Rozdział 8
Offline
Wendy siedzi w piżamie w głównym gabinecie rezydencji Rianhouse, pogrążona w ciszy, którą zakłóca jedynie stukot klawiatury i delikatny szum wentylatora. Setki nieprzeczytanych maili piętrzą się na ekranie, jakby przypominały jej, iż świat korporacji nie zna snu. Poza Rose, która gdzieś na górze znów nurkuje w jakimś serwerze, dom dziś opustoszał. Chłopcy z Liberty Fade i Rami wyjechali na nagrania – mają wrócić dopiero za kilka dni. Bliźniaki są pod opieką niani.
Wendy wzdycha, opadając ciężko w fotelu. Wciąż ma w uszach niedawny żart Mii – ten moment, kiedy mimochodem zaintonowała marsz weselny, patrząc na nią i Paula z tym swoim charakterystycznym, niepokojąco celnym spojrzeniem. Poczuła wtedy znajome ukłucie. Jest z Paulem od lat, mają dzieci. A jednak – ślub? Nie. To nie dla niej. Nie chce iść drogą swojej matki – kobiety, która całe życie spędziła na utrzymaniu męża, bez własnego głosu, bez poduszki bezpieczeństwa. Wendy, wyjeżdżając na studia do Wielkiej Brytanii, przysięgła sobie, iż nigdy się nie uzależni. Od nikogo.
Jej firma, ta japońsko–brytyjska maszyna, dla której pracuje od lat, stała się jej drugim domem. A może raczej – bezpieczną twierdzą. Poświęciła jej wszystko. Pracowała ponad siły, aż w końcu dostała upragniony awans. Praca zdalna miała być spełnieniem marzeń – mogła być z dziećmi, z Paulem, z zespołem w trasie. Tyle iż w rzeczywistości codzienność zamieniła się w nieustający szum powiadomień, raportów i pretensji. Doba bez przerw. Japońska kultura pracy i chłód szefa perfekcjonisty tylko pogłębiały zmęczenie. Od tygodni czuje, iż jest coraz bardziej nieobecna. Ma wrażenie, iż między nią a Paulem zaczyna coś się sypać.
Kolejny mail z pretensjami. Wendy zamyka oczy, zaciska lekko szczękę. Przez sekundę po prostu siedzi w milczeniu, zanim wstaje i wychodzi z gabinetu. Idzie do kuchni boso, powoli, jakby każdy krok był cięższy od poprzedniego. Nalewa sobie soku, siada przy wyspie i podpiera głowę dłonią. Patrzy w jeden punkt, bez wyrazu. Czuje się pusta.
Cisza zostaje naruszona jedynie miękkim odgłosem otwieranych drzwi. Do kuchni wchodzi Emma – zadowolona z życia, uśmiechnięta, jak zawsze doskonale ubrana, choćby jeżeli w swobodnym stylu. Włosy lekko upięte, w uszach długie kolczyki.
– Wow, znowu w piżamie? – rzuca z lekkim rozbawieniem, zerkając na zegar. – Już prawie południe.
Wendy wzdycha ciężko. Nie podnosi wzroku.
– Nie miałam czasu.
– Tak jak wczoraj… i przedwczoraj? – Emma siada obok, opierając łokcie o blat. Jej ton jest łagodny, ale spojrzenie uważne.
– Nie mam wyboru. Muszę pracować.
– Czasem trzeba też odpocząć.
– Przecież dopiero co miałam urlop.
– Przepraszam, co miałaś? Urlop? Niby kiedy?
– No... w zeszłym tygodniu.
– Chwila – Emma marszczy brwi – ja chyba śnię. Przecież nie odrywałaś się od telefonu i laptopa. To był urlop?
– To nie jest takie proste – wzrusza ramionami. – I tak cud, iż dali mi parę dni w tym terminie.
– Rozmawiałyśmy już o tym. Miałaś wziąć pełne dwa tygodnie, bez laptopa, bez telefonu. Złapać trochę dystansu, pamiętasz?
– Musiałam być w dyspozycji!
Emma milknie na moment. Bierze kilka głębokich wdechów, jakby sama potrzebowała się uspokoić.
– Miałaś też pomyśleć o normalnej pracy. Takiej, w której będziesz miała czas dla siebie i rodziny.
– Jestem w tej firmie od wieków. A teraz… teraz mnie docenili.
– Kochanie, znamy się tyle lat. Nie mogę patrzeć, jak twoje życie zamienia się w pasmo maili z pretensjami, na które odpisujesz dniami i nocami. Twoje dzieci dorastają. Paul znalazł swoją drogę – muzyka, ekologia, ten jego cały mikroświat. A ty? Tkwisz w miejscu.
– Dostałam awans!
Emma tylko kiwa głową, zrezygnowana.
