem bezy. W końcu mówi spokojnie:
– Tak. Mamy materiały na jakiś czas. Będziemy nagrywać też nowe rzeczy. A może jednak zmienisz zdanie?
– Nie, nie zmienię – rzuca pewnie dziewczyna. – Będę szukać nowej pracy. Mam nadzieję, iż dasz mi referencje. Wprawdzie to tylko miesiąc, ale… – wzdycha z rezygnacją – aha, NDA. To jestem w dupie. Chyba jednak wrócę na te studia.
– Pokój Strachu jest twój. Ale dobrze, spróbuję kogoś znaleźć. Niemniej jednak zastanów się jeszcze. Może przynajmniej skończysz 2024 rok, co? Płacę jak za prezydenta.
Rose waha się, ale ostatecznie przyznaje Libertynowi rację, wprowadzenie nowej osoby do prawie skończonego archiwum to strata czasu i nerwów. Dlatego przystaje na jego propozycję. Nie mówi tego wprost, wystarczy potaknięcie i ledwie widoczny uśmiech, Ville odczytuje to bez problemu.
– Słuchaj, ekipa cię polubiła. Amidala płacze w poduszkę od wczoraj. Piękna, niezależnie od tego, czy wrócisz do pracy, czy nie – chcemy, żebyś wracała do pałacu. Żebyś była częścią życia Rianów. Była w naszej paczce.
Ona otwiera usta ze zdziwienia, lekko unosi brwi, ale on ciągnie myśl, a jego ton poważnieje:
– Niedługo są moje urodziny. W klubie u Roberta. Impreza zamknięta. Serdecznie cię na nie zapraszam.
– Przecież choćby mnie nie lubisz.
Ville wybucha śmiechem, jakby coś w nim pękło.
– Niezły ze mnie aktor, co? Naprawdę uwierzyłaś?
– Nie rozumiem. Sam to powiedziałeś. Unikałeś mnie, byłeś zgryźliwy i wywaliłeś mnie z pracy.
– No wybacz, ale z pracy się sama wywaliłaś... Unikałem cię, żeby... – zawiesza głos na sekundę, patrzy jej w oczy dłużej niż powinien.
– Słuchaj, jesteś gorąca, a ja jestem Libertynem, byłem twoim przełożonym, nie wiem czy bardziej chroniłem ciebie czy siebie. Ale to co zrobiłaś po tym jak Viktoria nazwała cię sprzątaczką, zmusiło mnie do spojrzenia na sprawy z innej perspektywy.
Przesuwa dłonią po oparciu krzesła szukając adekwatnych słów, po czym pochyla się lekko w jej stronę.
– Rose, naprawdę – znam bardzo mało tak honorowych ludzi, którzy gotowi są poświęcić wiele, aby chronić swoją godność. A ta twoja złość pod bramą, to było wow. Pierwszy raz w życiu poza mamą i Emmą ktoś tak gwałtownie sprowadził mnie na ziemię. Potrzebuję takich ludzi wokół siebie. Chciałbym się z tobą zaprzyjaźnić. Co ty na to?
Dziewczyna śmieje się do siebie, cicho, ale szczerze. Teraz wszystko nabiera sensu. Przyjaźń z Ville Rianem brzmi jak coś nie z tego świata, a jednak siedzi obok niej, cały w emocjach, gotowy na szczerość. Chłopak, który ją fascynował fizycznie, teraz chce się przed nią otworzyć. Muzyk, artysta, matematyk. Libertyn ją interesuje – i to nie tylko jako ciało. Chce go poznać naprawdę, prywatnie, całego.
Rose uśmiecha się szczerze i potakuje, a on wyłapuje ten krótki, znaczący gest. Wyciąga do niej dłoń.
– Może zaczniemy od początku. Ville Vivaan Rathore Rian.
– Rose Milagros Mayer – odpowiada, odwzajemniając uścisk.
Przez moment tylko patrzą na siebie. Nikt się nie spieszy, jakby czas na chwilę się zatrzymał.
– To jakie masz plany na dziś, Rose? I kiedy wracasz do Pokoju Strachu?
Ona bierze łyk herbaty, odkłada filiżankę i przeciąga się lekko, próbując rozprostować napięcie całego poranka.
– Miałeś szczęście, iż zastałeś mnie w domu. Po południu ruszam do Bristolu na urodziny matki Eryka. Pewnie zostanę na weekend.
Ville zagryza wargi i przytakuje z nieczytelnym wyrazem twarzy.
– No właśnie. I co dalej z tym twoim Erykiem? Bo z tego co wiem, to masz obiekcje.
– Postanowiłam dać nam jeszcze szansę. Kiedy uporam się ze sprawami LFL, wrócę do Bristolu. Zamieszkam z rodzicami, poukładam sobie swoje sprawy i zobaczymy. W sumie cieszę się na to spotkanie.
– Dobrze. Rozumiem. Każdy ma prawo do szczęścia – mówi sucho i przygląda się jej uważnie, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół.
Rose wskazuje na ciasto i nachyla się w jego stronę.
– Jeszcze kawałek?
Ville robi teatralny gest w akcie poddania i łapie się za brzuch.
– Nie dzięki, ale jak można, to wezmę na wynos. Jest smaczne, pewnie hołota z Liberty Fade mi zje.
