Poniedziałek, 28 czerwca
Stoję przed lustrem w białej sukni i wciąż nie mogę uwierzyć, iż wszystko potoczyło się właśnie tak. Suknia leży doskonale – mama trzy tygodnie dopasowywała każdą fałdę, każdą cekinę. A teraz to piękno wisi na mnie jak całun.
– Kingo, gotowa jesteś? – zajrzała do pokoju ciocia Genia, przyjaciółka mamy. – Goście już się zbierają, karety podjechały.
– Gotowa – skłamałam, poprawiając welon. – Ciociu, może jednak odwołamy? Jakoś to wszystko nie tak…
– Co ty wygadujesz, dziecko! – załamała ręce. – Twoja mama tyle sił włożyła, pieniędzy wydała! I goście wszyscy przyjechali, stół zastawiony. A twój Krzysiek… – ciocia Genia pokręciła głową. – Sam sobie winien. Nie miał po co w ostatniej chwili uciekać!
Mama weszła z oczami czerwonymi od płaczu, ale z twardym wyrazem twarzy.
– Koniec, Kinga! Dość marudzenia! – powiedziała stanowczo. – Nie pozwolę temu głupcowi zepsuć nam święta. Zrobimy wesele i niech cały Kraków widzi, jaką mam piękną córkę!
– Mamo, ale to absurdalne! Wesele bez pana młodego! Co ludzie powiedzą?
– A co mają powiedzieć? – Mama podeszła, poprawiła mi kolczyki. – Powiedzą, iż Helena Nowakowska jest dzielna, iż nie siedziała w domu szlochając, tylko pokazała wszystkim, iż jej córka zasługuje na najlepsze! Otóż to!
Westchnęłam. Mama była w swoim stylu – gdy coś postanowiła, przekonać jej nie sposób. Zdecydowała jeszcze wczoraj wieczorem, gdy Krzysiek zadzwonił i oznajmił, iż nie jest gotowy na życie rodzinne.
– Mamo, wyobraź sobie, jaka kompromitacja! – spróbowałam jeszcze raz.
– Kompromitacją jest, gdy dziewczyna czeka całe życie na niegodziwego faceta! – Mama odwróciła się do drzwi. – My pokażemy, iż potrafimy żyć i bez niego! Koniec rozmów. Idziemy!
W sali zebrało się już ze czterdzieści osób. Rodzina, sąsiedzi, koledzy mamy z pracy. Wszyscy szeptali między sobą, rzucając współczujące spojrzenia. Czułam się jak w teatrze absurdu.
– Ojej, Kingo, ależ tyś piękna! – podbiegła kuzynka Ola. – A gdzie… no wiesz… jak sprawy?
– Jak widzisz – odparłam oschle.
Mama weszła na niewielkie podwyższenie, gdzie zwykle grają muzycy, i zastukała łyżeczką w kieliszek.
– Kochani! – zaczęła. – Dziś dzień szczególny. Córka moja Kinga wychodzi za mąż… za swoje nowe życie! Za wolność od niegodnych ludzi! Za prawo do szczęścia!
W sali zapadła cisza. Ktoś zakrztusił się niezręcznie.
– Helenko, tyś chyba zmysły postradała? – szepnęła cioteczka mama, ciocia Nina.
– Przeciwnie, po raz pierwszy do nich powracam! – odparła mama. – Kinga, chodź tu do mnie!
Niechętnie podeszłam. Objęła mnie za ramiona.
– Oto ona, moja piękność! Mądra, dobra, złote rączki ma! A ten… jak go tam on… Krzysiek, jej nie wart! I niech wszyscy wiedzą – nie płaczemy, świętujemy!
– Mamo, przestań – syknęłam przez zęby.
– Nie przestanę! – Mama uniosła kieliszek. – Za moją córkę! Za to, iż w porę pojęła, z kim wiązać życia nie warto!
Goście niepewnie podnieśli kieliszki. Ktoś bąknął: „Za Kingę”, ktoś inny po prostu łyknął w milczeniu.
– A teraz zasiadamy do stołu! – ogłosiła mama. – Bawmy się!
Usiadłam na swoim miejscu na czele stołu. Obok stał pusty fotel, przystrojony wstążeczkami – miejsce pana młodego. Widok był żałosny.
– Słuchaj, może ten fotel schowamy? – zaproponowała ciocia Genia.
– Ani mowy! – ucinała mama. – Niech każdy zobaczy, kogo tu brakuje! I niech wyciągnie wnioski!
Podano sałatki. Goście jedli w ciszy, rzucając się czasem nic nieznaczącymi uwagami. Atmosfera była napięta jak struna.
– Czemu tacy posępni? – wstała mama. – Kinga, opowiedz, o coście się z Krzysiem pokłócili!
– Mamo, nie trzeba! – jęknęłam.
– Trzeba! – naciskała Helena Nowakowska. – Niech prawdę poznają!
Spojrzałam na pełną ludzi salę, na ich interesujące i współczujące twarze. Nagle coś we mnie pękło.
– Dobrze – powiedziałam, podnosząc się. – Opowiem. Krzysiek wczoraj zadzwonił i oznajmił, iż się rozmyślił. Rzekł, iż nie gotów brać na barki odpowiedzialności, iż jeszcze dla siebie pożyć musi. A my trzy lata ze sobą byliśmy! Trzy lata czekałam na oświadczyny, życie nasze planowałam, o dzieciach marzyłam!
W sali zrobi
Stałam przed lustrem w tym śnieżnobiałym kreacji, wciąż nie mogąc uwierzyć w to szaleństwo, ale czując w sercu dziwną ulgę, gdy ostatni goście wyszli, a mama z uśmiechem spytała: „No i co, żałujesz?”. Włożyłam suknię głęboko gdzieś z tyłu szafy, nie jako symbol straconych marzeń, ale jako obietnicę lepszego jutra, które przyjdzie, może za jakiś czas, ale na pewno przyjdzie.