– Kiedyś pracowałaś pół doby. Teraz – całą dobę. Błagam cię, Wendy. Opamiętaj się.
– Niezależność jest dla mnie najważniejsza – odpowiada cicho, ale z uporem. – Nie będę jak moja matka.
– Ale ty nie jesteś swoją matką. Jesteś z Paulem. Człowiekiem spokojnym, odpowiedzialnym. On cię kocha. Macie dzieci. Może właśnie dlatego powinnaś odpocząć. Wziąć prawdziwy urlop. A potem… poszukać normalnej pracy, dającej więcej oddechu. Paul ma podobne zdanie. Zresztą… słyszałam waszą poranną kłótnię.
Delikatnie dotyka ramienia przyjaciółki. Ta przymyka oczy i wtula twarz w jej dłoń, jakby nagle cały ciężar ciała opadł.
– Ty też masz rodzinę, firmę, odpowiedzialność...
– Ale jest południe, a ja jestem w domu – przerywa jej Emma. – Mam dziś jedno spotkanie, potem odbieram małego ze żłobka. I jestem z rodziną. Nie śpię z laptopem pod poduszką.
Wendy spogląda na nią z cieniem złości.
– No właśnie. Dostałaś nowoczesną, rozwiniętą firmę... w prezencie.
– To nie chodzi o firmę. Tylko o styl życia. O to, żeby nie być niewolnikiem. Popatrz na dziewczyny – Sandra? Ma etat, ale znajduje czas dla Thomasa, na pasje, imprezy. Rose? Pracuje tyle, żeby nie musieć być w pełni zależną od Villego. A ty… masz wybór. Możesz znaleźć coś, co cię nie wypali.
Przyjaciółka spuszcza głowę. Z jej oczu cicho wypływają łzy. Nie robi sceny. Po prostu siedzi i płacze. Pociąga nosem, głos jej drży.
– Mama dzwoniła… znowu miała pretensje, iż nie mam ślubu z Paulem…
– Nie rozumiem tej azjatyckiej presji na małżeństwo, ale może… może właśnie tego ci brakuje? Może ślub dałby ci poczucie, iż jesteś z Paulem naprawdę. Że ktoś cię chroni. Może wtedy odpoczniesz. I może wtedy... rzucisz tę cholerną pracę.
Telefon pika. Znów. Powiadomienie. Wendy sięga odruchowo, ale Emma łapie go w pół gestu i zdecydowanym ruchem wrzuca do szuflady ze sztućcami.
Przyjaciółka wybucha płaczem. Tym razem naprawdę. Z głębi. Cicho na początku, potem głośniej. Całe napięcie tygodni, miesięcy wylewa się razem z łzami.
Emma przytula ją mocno.
– Płacz, Wendy – szepcze. – Płacz…
Do kuchni wchodzi Rose – uśmiechnięta, promienna, ubrana w czarną koronkową sukienkę. Włosy delikatnie upięte, subtelny makijaż, kilka dyskretnych pierścionków. Jej obecność rozjaśnia przestrzeń.
– O, coś się stało? – pyta z troską. – Mogę jakoś pomóc?
Emma podnosi wzrok znad ramienia przyjaciółki. Odpowiada cicho, ale stanowczo:
– Nasza koleżanka ma dość. Dość pracy i klientów.
Rose siada po drugiej stronie, blisko, z empatią niepotrzebującej wielkich słów.
– Gdybym pracowała całą dobę, też bym miała dość – mówi łagodnie. – Kto by nie miał?
Zna Wendy od lat. Wie, iż należy do tych kobiet, które nigdy nie proszą o pomoc. Tak jak ona — obie są ambitne, obie cenią niezależność. Rose nauczyła się jednak czegoś jeszcze: iż czas dla rodziny, dla siebie, dla miłości nie jest luksusem, ale koniecznością. I choć stara się nie brać od Villego więcej, niż musi, nie zaprotestowała, gdy to on wziął na siebie pełne utrzymanie ich małej rodziny.
Tymczasem Wendy nie chce niczego od Paula. Nie mają choćby wspólnego konta. Dokłada się do wszystkiego, mimo iż Paul zarabia dwadzieścia kilka razy więcej — z muzyki, z dzierżawy pól, z mikrofirmy kosmetycznej. I nigdy jej tego nie wypomniał.
– Z Paulem ciągle się kłócimy – mówi cicho, z trudem, jakby każde słowo ważyło zbyt wiele. – Tu, w rezydencji, staramy się to ukrywać, ale…
– Szczególnie dzisiaj rano – wtrąca Rose.
– Wszyscy to zauważyli – wtóruje jej Emma. – U Rianów dom jest zwykle głośny, pełen zamieszania, ale to ciepły chaos. Tu się nie kłóci. A dziś…
Wendy unosi twarz, cała rozmazana od łez.