Dziewczyna z uśmiechem zawija prawie całe ciasto w srebrną folię, starannie, jak dla kogoś bliskiego. Widać, iż robi to z czułością, ale nie mówi nic więcej. Ville przygląda się temu w ciszy. Dopiero gdy widzi, iż zapakowała mu prawie całą blachę, unosi brwi i protestuje:
– Ej, to już wygląda jak sabotaż.
– Pozdrowienia dla hołoty od Rose Mayer. Mam nadzieję, iż niedługo się zobaczymy – mówi, wskazując na niego nożem. – A ty będziesz mi winny szarlotkę.
– Umowa stoi – potwierdza, szczerząc się od ucha do ucha.
Zakłada płaszcz, bierze ciasto i podchodzi do niej na pożegnanie.
Całuje ją w policzek. Delikatnie, z wyczuciem. Chwilę przytrzymuje twarz tuż przy jej skroni, jakby chciał zapamiętać jej zapach. Rose robi to samo – odruchowo i bez przymusu. Przymyka oczy.
– Dzięki za wszystko, piękna. Serio. I do zobaczenia niedługo – rzuca wesoło, po czym wychodzi.
Zbliża się wieczór. Rose, w świetnym humorze, dojeżdża właśnie do Bristolu. Na chwilę zatrzymuje się w rodzinnym domu – tylko po to, by poprawić makijaż i rzucić okiem na swój pokój. Kilka przecznic dalej znajduje się posiadłość państwa Steven, rodziców Eryka. Wszyscy goście zdążyli się już zebrać. Rose wchodzi jako ostatnia i choć przyciąga spojrzenia, nikt niczego nie komentuje. Wita się grzecznie, uśmiecha, macha do kilku znajomych twarzy.
Eryk schodzi z góry. Dziewczyna nie widziała go od ponad miesiąca – od chwili, gdy zaczęła pracę dla Liberty Fade. Już z daleka dostrzega, iż zapuścił się jeszcze bardziej niż wcześniej. Blond włosy wyglądają na przetłuszczone, a może po prostu przerzedzone. Zarost, jak zwykle, jest niedokładnie zgolony. Garnitur, mimo pieniędzy i nieograniczonego dostępu do konta rodziców, sprawia wrażenie wyciągniętego z dna szafy: marynarka zbyt ciasna, koszula zapięta niedbale. Jedno spojrzenie wystarcza. Rose czuje zawód.
Kiedy Eryk pochyla się w jej stronę, dociera do niej ostry zapach perfum zupełnie niepasujący do młodego mężczyzny. Automatycznie zbiera jej się na mdłości. Miała zatęsknić, miała go pragnąć – a w głowie niespodziewanie pojawia się obraz Libertyna: wymuskany, pachnący delikatnymi perfumami, dopracowany w każdym detalu. choćby jego bielizna zdaje się pasować do stylizacji. Rose patrzy na Eryka i myśl sama układa się w jej głowie: Pod względem wyglądu i uroku osobistego, Libertyn to nie jest wysoko zawieszona poprzeczka, to po prostu sufit.
Wybudza się z zamyślenia, gdy Eryk pochyla się, by ją pocałować. Pozwala mu na to, choć lekko się wzdryga. Stara się tego nie okazywać.
Zaraz potem podchodzi do niej Margot – chuda kobieta w okularach, matka chłopaka. Lustruje Rose ubraną w czarną, koronkową sukienkę i pantofle na średnim obcasie z mieszaniną wyższości i ostrożnej aprobaty.
– No, no, Rose… zawsze na czarno. Ale przynajmniej promieniejesz. Eryk się za tobą stęsknił – mówi, mierząc ją spojrzeniem od stóp do głów. – Choć się spóźniłaś – dodaje z wyraźnym zniecierpliwieniem.
Dziewczyna oddycha spokojnie. W myślach pojawia się wspomnienie – Ville i ich „pakt przyjaźni”. Jak zaprosił ją do pałacu nie jako pracownicę, ale jako przyjaciółkę. To wystarcza, by unieść podbródek i uśmiechnąć się lekko.
– Wybacz, jeszcze jeden klient zażądał poprawek w ostatnim momencie – odpowiada z uprzejmą nonszalancją.
Margot nie wygląda na zadowoloną. Do rozmowy dołącza Eryk, kiwając głową.
– Wiesz, ja rozumiem, iż masz fajną robotę i te twoje projekty, ale praca to nie wszystko. Jestem jeszcze ja – rzuca niby żartem, z lekkim wyrzutem, po czym dodaje: – A co z sernikiem dla mnie? Przywiozłaś?
– Spalił się. Nie nadawał się do jedzenia – odpowiada spokojnie, bez cienia zawahania.
Patrzy na swojego chłopaka i krzywi się lekko. W głowie słyszy jedną, uporczywą sekwencję: Twój sernik, Eryku, oddałam pięknemu Libertynowi, za którym uganiają się miliony fanek. A ty miałeś schudnąć. Z tą myślą uśmiecha się dłużej, niż powinna. Chłopak marszczy brwi, wyraźnie zdezorientowany.
