SPOŹNIONE ŻALY SERCA.

newsempire24.com 16 godzin temu

Spóźnione wyrzeczenie

– Bronisławo, czy to ty? zatrzymała się młoda kobieta i odwróciła głowę w stronę znanego głosu.
– Weroniko? Ileż nas nie widziało? Siedem lat, może osiem? odpowiedziała Lidia z radością.
– Dziewięć lat, kochana, dziewięć. Czas jednak ucieka jak wiatr, nie zdążysz mrugnąć, a już stajesz się starą i roszczeniową ciocią z górami papierków w kieszeni przymrużyła lewym okiem Wera, podnosząc brew. A pamiętasz, jak razem rozpalaliśmy ogień? W szkole zawsze zajmowaliśmy te same ławki. Nie bez powodu zyskaliśmy przydomek bliźniaki syjamskie? Czy nie błagaliśmy rodziców o identyczne sukienki, tornistry i dzienniki?
– Oczywiście, iż pamiętam! A jak pomalowałyśmy ścianę w toalecie na pierwszym piętrze w szkole podstawowej? Musiałyśmy później zmywać naszą farbę. Lidia z uśmiechem przyglądała się strojowi szkolnej przyjaciółki. Widzisz, nigdy nie zostaniesz starą chrapliwą babcią, co narzeka na młode pokolenie i krzyczy, iż to były lepsze czasy. Ale jakaś z nas już rozkwitła! dodała, ukrywając zachwyt.
– No więc, Lidio, przyjechałam na kilka dni do rodziców, bo mąż jest w delegacji. Dziś wieczorem czekam na ciebie w gościńcu. Nie odmawiaj, proszę. Mam nadzieję, iż nie wymazałaś adresu ich domu z pamięci? objęła Lidię, poprawiając kosmyk włosów.
– Nie, Weroniko, adres wciąż mam w sercu. Jak mógłabym zapomnieć dom, w którym zawsze byli tak gościnni? Mieszkanie, które prawie spłonęło, kiedy eksperymentowałyśmy w kuchni? I te pierogi z wiśniami, które zawsze się przypalały, bo nie znałyśmy sztuki kulinarnej. Sok z dojrzałych wiśni wyciskał się, a pierogi przypominały węgiel.

Szkolne przyjaciółki na chwilę zamilkły, wspominając zabawne perypetie z dzieciństwa.

– Oczywiście przyjdę przerwała Lidia ciszę. A twój ulubiony tort Napoleon? Smaki się nie zmieniły? A jakie wino dziś wolisz? Mam nadzieję, iż nie będziemy znów degustować taniej flaszy, jak w jedenastym klasie, kiedy po trzech dniach mdłością nas dręczyło i lekcje omijałyśmy.
– Teraz wolę Rondo. Nie kupuj wina właśnie przyniosłam butelkę na tę okazję odpowiedziała Wera, spoglądając na zegarek.
– Zapisane, Wera.

– Moich rodziców bardzo ucieszy wasza wizyta, wspominali o tobie wczoraj. Porozmawiamy do woli wymamrotała, po czym pośpieszyła w swój obowiązek. Nie zapomnij o siedemnastej! dodała, odchodząc.

Lidia ruszyła do supermarketu po tort, myśląc o prośbach domowników. Mieszkał tam Mikołaj z dziećmi, a ona z nimi dogada się bez problemu, ale pamięć? Czasem zdawało się, iż fragmenty przeszłości uciekły w nieznane cóż, może tak lepiej.

– Proszę, przejdź zawołała w korytarzu Ludmiła Kowalska, wpuszczając Lidię do salonu.

Stół przez cały czas przykryty białą batisteczną serwetą, połamany serwetki i mosiężne sztućce przywoływały smak dziecięcych lat. Na szafce stał niemiecki zestaw herbaciany Madonna, stały jakby od zawsze. Wszystko to przypominało Lidii, jak szczęśliwe były jej młode lata. Marzyła, by znów z Weroniką być beztroskimi wesołami, które wieczorami na rozkładanym sofie plotą o chłopakach. Przy tym samym stole przygotowywały się do egzaminów, rysowały hiperbole i równoległościany, pisały wypracowania, podglądając się wzajemnie w zeszytach.

Uśmiechnięta gościna podała rękę Piotrowi Sławomirowi, który nazwał ją pięknością i, ku wielkiemu zakłopotaniu Lidi, pocałował jej dłoń. Po krótkiej rozmowie o dzieciach, kieliszku wina i kawałku tortu, para odchodząc, zostawiła dziewczyny same.

– Delikatność i taktowność to znak rodziców Wery pomyślała Lidia.

– Wreszcie możemy spokojnie pogadać, jak dawniej odparła Wera, stawiając na stole kieliszek z nieukończonym winem.

– Przeprowadziliśmy się do stolicy trzy lata temu, kupiliśmy mieszkanie. Mąż jest prawnikiem w prywatnej kancelarii, a ja uczę matematyki w szkole podstawowej. Syn, Janek, jest już w drugiej klasie. Teraz go odwiedzają rodzice Ryszarda. powiedziała Lidia.

– Ja jestem tylko skromną gospodynią, ale sprzątam trzy razy w tygodniu w domach bogatych ludzi. Mikołaj, mój mąż, jest maszynistą elektrycznego pociągu. Dzieci Szymek ma sześć, a Zosia pięć chodzą do przedszkola i uczęszczają na zajęcia taneczne w Domu Kultury. odparła Lidia.