– Widziałam spojrzenia innych. Amidala wyglądała na przerażoną.
– Skoro dziewięciolatka tak to odebrała – to pomyśl, co czują bliźniaki. Dla nich to kompletnie niezrozumiałe. A najgorsze jest to, iż wszystko dzieje się w imię czego?
Rose pochyla się lekko, mówi bez gniewu, ale z pasją:
– W imię pracy, która wypala cię od środka i niszczy wszystko wokół.
W kuchni zapada cisza. Ciepła, gęsta, potrzebna. Wendy nie odpowiada, ale w jej oczach widać cień ulgi. Emma wstaje pierwsza. Ma spotkanie w centrum – krótkie, ale ważne. Zakłada elegancki płaszcz i rzuca ostatnie spojrzenie przyjaciółce, pełne siostrzanego ciepła. Rose również podnosi się z krzesła.
– Pójdę jeszcze popracować – mówi z miękkim uśmiechem. – Godzinę, może dwie. Potem odbiorę młodą ze szkoły i skoczymy na jakieś ciacho. Chcesz iść z nami?
Wendy tylko kręci głową. Jeszcze nie teraz. Dziewczyny wychodzą, każda w swoją stronę, zostawiając ją samą przy kuchennej wyspie. Przez chwilę w domu panuje absolutna cisza. Tylko w szufladzie ze sztućcami... telefon przez cały czas pika. Uparcie, natarczywie i nieubłaganie.
Wieczorem tego samego dnia w drzwiach wejściowych staje Mia – ubrana w ciemny, dopasowany dres, który na niej wygląda bardziej jak stylowa kolekcja niż strój treningowy. Pod pachą niesie matę do ćwiczeń. Zdejmuje buty, opierając się o ścianę, i z westchnieniem rzuca pod nosem:
– Ta zumba mnie kiedyś zabije.
Z salonu wypada Echo, która na widok Mii podskakuje niczym sprężynka. Mia kuca przy niej, bez wahania zostawiając matę na podłodze.
– No kto tu jest najpiękniejszym pieskiem?
Echo przewraca się na plecy, wystawiając brzuch z rozczulającą bezbronnością. Mia śmieje się, tarmosi ją za uszami, gładzi po bokach, aż pies przymyka oczy z błogości. Potem wstaje, z lekkim skrzywieniem – coś ukuło w jej biodrze. Znowu mruczy:
– Chyba zaraz rozlecę się ze starości.
Zabiera matę i rusza przed siebie. W salonie widzi Wendy: skuloną na kanapie, z laptopem na kolanach i pustym wzrokiem utkwionym w ekranie. Dziewczyna podnosi głowę, dostrzega Mię i macha do niej słabo, z ledwo widocznym uśmiechem. Mia podchodzi kilka kroków bliżej. Na ogół nie wchodzi ludziom z butami w życie. Daje przestrzeń, czasem tylko sugeruje, rzuca luźne zdanie, które potem zostaje na długo. Teraz jednak nachyla się lekko i mówi z tym swoim charakterystycznym, zmysłowo rozbawionym tonem:
– Ulala… kieliszeczek prosecco by się przydał, co?
Wendy odpowiada uśmiechem – bez głosu, bez siły – i wraca wzrokiem do ekranu, znów bezwładnie stukając w klawiaturę.
Po schodach schodzą Rose, Sandra i Emma. Emma łapie matkę za rękę i, jakby w konspiracji, prowadzi ją do kuchni. Tam kamery na pewno są wyłączone. Następnie opowiada krótko o rozmowie z Wendy, kończąc na jednym – dziewczyna miała urlop, który urlopu nie przypominał.”
Mia opiera się o blat, spokojnie i z nutką ironii stwierdza.
– Tak mi się właśnie wydawało, iż miała wolne.
– Jak to wydawało? – pyta Rose z niedowierzaniem. – Przecież miała nos w telefonie od rana do wieczora. Non stop.
– Może i tak, ale na przebranie się z piżamy czas znalazła…
– W sumie masz rację – przyznaje Rose po chwili. – A ja naiwnie myślałam, iż wyluzowała w pracy. Że zmniejszyli jej zakres obowiązków.
Emma krąży wokół wyspy, nerwowo poprawiając rękaw swetra.
– Mamo… co mam zrobić żeby jej pomóc?
– Nie pomożesz jej. Nie uratujesz kogoś, kto nie chce być uratowany.
– Chyba żartujesz! Tu już nie chodzi tylko o nią. Chodzi o dzieci. O Paula. On tak bardzo ją kocha, a ona się oddala. I jeszcze ta jej matka... Znowu dzwoniła, znowu pytała o ślub. A ty, oczywiście, dorzuciłaś swoje z tym marszem weselnym.