Sytuację przerywa Margot. Podchodzi do syna, gładzi go po czole. Rose poważnieje, bo w jej głowie znów pojawia się kontrastujący obraz: Mia, która na pierwszym spotkaniu uściskała ją jak kogoś bliskiego, i Rami rzucający żartami z artystycznym wdziękiem. Rozmowy przy stole podczas urodzin Amidali – ciepłe, inteligentne, bez wywyższania się. A tutaj? Margot choćby nie podała jej ręki.
Rose nie zdążyła jeszcze podejść do stołu, a już słyszy ojca Eryka chwalącego się kolejnymi wakacjami na egzotycznej wyspie. Zawsze to samo. Wchodząc głębiej do salonu, dostrzega swojego ojca gestykulującego żywo w rozmowie z bratem Margot – prawdopodobnie znów dyskutują o czymś drogim. Wita się z pozostałymi gośćmi lekkim skinieniem głowy. Zna tu niemal wszystkich.
Podchodzi do rodziców, całując ich w policzek. Jej matka, Marina, wyraźnie znudzona rozmowami o wakacjach, powoli popija białe wino. Nachyla się i szeptem wypytuje córkę o pracę i dalsze plany. Dziewczyna podtrzymuje swoją wersję: realizuje projekty na zlecenie, ma dużo pracy, studia są tymczasowo zawieszone. Marina przyjmuje to bez komentarza. Widzi więcej, niż mówi.
Eryk siada obok Rose, rozkładając szeroko nogi, i obejmuje ją ramieniem. Znowu uderza ją intensywny zapach jego perfum.
– Ładnie ci w tej sukience – stwierdza, lustrując jej dekolt. – Choć czasem mogłabyś założyć coś bardziej kolorowego. I te włosy… dobrze ci w nich. Liczę, iż w sylwestra właśnie tak będziesz wyglądać. Tylko załóż szpilki.
Dziewczyna przymyka oczy. Zupełnie zapomniała, iż sylwestra ma spędzić ze swoją paczką z Bristolu – miejsce w klubie zostało zarezerwowane już dawno. Zastanawia się teraz, co zrobi gdy Libertyn zaprosi ją na imprezę. Odpędza gwałtownie te myśli. Przyjechała tu, by odbudować relację z Erykiem i odnaleźć siebie. Uśmiecha się lekko na znak, iż przyjęła informację do wiadomości.
– Kochanie, jak tam na magisterce? – pyta Eryk, przesuwając się do niej bliżej. Zbyt blisko.
Prostuje się, jakby usłyszała coś obraźliwego, i lekko kręci głową.
– Przecież mówiłam ci, iż pracuję. Musiałam zawiesić studia.
– Zapomniałem. Wiesz, ja nie mogę sobie pozwolić na takie wakacje od uczelni, bo akurat wpadła fucha.
Pan Richard Steven, ojciec Eryka, nie przepuszcza okazji.
– Co by było, gdyby wszyscy studenci medycyny przerywali naukę w połowie? – parska z politowaniem, odwracając się do gości. – Kto by nas wtedy leczył?
Reszta potakuje, niektórzy uśmiechają się pod nosem. Rose czuje, iż zbliża się do granicy wyczerpania. Eryk traktujący ją jak ozdobę. Jego rodzice, dla których jest tylko cieniem ich syna. Ta cała impreza.
W końcu wstaje i podchodzi do okna balkonowego. Z szklanką wody z cytryną w dłoni zaczyna rozmowę z matką o drobiazgach. Kątem oka widzi, jak jej ojciec, John, staje obok Eryka i z dumą klepie go po ramieniu.
– Porządny chłopak. Takich nam trzeba!
John, właściciel firmy budowlanej, przez lata wraz z Mariną umacniał swoją pozycję, dbając o kontakty i zlecenia. To dało im status, dobre życie i stabilność. Uwielbia Eryka – a raczej jego pochodzenie: pokaźny majątek, ojciec lekarz, matka dyrektor w korporacji logistycznej. „Dobrze rokujący chłopak”. Nie dostrzega jednego: jego córka jest w tym związku nieszczęśliwa. Marina to widzi. Dlatego traktuje Eryka chłodno, tak jak Margot traktuje jej córkę.
Dwie godziny później atmosfera staje się luźniejsza. Alkohol płynie szerokim strumieniem. Eryk wykorzystuje moment – łapie Rose za rękę i prowadzi ją na górę. W swoim pokoju zamyka drzwi, popycha ją lekko do ściany, całuje bez pytania. Jego oddech pachnie wódką, ciało – nie najlepiej.
– Hej… nie stęskniłaś się? – mruczy, całując ją w szyję.
Wyślizguje się z jego objęć, próbuje złapać oddech. Czuje wilgoć na skórze. Czuje obrzydzenie.
– Chcę pogadać – rzuca sucho.
Eryk siada na łóżku, rozwala się szeroko, przyciąga ją i sadza na kolanie.
– O co chodzi?
– Niedługo znowu spróbują mi pobrać komórkę jajową. Boję się… – mówi Rose, ledwo powstrzymując łzy.
– Jesteś pod opieką lekarzy – pociesza ją, a jego głos łagodnieje. – Nie ty pierwsza, nie ty ostatnia. Dopóki się leczysz i masz to pod kontrolą, nie ma co się martwić.
– A jeżeli się nie uda? jeżeli naprawdę będę bezpłodna?
Obejmuje ją i gładzi po udzie.
