Pewnego dnia, gdy Halina Stanisławowa wracala do domu, usłyszała za sobą wołanie sąsiada.
— Halina Stanisławowa! Proszę chwilę zaczekać! — krzyczał Piotr Janowicz, podbiegając zdyszany. — Musimy porozmawiać!
— Nie mam czasu, Piotrze Janowiczu, muszę odebrać córkę z przedszkola — odpowiedziała, próbując go wyminąć.
— To poczeka. Sprawa jest ważna, dotyczy twojego męża, Andrzeja Kazimierza — powiedział sąsiad, patrząc na nią z dziwnym błyskiem w oku. — Wiesz, gdzie był wczoraj?
Halina znieruchomiała.
— Oczywiście. Na działce. Pielił marchew.
— Na działce? — zaśmiał się Piotr Janowicz. — Ciekawe, bo widziałem go koło trzeciej na ulicy Krakowskiej, pod apteką „Pod Orłem”. Z jakąś kobietą rozmawiali bardzo… blisko.
Słowa uderzyły Halinę jak obuchem. Andrzej faktycznie wyjechał wcześnie rano, mówiąc, iż wróci na kolację. Wieczorem był zmęczony, brudny, narzekał na bolące plecy.
— Myli się pan — odparła cicho.
— Myli? — sąsiad wyciągnął telefon. — Mam choćby zdjęcie. Niewyraźne, ale to on.
Halina nie chciała patrzeć, ale jej wzrok i tak powędrował w stronę ekranu. Sylwetka rzeczywiście przypominała męża.
— Kim jest ta kobieta? — szepnęła.
— Tego nie wiem, ale się dowiem. Mam znajomych wszędzie — odparł, chowając telefon. — Nie martw się za bardzo. Mężczyźni bywają słabi. Może to nic poważnego.
Halina odwróciła się i weszła do klatki, czując, jak drżą jej nogi. Za plecami usłyszała zadowolony głos:
— Jak coś się dowiem, od razu pani powiem! Jesteśmy przecież sąsiadami!
W domu długo siedziała w kuchni, wpatrując się w okno. Czterdzieści lat małżeństwa. Dwoje dzieci, wnuki. Czy naprawdę teraz, na stare lata, zaczęły się takie głupoty?
Andrzej wrócił o zwykłej porze, pocałował ją w policzek, umył ręce i zasiadł do kolacji.
— Jak tam na działce? — spytała, obserwując go uważnie.
— Normalnie. Marchew, pietruszka. Plecy bolą. Jutro znów jadę, trzeba plewić.
— A do miasta nie wstępowałeś? Do apteki po maść?
— Po co? Wszystko mam ze sobą.
Halina odwróciła się do kuchenni. Albo kłamie znakomicie, albo sąsiad się pomylił. Ale zdjęcie…
— Andrzeju, widziałeś dziś Piotra Janowicza?
— W windzie rano. Dziwny się zrobił, wypytuje, dokąd jadę. Jak śledczy.
Noc była bezsenna.
Nazajutrz Andrzej znów wyjechał. Ledwie zdążył odejść, gdy zadzwonił sąsiad.
— Halina Stanisławowa, mam nowe wieści.
Wszedł do kuchni, zadowolony z siebie.
— Kobieta nazywa się Ludwika Marcinowa Kowalska. Pracuje w przychodni przy ulicy Leśnej. Wdowa. Poznali się pół roku temu u lekarza.
— Skąd pan to wie?
— Moja żona ma kuzynkę w rejestracji. Mówi, iż często ich widuje. A twój mąż chodzi do kardiologa co tydzień. Wiedziałaś?
Halina zbladła. Andrzej nigdy nie narzekał na serce.
— Nie.
— No właśnie! Ukrywa. A dlaczego, jeżeli nie ma się czego wstydzić? — Sąsiad wstał. — Radziłbym go śledzić.
Po jego wyjściu Halina rozpłakała się. Czterdzieści lat zaufania, a teraz te wątpliwości…
Wieczorem Andrzej wrócił z rybą. Opowiadał o połowie, jak zawsze spokojny, swojski.
— Andrzeju… — zaczęła niepewnie. — Byłeś ostatnio u lekarza?
Zamarł z nożem w ręce.
— Dlaczego pytasz?
— Tylko tak… W naszym wieku trzeba dbać o zdrowie.
— Wszystko w porządku.
Następnego dnia poszła za nim. Stanęła naprzeciw przychodni, nerwowo ściskając gazetę.
Andrzej pojawił się przed południem. Weszli z kobietą w białym kitlu do środka.
Czekała godzinę. Gdy wyszli, kobieta coś notowała, podała mu kartkę.
Halina podeszła do ochroniarza.
— Ta pani w bieli… To nie Ludwika Marcinowa?
— Kowalska? Tak, to ona. Pracuje u kardiologa.
W domu nie mogła usiedzieć w miejscu.
Andrzej wrócił zmęczony.
— Andrzeju… Piotr Janowicz mówił…
Mąż położył widelec i westchnął.
— Serce. Trzy miesiące temu złapało mnie na działce. Myślałem, iż koniec. Lekarz mówi, iż trzeba leczyć. Może być operacja.
— Dlaczego mi nie powiedziałeś?
— Nie chciałem cię martwić.
— Głupi jesteś! — objęła go mocno. — A sąsiad twierdził, iż masz romans z tą pielęgniarką.
Andrzej parsknął śmiechem.
— Z Ludwiką? Ona mogłaby być moją matką! Tylko mi tłumaczy, jak brać leki.
— Ja ci uwierzyłam… choćby cię śledziłam.
— I co zobaczyłaś?
— Że rozmawiacie.
— Dietę mi przepisywała. — Wyciągnął kartkę. — Patrz.
Halina przeczytała zalecenia: mniej soli, tłuszczu, więcej warzyw.
— Przepraszam cię.
— Już dobrze. Rozumiem. — Mąż objął ją. — Ale z tym sąsiadem trzeba coś zrobić. Za bardzo wścibski.
Tydzień później Piotr Janowicz znów się pojawił.
— No i co, Halina Stanisławowa? Rozmówiliście się?
— Tak. Dziękuję za troskę.
— I? — oczy mu błyszczały.
— Mój mąż rzeczywiście się z nią spotyka.
— Aha! Wiedziałem!
— Tylko iż to pielęgniarka kardiologa. Bo on leczy serce.
Twarz sąsiada spochmurniała.
— Jak to?
— Chodzi do lekarza. A pan chciał robić dramat. Może następnym razem lepiej sprawdzić fakty?
Piotr Janowicz wyszedł dość zawstydzony.
Andrzej śmiał się wieczorem.
— Może teraz da nam spokój.
— A może się wyprowadzimy?
— Nie warto. Niech on się martwi swoimi sprawami.
Minęło pół roku. Lekarz powiedział, iż stan się poprawił. Ludwika stała się niemal przyjaciółką rodziny.
Halina zrozumiała jedno: niektórzy wiedzą więcej, niż powinni, ale nie zawsze rozumieją, co widzą. A rodzinne tajemnice powinny zostać w rodzinie.