– Czyli zadziałało? – przerywa jej Mia z lekkim, niepokojąco spokojnym uśmiechem.
– Co? Jak to… zadziałało?
– Skoro o tym rozmawiałyście, to znaczy, iż podziałało. Skoro płakała i pękła, to może wreszcie coś do niej dotrze.
– Zawsze wszystko przewidujesz – mruczy Rose pod nosem.
– Nie zawsze. Ale tym razem zagrałam va banque. Idę się ogarnąć. Poczekajcie na mnie chwilę.
Zabiera matę spod ściany i wychodzi z kuchni, zostawiając w powietrzu zapach perfum i niepokojącego przeczucia, iż znów ma rację.
Dziewczyny idą za nią i kierują się do salonu, gdzie światło przygaszono na wieczorny tryb – ciepłe, przytulne, jakby dom sam chciał powiedzieć: ,,już wystarczy na dziś”. Mia wspina się po schodach na górę, zatrzymując się na półpiętrze, by rzucić przez balustradę:
– Naszykujcie winko. Byle nie czerwone. Niedługo zejdę… znaczy, z góry na dół… do salonu.
Śmiech rozbrzmiewa natychmiast. Rose i Emma parskają jednocześnie, a Wendy – mimo iż jeszcze trzyma laptopa na kolanach – zamyka go powoli i odstawia na bok. Po prostu, bez słowa.
Na stoliku kawowym stoi pięć kieliszków, schłodzone białe wino i kanapki z łososiem na pełnoziarnistym chlebie. Obok – ponownie otwarty laptop, jakby Wendy nie potrafiła jeszcze całkiem się odciąć. Mia, która właśnie zeszła, siada z gracją, bierze łyk i mówi z tym swoim klasycznym tonem: pół–żartem, pół–wyzwaniem:
– Wiesz, Wendy, podziwiam cię. Taka oddana firmie… Gdyby moi pracownicy tak zasuwali po godzinach, połowa byłaby zbędna…– zamyśla się i dodaje: – Ale to w sumie bez sensu, bo przecież trzeba by było płacić im za nadgodziny. Prawda?
Rose i Emma wymieniają spojrzenia, jakby właśnie coś przeskoczyło im w systemie. Wendy patrzy na Mię z mieszaniną zdziwienia i podejrzliwości.
– Mam kontrakt – mówi powoli. – Nie mam wyznaczonych godzin pracy.
– Aaa, to tak się robi… – Mia kiwa głową z miną, która mogłaby wskazywać na to, iż odkryła sekretny składnik kuchni japońskiej. – Chyba muszę pogadać z działem HR.
Trzy pary oczu wpatrują się w nią jak w mem wymykający się logice.
– Ale nie rozumiem – odzywa się Sandra, sięgając po telefon. – Zmieniasz podejście? Przecież twoja firma znowu została odznaczona jako... – przelatuje wzrokiem po ekranie – „modelowa organizacja w zakresie humanistycznego zarządzania zasobami ludzkimi”. – Czyta dalej, z lekkim akcentem dramatyzmu: – „Azjatyccy ekonomiści uznali Indivar Group za jedną z najbardziej zrównoważonych korporacji w Azji.”
Mia teatralnie wzrusza ramionami.
– Może to błąd? Po co ludziom czas na prywatne sprawy? Na przykład na… zumbę. Jeszcze ktoś wypluje płuca i po pracowniku.
Następnie unosi kieliszek w górę, jakby właśnie miała wygłosić manifest epoki. Rose, Sandra i Emma sięgają po swoje kieliszki. Wendy robi to jako ostatnia.
– Zrozumiałam aluzję – odpowiada, patrząc na Mię.
– Zobaczymy…
Wino powoli znika, kanapki z łososiem zostały zjedzone już dawno. W salonie robi się cieplej – nie od temperatury, ale od śmiechu i kobiecej solidarności. Rozmowa schodzi na temat, który zawsze działa i poprawia humor.
– Co was najbardziej wkurza w waszych facetach? – rzuca Sandra, opierając brodę o dłoń i rozciągając się na sofie.
Emma nie waha się ani chwili.
– Kiedy się nie goli. Nie cierpię jego drapiącej brody – mówi o Robercie z teatralnym obrzydzeniem.
– Przecież on zawsze jest ogolony! – protestuje zaskoczona.
– Bo wie, iż mnie to wkurza.
Dziewczyny chichoczą. Sandra przewraca oczami i poprawia koc, który zsunął jej się z kolan.
– Thomas... – zaczyna i przez chwilę szuka słów. – On non stop chodzi ze słuchawkami. Nie wiem, kiedy naprawdę słucha muzyki, a kiedy ma dźwięk tak ściszony, iż mogę do niego mówić.