– Kochanie, to nie średniowiecze. Są metody. Dzieci? Nie teraz – i tak jesteśmy za młodzi. Może kiedyś. Znajdziemy sposób.
Przez chwilę Rose czuje ciepło. Może naprawdę się troszczy. Może jest tak, jak mówi. Ale zaraz wszystko się psuje.
– We wtorek idę na wizytę. Podobno nie masz zajęć… Może przyjedziesz do Londynu, pójdziesz ze mną?
– Nie mogę. Umówiliśmy się z chłopakami. Mecz – odpowiada, dalej gładząc jej udo.
„Mecz”. Zawsze mecz. Łzy napływają jej do oczu. Gdy zaczyna dotykać jej piersi, podrywa się gwałtownie, sięga po telefon. Udaje, iż coś się stało.
– O rany! Pożar w projekcie, muszę jechać! – niemal krzyczy.
– Co? Żartujesz!?
– To istotny klient – rzuca przez ramię, zakładając marynarkę. – Nie mam choćby komputera. Wracam do Londynu. Do zobaczenia!
Zbiega na dół, tłumacząc się awaryjną sytuacją. Goście nie zdążają zareagować. Wsiada do Camaro i z piskiem opon rusza w stronę Londynu. Telefon wibruje – wiadomości od Eryka, pełne pretensji. Że uciekła. Że zawiodła jego rodziców. Chwilę później przychodzi SMS od ojca: „Praca to nie wszystko. Eryk się martwi. Zachowałaś się nie fair”.
Rose już o to nie dba. Przez prawie trzy godziny jazdy krąży myślami wokół jednego pytania: gdzie adekwatnie jest jej miejsce. Nie znajduje jednoznacznej odpowiedzi – ale jedno wie na pewno. Tam, skąd wyjechała, zawsze musiała się tłumaczyć, dopasowywać, udowadniać swoją wartość. U Rianów jest inaczej. Nikt nie mierzy jej wyglądem ani nie traktuje jak ozdoby do towarzystwa. Liczy się to, kim jest, co potrafi i co ma w głowie. Może jeszcze nie wie, gdzie należy – ale wie, dokąd chce wrócić. Do świata, w którym jest traktowana jak partnerka, a nie dekoracja. I na razie to jej wystarcza.
Gdy dociera do swojego mieszkania, jest już środek nocy. Parkuje w podziemnym garażu, wchodzi po cichu, zdejmuje buty bez pośpiechu. Bierze długi, gorący prysznic, jakby chciała zmyć z siebie nie tylko zapach Eryka, ale cały ten wieczór. Gasi światło. Kładzie się do łóżka.
Ten dzień zapowiadał się lekko, niemal radośnie. Skończył się rozczarowaniem – ludźmi, którzy kiedyś byli ważni, a teraz zostali już tylko tłem.
Ville budzi się wcześnie rano, dziwnie zadowolony z siebie. Rose niebawem znów usiądzie w Pokoju Strachu – przynajmniej na jakiś czas. A to oznacza jedno: wróciła.
Druga sprawa pozostało bardziej zaskakująca. Chyba zyskał koleżankę. Pierwszą, z którą coś go łączy emocjonalnie, ale nie fizycznie. To dla niego nowość. Do tej pory było odwrotnie, każda kobieta była tylko na noc, czasem na kilka. Nigdy nie było między nimi nic głębszego. Z Rose jest inaczej. I to jest… budujące.
Myśli o niej wciąż są trochę kosmate, nie do końca uładzone, ale wyraźnie tracą impet. Albo i nie. W każdym razie Ville wie jedno: jeżeli znów zacznie kombinować, wszystko się rozsypie. A przez cztery tygodnie wydarzyło się zaskakująco dużo:
Najpierw podrywał ją na placu zabaw. Potem zaprosił na imprezę deskorolkową i znów próbował flirtu. Do tego dołączyła Emma ze swoimi biseksualnymi zapędami. Później zaproponował Rose pracę. Całował się z nią, a zaraz potem unikał jak ognia albo, w jej obecności, przytulał Thomasa, by odpędzić myśli o jej ponętnym ciele. Gdy zaczęła zbyt często pojawiać się w zasięgu jego wzroku, postanowił całkowicie się od niej odciąć, oznajmiając, iż jej nie lubi. Ona odpłaciła mu ciętym językiem i zgryźliwością. Potem ją zwolnił. I przeprosił. A teraz? Teraz się z nią przyjaźni.
Leżąc w łóżku, Ville wpatruje się w sufit i uświadamia sobie cały ten absurd. Po chwili wybucha śmiechem i zasłania dłonią oczy.
– O kurwa. Libertyn w akcji. Zamiast zarywać, zaprzyjaźniłem się. A jeżeli schrzanię, wróci do Bristolu i tyle ją widziałem. No dobra. Przyjaźń. Najwyżej wsadzę sobie kostki lodu w majtki. Dobry pomysł – potakuje z pełną powagą. – Trzeba uzupełnić zamrażarkę.
Uśmiecha się podstępnie, sięga po telefon i otwiera galerię. Przegląda zdjęcia Rose. Tym razem je ma. Pierwsze wystarcza, by poczuł, jak zaczyna się pocić.