– A powiedziałaś mu, iż cię to denerwuje? – pyta Emma z udawaną powagą.
– W sumie… to nie pomyślałam…
Wybucha szczery, ciepły śmiech. choćby twarz Wendy nieco się rozjaśnia, teraz jej kolej.
– Kiedyś – mówi, podciągając nogi pod siebie – to były flanelowe koszule. Wiecie, takie… w kratę. Ale teraz? Chyba nic. – Zastanawia się chwilę. – Tak. Nic.
Mia patrzy na nią podstępnie, a Rose i Sandra klepią ją po ramieniu, jakby właśnie wygrała jakiś kobiecy quiz.
– Dobra, a Rami? – pyta Rose, zerkając na Mię przez brzeg kieliszka.
– Antero…ciągle z każdą flirtuje.
– Myślałam, iż nie bierzesz tego na serio – mówi Emma, z lekkim zdziwieniem. – Że to tylko taka gra.
– Niech sobie flirtuje, a i tak jest mój. – Przez chwilę milknie, patrząc w taflę wina. – Zresztą… ja też czasem to robię.
Po czym robi minę niewinnej dziewczynki przyłapanej z ręką w słoiku ciastek.
Salwę śmiechu przerywa Sandra, która wskazuje na Mię palcem jak sędzia trybunału. Obie wiedzą o tym niewinnym niedawnym flircie Mii z Thomasem.
– A ty co? – zwraca się do Rose. – Co cię wkurza w Ville?
Dziewczyna wzdycha teatralnie i układa włosy na ramieniu.
– Że lepiej wygląda ode mnie.
Zapada niezręczna cisza. Dziewczyny uświadamiają sobie, iż Libertyn faktycznie wygląda lepiej od każdej z nich.
Mia odchrząkuje i wstaje nagle z sofy, jakby właśnie doznała objawienia. Staje wyprostowana, z teatralną manierą unosi podbródek i wygłasza tonem nieznoszącym sprzeciwu:
– To będzie słaby materiał. Najpierw płacz, potem gadanie przy winie… Komentarze pod odcinkiem będą niepochlebne. Znaczy… nie czytam komentarzy, ale i tak – zróbmy coś szalonego.
Rose podnosi brwi wysoko, jak ktoś, kto właśnie usłyszał propozycję nurkowania w przeręblu.
– Ja cię przepraszam, ale… dobrze się czujesz?
Sandra już się śmieje, bezwiednie przyciskając poduszkę do brzucha.
– Co szalonego można zrobić o dwudziestej drugiej?
– Pograjmy w strzelanki – rzuca Mia bez cienia zawahania, już w ruchu. – Rose, rozwijaj ekran. Ja idę po pady. Wendy, gaś tego laptopa. Sandra, popraw włosy.
Wendy unosi wzrok znad klawiatury z miną człowieka, którego właśnie wezwano na front.
– Ale ja właśnie...
Mia jest już w progu. Odwraca się przez ramię, spojrzeniem omiata cały pokój i rzuca z absolutną pewnością siebie:
– Nie pytałam. Gramy.
Rose kręci głową z rozbawieniem. Przez moment wygląda, jak miała coś jeszcze dodać, ale zamiast tego teatralnie zwraca się do jednej z kamer, jakby cała sytuacja była częścią dziwacznego reality show. No tak – przecież jest.
– Tylko nie rzucaj padem. Moja teściowa nie jest w to najlepsza.
W odpowiedzi Mia, nie zatrzymując kroku, celuje w nią dłonią złożoną w pistolet.
– Pif paf. Ostatnie ostrzeżenie.
Salon przygasa jeszcze bardziej, światła przechodzą w tryb nocny, a projektor oświetla ścianę szerokim kadrem. Dziewczyny rozsiadają się z padami, z nogami na poduszkach i kolanach poprzykrywanych kocami.
Mia siada bez zbędnych ceregieli, poprawia koszulę i zakłada słuchawki, jakby właśnie miała odprawić międzynarodową wideokonferencję. Przez moment wpatruje się w ekran z cieniem dezaprobaty – zbyt kolorowe menu, dziwaczna czcionka, absurdalne postacie w kostiumach bojowych. Mimo to przechodzi do samouczka bez słowa, z chłodną precyzją kogoś, kto nie lubi być zaskakiwany.
Jej postać porusza się powoli, ostrożnie, ale z dziwną gracją. Mia klika uważnie, przycisk po przycisku, jakby próbowała rozgryźć układ klawiatury na nowo. Nie szarżuje. Nie strzela bez sensu. Próbuje zrozumieć, co do czego – i dlaczego kamera obraca się tak głupio i przypadkiem upuszcza granat pod swoją postacią kończąc tym samym swoją misję.