– Cholera… – mamrocze do siebie. – Znowu to masakryczne uczucie. Może powinienem wreszcie zrobić badania. Załamię się, jeżeli arytmia się pogłębiła. Albo dopadło mnie jakieś inne dziadostwo. Jakby mi było mało…
Wstaje. Idzie pod prysznic. Zaczyna dzień.
Tymczasem Rose odsypia intensywną noc w podróży. Eryk dzwonił kilka razy, ale odpowiedziała tylko zdawkowo – iż dotarła bezpiecznie do domu. Cały dzień poświęca swoim sprawom: przegląda oferty, szuka pracy. Jedna z nich wydaje się obiecująca – zlecenia na pisanie prostych aplikacji. Zdalnie, elastyczne godziny, bez sztywnych zobowiązań.
Z tyłu głowy pojawia się jednak inna myśl, taka, która wraca ostatnio coraz częściej. Chciałaby pojechać z zespołem w trasę koncertową. Przynajmniej na jakiś czas. Gdyby udało się znaleźć właśnie taką pracę, zdalną i projektową, mogłaby zarabiać niezależnie, a wolny czas poświęcić na archiwizację materiałów LFL – bez dodatkowych obowiązków, bez bycia „podwładną Libertyna” co dawałoby jej kontrolę i niezależność.
Pomysł zaczyna podobać jej się coraz bardziej.
– Czy Liberty Fade się na to zgodzą? – mruczy pod nosem.
Po chwili sama sobie odpowiada:
– W sumie… czemu nie? Chociaż na trasę po Europie. Byłoby fajnie.
Z tą myślą wsiada do samochodu i rusza w stronę pałacu. Nie zwleka – walizka wciąż leży nierozpakowana w bagażniku. Miała przecież spędzić weekend u rodziców z Erykiem. Gdy dojeżdża do Rathorehouse, skanuje kod QR przy bramie. Ochroniarz, który zna ją już dobrze, uśmiecha się szeroko i macha w powitaniu.
Parkuje na swoim miejscu i zerka na zegarek – południe. Raczej nikogo nie zastanie. Kamerdyner pomaga jej zanieść bagaże do Pokoju Bacha i znika równie cicho, jak się pojawił. Rozpakowuje rzeczy, po czym zbiega do kuchni, gdzie czeka na nią ciepły posiłek.
Pół godziny później siedzi już w serwerowni, z lizakiem w ustach i melisą w kubku, klikając ze złością.
– Cholera jasna, dwa dni mnie nie było, a tu kolejne foldery! To się nie dzieje naprawdę… – mruczy, gdy drzwi do serwerowni otwierają się bez pukania.
– Nie, nie wierzę! – woła Emma, stając w progu. – Myślałam, iż nasz celebryta ściemnia, iż wrócisz! Ślicznotko, tak się cieszę!
Zanim Rose zdąży odpowiedzieć, Emma rzuca się jej na szyję z takim impetem, iż aż brakuje jej tchu. Obie wybuchają śmiechem, a euforia spotkania rozgrzewa przestrzeń pełną kabli, ekranów i chłodnego powietrza.
– Tak, wróciłam – odpowiada luźno. – Przynajmniej do końca roku. I widzę, iż znów… same ważne materiały.
– Cóż mogę powiedzieć, kochana. Kota nie ma, myszy harcują. Szczególnie Ville i jego ukochana córeczka.
Emma nie kryje prawdziwej euforii – jeszcze raz przytula Rose, tym razem delikatniej. Przez dłuższą chwilę rozmawiają, przedrzeźniając chłopaków z zespołu, a czasem kamerdynera, który snuje się po pałacu jak cień.
– A, zapomniałabym. Twoje ciasto zostało zjedzone do ostatniego okruszka. Wiesz, ślicznotko, gdybym wcześniej wiedziała, iż z ciebie taka kucharka, nie darowałabym ci!
– Cieszę się, iż smakowało – odpowiada, chichocząc. – To co, dziś próba? Chętnie popatrzę, jak Libertyn się poci.
Ruszają w stronę sali prób, gdzie są już Ville, Paul, Robert i Thomas. Na widok Rose rzucają się ku niej i ściskają tak mocno, iż znów brakuje jej tchu.
– Zostawcie moją koleżankę w spokoju! – krzywi się Libertyn, próbując ich od niej odciągnąć.
Śmiech rozbrzmiewa w całej sali, ale po chwili wszyscy łapią za instrumenty i zaczyna się prawdziwa próba. Przez niemal godzinę Rose jest podekscytowana – słucha uważnie, robi kilka zdjęć, kiwa się lekko w rytm muzyki.
Wszystko zmienia się pod koniec, gdy Ville podchodzi do mikrofonu i zaczyna śpiewać Call Me Later – utwór z drugiego albumu, bardzo emocjonalny, jak większość jego piosenek. Na dźwięk znajomych słów coś ją ścina.
Kontrast ciał i kontrast dusz,
tak ściska mnie, odbiera tchu.
Paleta kolorów i słodycz słów
zniknęła gdzieś, zmieniona w kurz.
Przez głowę przelatuje jej wizyta w Bristolu. Kontrast ciał między Erykiem a Libertynem. Kontrast dusz między kulturą i ciepłem Rianów a nowobogackim chłodem rodziców jej chłopaka. Plany na spokojne życie z Erykiem, dawniej oglądane przez różowe okulary, od jakiegoś czasu bledły. Teraz ostatecznie rozsypują się w pył.
Ville śpiewa dalej, nieświadomy. Jego głos niesie emocje, których Eryk nigdy choćby nie próbował zrozumieć. Rose zamyka oczy. Nie chce wychodzić z próby, nie teraz, gdy tak bardzo pragnie być blisko zespołu. Gardło ściska jej się boleśnie. Łzy napływają same. Jedna, potem druga spływa po policzku, a ona wyciera je nieporadnie rękawem sukienki.
To nie jest moment decyzji. To jej pieczęć – ostateczne pożegnanie starego życia i wejście w świat Rianów z czystą kartą.
Smutek Rose nie umyka Villemu. Jako wokalista zawsze ma baczenie na swoją publiczność. Głos zawiesza mu się na ułamek sekundy, ale nie przerywa. Widzi, iż z dziewczyną dzieje się coś ważnego.
Kiedy kończą, zespół zaczyna zwijać sprzęt. Próba była krótka, chodziło wyłącznie o przećwiczenie nowych brzmień w kilku utworach, nad którymi pracował Thomas. Gdy reszta rozchodzi się do swoich spraw, dziewczyna wciąż siedzi w fotelu, zagryzając wargi.
– Coś się stało? – pyta Ville cicho, podchodząc do niej bliżej.
Ona tylko kręci przecząco głową. Libertyn uśmiecha się z tym swoim zawadiackim błyskiem w oku.
– O piękna, moi fani płaczą z dwóch powodów. Bo mnie kochają i pragną choćby mnie dotknąć… albo dlatego, iż moje piosenki trafiają w ich uczucia. Ty możesz mnie dotykać ile chcesz – więc obstawiam: uczucia?
Rose nie może uwierzyć, iż on tak łatwo ją rozszyfrował. Jednak nic nie mówi. Ville bierze ją za rękę i razem wychodzą z sali prób. Idą chwilę wzdłuż ciemnego korytarza w podziemiach, potem wchodzą po schodach do holu głównego i kierują się dalej, do części sypialnianej, do Pokoju Libertyna. W połowie drogi ona przystaje na moment. Chłopak tylko się uśmiecha, przekrzywia głowę i rzuca:
– Oj, przestań. Mam lód w majtkach – mówi wesoło, po czym natychmiast otwiera szeroko oczy, jakby sam nie wierzył, iż właśnie to powiedział.
Rose unosi brew i tylko lekko kiwa głową. Już zdążyła przywyknąć do dziwnych tekstów Libertyna. Wchodzą razem do jego sypialni. Zna to miejsce, była tu na samym początku, zanim dostała propozycję pracy. To łóżko… wygodne, miękkie, znajome.
– Siadaj albo kładź się, jak chcesz – mówi Ville przez ramię, rozbierając się. Rzuca swoją koszulę w dziewczynę i znika w łazience.
Rose nie może się powstrzymać, przyciąga materiał do twarzy i wącha. Jest lekko przepocona po próbie, a mimo to pachnie lepiej niż Eryk w swoim najdroższym garniturze. Niedługo potem Ville wychodzi, tak jak wcześniej w samych czarnych bokserkach. Dziewczyna patrzy na niego z lekkim rozmarzeniem w oczach. On tylko parska śmiechem, przechodzi do garderoby i chwilę później wraca już ubrany, oczywiście z klasą.
– No dobra, laska – rzuca, siadając obok niej – opowiadaj, co tak gwałtownie wróciłaś? I dlaczego wzruszyłaś się moim aksamitnym wokalem?
Dziewczyna siedzi zgarbiona na łóżku, bawi się rogiem poszewki od poduszki i wzdycha ciężko.
– Atmosfera była beznadziejna. Nie miałam ochoty z nimi być. Wróciłam w nocy.
– Ulala… Nie widziałaś się z ukochanym miesiąc, jechałaś do Bristolu ze dwie godziny i jeszcze tej samej nocy wróciłaś do Londynu? No, powiem ci, grubo!
– Eryk mnie dobił i tyle – odpowiada, czując narastającą gulę w gardle.
Ville patrzy na nią z politowaniem i parska śmiechem. Rose kładzie się na wznak na jego łóżku. Przez chwilę spogląda w sufit, śledząc wzrokiem misternie wykonaną, czarną sztukaterię. Wreszcie się odzywa:
– Niedługo mam wizytę u lekarza. Poprosiłam Eryka, żeby ze mną poszedł. To bardzo ważne… ale on nie może.
– Nie może czy nie chce? – chłopak nie odpuszcza, przekrzywiając lekko głowę. Po chwili dodaje z wyczuwalną nutą kpiny: – Obstawiam, iż nie chce, skoro… wróciłaś w nocy.
Rose przełyka ślinę, czując, jak w oczach zbierają się łzy, tym razem bardziej z powodu narastającego strachu o własne zdrowie niż samej rozmowy o Eryku.
– Boję się, a on mnie olał. Woli… kolegów.
– Kiedy masz tego lekarza?
– We wtorek, rano – mówi z zaciśniętym gardłem.
– Okej. Zawiozę cię i potrzymam za rękę.
– To wizyta u ginekologa – wtrąca Rose, akcentując ostatnie słowo.