Tymczasem Sandra gra jak urodzona strateg – biegnie, kryje się, atakuje, prowadzi grupę. Wendy, wierna swojej metodzie, siedzi w krzakach. Rose przypadkiem „zabija” Emmę, co spotyka się z falą protestów, a ta nie przestaje lamentować, iż „przecież tylko szła za nimi”.
W drugiej rundzie Mia wraca do gry. Nie widać po niej emocji – tylko spokojna, wytrawna analiza. Kiedy wchodzi na otwarty teren, Rose już czai się z trybem snajperskim. Jeden ruch, jeden strzał – i po Mii. Headshot.
Ekran bezwzględnie informuje o eliminacji. Mia zastyga. Patrzy na obraz bez mrugnięcia, jakby rozważała, czy w ogóle warto podejmować kolejną próbę.
Emma, która zna ją najlepiej, instynktownie wyciąga rękę.
– Mamo, oddaj – mówi stanowczo.
– Nienawidzę was!
Odkłada ostrożnie pada na stolik. Wstaje z kanapy, z gracją poprawia włosy, zrzuca słuchawki i odwraca się na pięcie. Jej chód jest spokojny, wyważony, jakby schodziła z teatralnej sceny po zakończeniu aktu. Nie ogląda się za siebie, kiedy znika na schodach.
– Idę spać. Dobranoc.
Kolejne dni bez męskiej części rezydencji mijają wolniej, jakby czas celowo spuścił z tonu. Dziewczyny zajmują się swoimi sprawami: pracują, opiekują się dziećmi, korzystają ze strefy wellness, rozmawiają bez pośpiechu i śmieją się głośniej niż zwykle. Wieczorami znów zasiadają do strzelanek, które — ku ich nieustającemu rozbawieniu — niemal zawsze kończą się spektakularną kapitulacją Mii, rzucającej padem i klnącej pod nosem w trzech językach.
Dla Wendy ten czas nie jest jednak lekki. Waha się długo. Każdego ranka budzi się z tym samym uczuciem ścisku w żołądku — jeszcze niepewna, czy to odwaga, czy zwykły strach przed zmianą. Otwiera laptop, zamyka go. Sięga po telefon, odkłada go na bok. Krąży na granicy decyzji, jakby bała się zrobić krok, po którym nie będzie już odwrotu.
Rozmowy z Rose, Sandrą i Emmą nie są nachalne. Nikt jej nie naciska, nikt nie stawia ultimatum. Są obok — przy kawie, przy kolacji, w drobnych gestach i krótkich zdaniach rzucanych mimochodem. To wystarcza. Wendy zaczyna powoli wierzyć, iż nie musi wszystkiego dźwigać sama.
Największe znaczenie ma jednak Mia. Wendy obserwuje ją uważnie — jej spokój, sposób mówienia, tę bezbłędną umiejętność odróżniania rzeczy ważnych od pilnych. Widzi kobietę, która dowodzi imperium, a mimo to potrafi zamknąć laptop, pójść na zumbę i wieczorem usiąść z kieliszkiem wina, bez poczucia winy. To wystarcza, by coś w dziewczynie pękło — i ułożyło się na nowo.
Decyzja nie przychodzi z hukiem. Jest cicha, niemal niezauważalna. Wendy zaczyna porządkować sprawy. Przekazuje obowiązki kolegom i koleżance z zespołu, zamyka projekty, wysyła raporty, kończy formalności. Kiedy były szef próbuje jeszcze raz wzbudzić w niej poczucie winy, zrzucić na nią ciężar własnej frustracji, ona odpowiada krótko i rzeczowo. Bez tłumaczeń. Bez emocji. Bez użalania się. To już nie jej sprawa.
Niedługo później, w nocy do rezydencji wracają chłopcy. Paul i Robert, nie chcąc budzić swoich dziewczyn ani dzieci, cicho rozkładają się w pokoju gościnnym – zobaczą się z rodzinami dopiero rano. Rami, Ville i Thomas wspinają się na górę. Mijają salon, w którym piętrzą się porozrzucane poduszki, kieliszki i pady porzucone jak po wojnie.
Rami przystaje i rozgląda się z udawaną powagą.
– Zdaje się, iż myszy harcują – mówi sucho, po czym cała trójka rozchodzi się do swoich pokoi.
Libertyn wchodzi do sypialni. Rose jeszcze nie śpi – siedzi przed laptopem z miną kogoś, kto właśnie wykonał coś trudnego, ale satysfakcjonującego. Spogląda na niego z tym tajemniczym uśmiechem, który oznacza jedno: ,koniec na dziś. Gdy tylko ich oczy się spotykają, wyłącza komputer i przeciąga się z wdziękiem. Wstaje, zbliża się do niego, sunąc cicho na boso po podłodze – jej talia kołysze się zmysłowo pod czarną satynową koszulą nocną.