Libertyn wzdycha teatralnie i spogląda w sufit, rozważając powagę wyzwania.
– To poczekam przed gabinetem. Tak, tak będzie choćby lepiej.
Obydwoje wybuchają śmiechem. Śmiechem, który na moment rozprasza cień wiszący nad rozmową. Potem zapada cisza, a słowa same układają się w wyznania. Rose w końcu decyduje się opowiedzieć mu o swoim zdrowiu: o tym, iż lekarze nie wykluczają operacji usunięcia jajników i jej bezpłodności. Ville przyciąga ją mocniej, pozwala jej schować twarz w jego ramieniu, ociera łzy i delikatnie całuje w czoło. Następnie obydwoje kładą się na plecach, wsłuchując się w ciszę przerywaną buczeniem ogrzewania i odgłosem wiatru uderzającego o okna.
– Mam problemy z tarczycą, ciągle odnawia się anemia – mówi, przewracając się na bok – gdy miała się urodzić Amidala, załamałem się psychicznie, wpadłem w bulimię. Dwa lata temu wykryli u mnie arytmię – biorę leki. Niestety, ostatnio nie czuję się najlepiej.
– A co ci jest? – pyta Rose, poważnym tonem.
– Nie wiem. Nie mogę zebrać myśli, czasem mi gorąco i serce wali jak głupie, wierci mnie w żołądku. Byłem z tym u lekarza, kazali zrobić mnóstwo badań. Czekam na wyniki, ale zwlekam z pobraniem krwi. Strasznie boję się strzykawek. zwykle mdleję.
– Okej, dla mnie to wygląda na objaw zakochania, ale biorąc pod uwagę, iż jesteś rozpustnikiem i masz problemy kardiologiczne, to skreślam tę diagnozę.
Libertyn odwraca głowę w stronę okna, wytrzeszcza oczy i otwiera usta. W głowie ma plątaninę myśli. Uśmiecha się sam do siebie, po czym natychmiast się karci: O nie, żadnego zakochania. Ja się nie zakochuję. To na pewno jakaś choroba. Jestem ciężko chory. Odwraca się do dziewczyny, patrzy jej w oczy… i czuje, iż znowu robi mu się gorąco. Rose, jakby nic się nie stało, przeciąga się i ziewa.
– To może we wtorek pójdziemy za ciosem i po mojej wizycie uśmiechniesz się do pani pielęgniarki, która wbije ci w żyłę taaaką – tu pokazuje półmetrową odległość – igłę i pobierze ci krew.
Ville myślami wraca na adekwatne tory bo właśnie odepchnął od siebie niebezpieczne myśli o zakochaniu. Teraz patrzy na nią groźnie, z miną urwisa. Na moment oboje milkną, próbując zachować powagę, ale po kilku sekundach wybuchają śmiechem odbijającym się echem od ścian pokoju.
Rose przerywa ciszę lekkim chrząknięciem, jakby zbierała się do czegoś ważnego. Wreszcie, z pozornym spokojem, zadaje pytanie, które od kilku dni nie dawało jej spokoju.
– Libertynie, dlaczego ty nie masz dziewczyny? Tak naprawdę?
Unosi wzrok i przygląda mu się uważnie, chcąc uchwycić każdą reakcję. Głos ma opanowany, ale wewnętrzne napięcie zdradza delikatny ruch palców, którymi nerwowo poprawia rąbek sukienki.
– Ja wiem, iż tłumaczyłeś to widzom w pierwszym sezonie, iż masz dużo na głowie – zespół, dziecko, praca – iż nie masz czasu w fochy… Ale ja nie przyjmuję tej narracji. To można połączyć. Po pierwsze: nie każda dziewczyna dramatyzuje. Po drugie: ty i tak znajdujesz czas na imprezy mimo obowiązków.
Ville porusza się niespiesznie, jakby każdy gest był częścią jakiegoś wewnętrznego spektaklu. Opiera się wygodniej, odgarnia włosy z czoła i z wyraźną manierą przeciąga spojrzeniem po jej sylwetce. Przez moment wydaje się rozbawiony, ale w jego oczach błyska coś, czego nie da się do końca odczytać.
– Widzisz, ślicznotko – zaczyna wolno, teatralnie niemal. – To wszystko prawda. I zgadzam się z tobą… Tyle że… ja po prostu lubię być libertynem. Lubię sypiać z kim popadnie. Taki jestem.
– Ile lat jeszcze chcesz tak żyć? – rzuca ostrożnie, , a na jej twarzy pojawia się wyraz szczerego niedowierzania. – Naprawdę nie chcesz się ustatkować?
– Skarbie… może i bym się ustatkował. W pewnym sensie.
– W pewnym sensie? Czyli?
– Po prostu… nie można mieć mnie tylko dla siebie – mówi cicho.
Rose prostuje się gwałtownie, ponieważ jego słowa ugodziły ją bardziej, niż się spodziewała. Spina ramiona, a usta zaciskają się w cienką linię.
– Czy ja dobrze rozumiem, iż dziewczyna miałaby się tobą dzielić?
Ville wzrusza ramionami z nonszalancją, jakby to było najbardziej naturalne na świecie.
– W sensie... związek otwarty? Jak Emma i Robert? – dopytuje, tonem, który próbuje zachować rzeczowość, choć głos lekko jej drży.