– Libertini, wyglądasz ponętnie – rzuca Ville z przekornym błyskiem w oku i teatralnie przełyka ślinę.
– Czekałam na ciebie, mój ukochany Vivaanie – odpowiada Rose, oplatając mu szyję ramionami i całując go namiętnie.
Chłopak nie protestuje. Wręcz przeciwnie – odwzajemnia pocałunek, a gdy ich usta rozdzielają się na chwilę, szepcze z czułością:
– Marzę o kąpieli. Może zdejmiesz tę koszulkę i dołączysz do mnie?
Rose tylko się uśmiecha i prowadzi go za rękę do łazienki. Odkręca wodę, wlewa do wanny płyn o zapachu jagód, tworząc miękką pianę. Bez słów zrzucają z siebie ubrania. Gdy zanurzają się razem w ciepłej wodzie, przytulają się do siebie i całują – bez pośpiechu, bez słów.
W niedzielne przedpołudnie dom powoli budzi się do życia. Dzieci są już dawno na nogach – Emma ubiera i karmi małego Roba, Wendy ogarnia bliźniaki, a potem z niebywałą precyzją nakłada sobie makijaż. Amidala siedzi w salonie z książką przygodową, ignorując biegające wokół niej młodsze dzieciaki.
Kiedy na dół schodzą chłopcy, dom w jednej chwili eksploduje radością. Mały Rob skacze ojcu na szyję, potykając się po drodze o własne stopy. Ami wstaje z kanapy i przytula się do Villego, który lekko podnosi ją w górę i kręci się z nią dookoła. Bliźniaki rzucają się na Paula z dzikim wrzaskiem, jakby ojciec był trampoliną. Znowu jest gwarno, chaotycznie i szczęśliwie. W kuchni rozpoczyna się wspólne śniadanie. Zapach kawy miesza się z opowieściami o norweskich fiordach, lodowcach i akrobatycznych ujęciach kręconych nad przepaściami. Chłopcy opowiadają z ogniem w oczach o nagraniach do teledysku The Ball of Hidden Faces. Ville od rana kicha i co chwilę wyciąga chusteczkę.
– Nie mów znowu, iż będziesz chory… – rzuca Rose z uśmiechem.
– Chyba będę musiał poleżeć w łóżku… – odpowiada Ville, teatralnie przeciągając samogłoski.
Rose przewraca oczami, ale podaje mu kolejną chusteczkę, tym razem z paczki w kolorowe kotki.
– A może… mały meczyk siatkówki? – proponuje Ville, głośno dmuchając nos.
Temat zostaje gwałtownie podchwycony, Rose natychmiast biegnie po kamery i statywy, przecież mecz u Rianów to coś, czego widzowie Liberty Fade Life nie mogą przegapić.
Cała ekipa przenosi się do sali gimnastycznej, natychmiast zabiegają o Libertyna – wiedzą, iż kocha siatkówkę i potrafi zaskakiwać zagrywkami, których nie powstydziłby się zawodowiec. Po krótkiej dyskusji ustalają skład: mężczyźni kontra kobiety… z jednym wyjątkiem.
– Zamieniam się z Emmą – ogłasza Ville i przechodzi na stronę dziewczyn.
– Zdrada! – krzyczy Robert teatralnie.
– Strategia – poprawia go Mia i zakłada opaskę na włosy z takim zacięciem, jakby szła na wojnę.
Mecz rusza z impetem. Piłka śmiga nad siatką, Sandra rzuca się z krzykiem do przodu, by uratować piłkę przy ziemi, Wendy gubi spinkę, ale nie przerywa biegu. Mia wykonuje serię precyzyjnych bloków – gra jak maszyna, a przy każdym zdobytym punkcie podnosi rękę do góry z lodowatą satysfakcją. Rami natomiast co chwilę podśpiewuje coś pod nosem.
Dzieci kibicują z boku. Ami gwiżdże, mały Rob klaszcze zawzięcie, a bliźniaki co chwilę chcą wejść na boisko. Rose śmieje się do łez, kiedy Thomas zderza się z Ramim przy próbie bloku. Po czterdziestu minutach walki, dyskusji kto zawinił i rzucania się po podłodze, kobieca drużyna – wspierana przez Villego – wygrywa mecz przewagą jednego punktu. Wszyscy schodzą z boiska zmęczeni, spoceni i roześmiani, komentując rozegrany właśnie mecz. Thomas leży rozciągnięty na podłodze, Sandra rozciera łokieć, a Mia dyskutuje z Ramim o „słabościach męskiej taktyki”. Wśród ogólnego rozgardiaszu Wendy łapie Paula za rękę. Jej oczy błyszczą, ale jest w tym coś poważnego.