– Tak, dokładnie o to mniej więcej chodzi – odpowiada bez emocji. – I co? Uważasz, iż to takie złe? Przecież są szczęśliwi, dogadują się. Oficjalnie są razem od kilku miesięcy, ale wcześniej byli w luźnej relacji. Ślicznotko… nie bądź naiwna. Jesteś tu już jakiś czas. Wiesz, jak to wygląda. Mury tego pałacu widziały niejedno…
– No tak – rzuca cicho Rose, a potem nagle zaciąga powietrze zupełnie wbrew sobie. – Ale jak ty sobie to wyobrażasz? Jesteś z jedną, spędzacie razem czas z Amidalą, wspólne wakacje, mieszkanie razem, obiadki u teściowej, a potem przychodzi jakaś noc i…
Opuszcza głos i teatralnie naśladuje Villego:
– „Sorry, kochanie, ale dziś bzyknę Iksińską, także widzimy się na śniadaniu.”
– Nie rozumiesz. Nie o taką otwartość mi chodzi. Jest impreza, jest miło, może choćby jakiś kieliszeczek winka, bierzemy sobie przytulankę i… w trójkącie albo w innym wielokącie spędzamy nockę.
Rose krzywi się, a jej ciało napina się niczym struna, dłonie zaciskają się na udach próbując się powstrzymać przed czymś ostrzejszym.
– Aha. Czyli… trójkąciki z dziewczynami?
Libertyn pochyla się ku niej z zaskakującą powagą, patrząc jej prosto w oczy.
– No, nie będę ukrywał, iż wolałbym, żeby moja dziewczyna miała ciągoty biseksualne. Wtedy byłoby lepiej. Ale gramy fair play – więc nie miałbym nic przeciwko, gdyby ona chciała przespać się z innym facetem. Chętnie sam bym się… pomacał z jakimś przystojniakiem.
Robi krótką pauzę. Jego ton nie jest prowokujący – przeciwnie, mówi to, jakby właśnie rozmawiali o podatkach.
– Niemniej jednak to miałaby być nasza wspólna decyzja. Wspólna zabawa.
Ona otwiera usta ale natychmiast je zamyka. Jej twarz na moment traci wyraz – jakby ktoś właśnie podciął jej grunt pod nogami. Głos, który wydobywa się z niej chwilę później, brzmi cicho, niemal niepewnie:
– A ile razy… nie wiem… w ciągu miesiąca chciałbyś mieć takie relacje?
Ville uśmiecha się kątem ust – ten jego typowy uśmieszek, nieco zadziorny, nieco zuchwały, jego pewność siebie rośnie.
– Kilka razy w roku. Oczywiście pod warunkiem, iż relacje z moją dziewczyną byłby bardzo zadawalające.
Mówi to spokojnie, z lekkim namysłem, patrząc na nią uważnie, badając jej reakcję i sprawdzając czy przekroczył granicę, czy może jeszcze nie.
– Wiesz… mam wymagania. I duży apetyt.
Milczenie, które zapada, nie jest już przyjemne. Nie przypomina ciszy między dwojgiem bliskich ludzi – to coś gęstszego, jakby powietrze w pokoju nagle stało się zbyt ciężkie, zbyt nasycone znaczeniami.
Rose przełyka ślinę, niemal bezwiednie. W gardle czuje gulę. Zaczyna żałować, iż w ogóle zainicjowała ten temat. Zanim jednak zdąży znaleźć słowa, które wyrwałyby ją z tej pułapki rozmowy, telefon Villego zaczyna wibrować. Dźwięk staje się wybawieniem.
– Thomas – mruczy, zerkając na ekran. Jego głos brzmi obojętnie, prawie nieobecnie, ale palce poruszają się szybko, sprawnie odbierając połączenie.
Po drugiej stronie słychać przytłumione, energiczne głosy i szybki potok słów – zaproszenie na nieplanowaną, nielegalną imprezę techno, gdzieś w starym hangarze na obrzeżach miasta. Ville słucha z lekkim uśmiechem, raz czy dwa kiwa głową, choć rozmówca nie może tego widzieć, po czym się rozłącza.
W międzyczasie Rose wstaje z łóżka nie mogąc dłużej usiedzieć. Podchodzi do fortepianu. Jej palce muskają wypolerowaną czarną taflę instrumentu, delikatnie, niemal nieobecnie, jakby szukała w tej powierzchni ukojenia albo jakiegoś pretekstu, żeby się odsunąć. Libertyn odkłada telefon, nie odrywając od niej wzroku. W jego oczach znów pojawia się ten błysk – psotny, zapraszający, z odrobiną wyzwania.
– To co, koleżanko, idziesz z nami?
Ona pragnie wyrwać się z tego pokoju, potrzebuje chwili zabawy, zapomnienia więc potakuje i, zamiast odpowiedzieć słowami, naciska po kolei kilka klawiszy fortepianu. Chłopak zaciska zęby i krzywi się teatralnie, po czym kręci przecząco głową, jakby właśnie ktoś zbezcześcił świętość.






![Dolny Śląsk: Trwa rewitalizacja linii nr 319. Po zakończeniu „tiry pójdą na tory” [NOWE ZDJĘCIA]](https://wroclife.pl//galleryImgArt/8027/gallery/0//intro.jpg)