– Musimy pogadać – mówi cicho, ale stanowczo.
Uśmiech znika z twarzy Paula. Napina ramiona, jakby szykował się na coś trudnego. Przez ostatnie tygodnie między nimi istniała dziwna cisza – żadne z nich nie mówiło tego na głos, ale oboje czuli, iż coś się zbliża.
Wendy nie zwleka.
– Przez jakiś czas będziesz musiał mnie utrzymywać – mówi spokojnie, ale bez zawahania.
Paul otwiera usta, mruga, wpatruje się w dziewczynę, a potem oboje pochylają się do siebie, szepcząc przez chwilę. W końcu chłopak siada na ławce i chowa twarz w dłoniach. Milczy. Wszyscy wokół zaczynają zerkać ukradkiem, czując, iż dzieje się coś istotnego.
Wtedy Wendy podchodzi do ławki, staje na niej i klaszcze kilka razy, żeby zwrócić na siebie uwagę.
– Od dziś jestem oficjalnie kurą domową – oznajmia, unosząc ręce do góry w geście zwycięstwa. – A przynajmniej przez jakiś czas.
– Tak, z dużym domem na wsi, nianią i gosposią – wtrąca Sandra. – Nie przepracuj się specjalnie…
Wywołuje to salwę śmiechu. Wendy również chichocze, zakrywa twarz dłońmi, jakby naprawdę nie wierzyła, iż to powiedziała na głos.
Paul wstaje powoli, przeciąga się teatralnie, po czym całuje Emmę, Sandrę i Rose w policzek – bo właśnie usłyszał najlepszą wiadomość, na którą czekał od dawna. Podchodzi do Mii i bez słowa przytula ją z całej siły. Ona stoi zaskoczona, nie bardzo wiedząc, co się dzieje. Zresztą nie tylko ona – reszta domowników też nie rozumie tej nagłej euforii.
Ville już wstaje z podłogi, podchwytując temat z entuzjazmem:
– Skoro Wendy nie musi siadać do maili od klientów… to może jeszcze jeden meczyk?
Odpowiedź jest natychmiastowa. Wszyscy znów podrywają się do gry – ktoś przynosi nową piłkę, ktoś inny zmienia skarpetki. W świetnych humorach wracają na swoje miejsca na boisku.
Wieczór zbliża się powoli, a to oznacza tylko jedno: czas usiąść razem przed ekranem projektora i obejrzeć kolejny odcinek Liberty Fade Life, który po raz pierwszy zagląda za kulisy życia zespołu – poza sceną, poza trasą, bez filtrów.
Robert właśnie schodzi z góry z triumfalną miną, unosząc kciuk w górę.
– Padł w pięć sekund – ogłasza, mając na myśli małego Roba.
Wendy dopija ostatni łyk herbaty i przeciąga się ze zmęczeniem.
– Idę zmienić Paula na polu walki – rzuca z uśmiechem i znika na schodach, by pomóc przy bliźniakach, które właśnie przechodzą w tryb nocnej furii.
Dziewczyna cicho uchyla drzwi do dziecięcego pokoju, trzymając w dłoni książkę — Przygody Krecika i Tygryska. To już kolejny raz w ostatnich dniach, kiedy sama usypia bliźniaki. Jeszcze niedawno wydawało się to luksusem, na który nie mogła sobie pozwolić. Zawsze było coś do zrobienia, coś do dokończenia. Ale teraz... nie musi odbierać telefonów w środku kolacji ani pisać raportów po nocach. Rzuciła pracę. I zaczyna oddychać.
Dzieci już ją wypatrują, wyciągając rączki spod kocyka. Ich twarzyczki rozjaśniają się na widok mamy. Choć zdążyli się już przyzwyczaić do tych wieczornych chwil, wciąż traktują je jak małe święto. Wendy siada między nimi, otula dzieci ramionami i otwiera książkę. Zna te opowieści niemal na pamięć, ale to w niczym nie przeszkadza. Czyta spokojnym, rytmicznym głosem, akcentując znajome zwroty, robiąc te same pauzy, które maluchy już przewidują. Melissa uśmiecha się przy ulubionej scenie, a Peter powtarza końcowe zdanie, zanim Wendy zdąży je wypowiedzieć. Potem odkłada książkę i zaczyna nucić cicho kołysankę po japońsku. Melodia płynie miękko jak sen, łagodnie zamykając dzień. Gdy dzieci przymykają oczy, pochyla się, by pocałować je w czoło. Sprawdza jeszcze ustawienie kamerki w elektronicznej niani, gasi światło i wychodzi cicho, zostawiając za sobą pokój pełen ciepła i spokoju.