– Pamiętasz, jak marzyłyśmy o pilotach i studiach przy lotniskach? zaśmiała się Wera.

– A wtedy trzejdziestoletnich facetów uważaliśmy za staruszków i omijaliśmy ich dziesiątą aleją? podtrzymała Lidia.

– To były złote czasy! Marzenia wielkie jak niebo, wiara w sukces. Potem musiałyśmy zdjąć różowe okulary. Nie każdy, kto ma siedem łokci na czole, zostaje wciąż na szczycie zauważyła Wera.

– Weroniko, nie wspomniałaś mi o najważniejszym widziałaś już Andrzeja? Rozmawialiście? pytała Lidia, patrząc w niebieskie oczy przyjaciółki.

– Nie szukam przy nim spotkań, a on sam nie podchodzi. Spotykamy się przypadkiem, jak dwie obce sobie osoby odpowiedziała Wera.

– Nie chcę już tej tematyki, pamięć o tamtych latach jest mglista. odrzekła Lidia.

Rozmowa przerodziła się w ciszę, a Lidia zbierała się do wyjścia.

W taksówce, niespodziewanie, zaczęła przywoływać rzeczy, które jej umysł długo ukrywał. Serce przyspieszyło, oddech stał się płytki, policzki zarumieniły się, a palce zamarzły niczym lód.

– Czy coś pani dolega? zapytał kierowca.

– Czy mógłby pan pośpieszyć? Muszę natychmiast do domu poprosiła.

W dwudziestu minutach drogi Lidia zebrała rozproszone fragmenty wspomnień. Widziała swój pokój dziecięcy, ściany ozdobione zdjęciami aktorów wyciętymi z modnych magazynów, fortepian z porcelanowymi lalkami w baletkach i otwartą książkę, której tytuł był niewidoczny.

Siedząc na łóżku, precyzyjnymi nożyczkami rozcinała białą suknię ślubną, rozrzucając rozbłyskujące kryształki po podłodze. Fata została pocięta w wąskie paski, a kwiatki wyrzucono. Obuwie rozmontowano, a flakon perfum roztrzaskano młotkiem. Pokój wypełnił zapach cynamonu, rozmarynu i subtelny aromat jaśminu.

Nagły blask przyciągnął jej wzrok do małej, aksamitnej szkatułki. Bez namysłu chwyciła ją i wyjęła dwa złote obrączki z napisem na zawsze. Pobrała topór z piwnicy i kilkoma ciosami zamieniła je w płaską kupkę żółtego metalu.

Następnie wzięła nożyczki i z rozdzierania włosów odcięła pasma jasnych kosmyków. Przestraszyła ją matka, wchodząc do pokoju.

– Nie będzie ślubu. Najlepszym rozwiązaniem będzie rozstanie usłyszała w telefonie trzy dni przed ceremonią słowa Andrzeja.

Co potem? Lidia nie potrafiła odpowiedzieć.

Wychodząc z samochodu przy swoim bloku, ujrzała ciemną sylwetkę mężczyzny.

– Czy to może być… Andrzej? zastanawiała się, widząc dwie nieoczekiwane spotkania w jeden dzień.

– Dobry wieczór, Lidio! Nie odrzucaj mnie, proszę, posłuchaj! odezwał się głos przeszłości.

– Nie mogę powiedzieć, iż cieszę się z twojego powrotu, Andrzeju, ale masz pięć minut odrzekła zimno, ale z nutą współczucia. Każdy zasługuje na ostatnie słowo.

Światło latarni ukazywało, iż Andrzej nerwowo drży.

– Lidio! Przepraszam Zbyt wiele żałuję. Byłem wtedy jak dzieciak, przerażony. Miałem dwudziestokilka lat, a ty dwadzieścia. Mój poprzedni żonaty los był nieudany, zdrada raniła mnie. Nie chciałem, byś mnie zostawiła, bo byłaś tak niewinna. Kocham cię i wciąż kocham. Zachowałem się jak tchórz. wyznał.

Podszedł bliżej i delikatnie wziął jej dłonie.

– Nie rób tego przerwała Lidia, traciąc część przydzielonego czasu.

– Wczoraj rozmawiałem z Weroniką. Wyjawiłem jej wszystko i poprosiłem, by przekazała ci, iż wciąż mnie kochasz. odpowiedział.

– Minus jedna mruknęła Lidia.

– Co powiedziałaś? zapytał.

– Minus ona, przyjaciółka. Nie spodziewałam się takiej zdrady od Wery. Nie masz szans odrzuciła go.

– Poczekaj, nie skończyłem. Tego dnia po rozmowie pojechałem w góry i wyłączyłem telefon. dodał.

Andrzej dotknął jej lewego przedramienia, ale Lidia wstrząsnęła ręką.

– Nie śmiiej! zadrżał jej głos.

W głowie wirują obrazy jak w kalejdoskopie, a brakujące elementy dopasowują się. Pamięć wraca.

– Twoi rodzice i brat grozili mi, iż nie dam ci rady Obiecałem, iż zniknę z twojego życia kontynuował.

– Stałem przy twoim łóżku, kiedy leżałaś pod kroplówkami w szpitalu. Dwie tygodnie w intensywnej terapii. Nie wiem, dlaczego to zrobiłeś. To moja wina przyznał.

Noc była cicha, jedynie bzyczały komary i skaczące koniki.

Nagle usłyszała trzask drzwi łazienki. Znalezła się w wannie pełnej gorącej wody, krwią przesiąkniętej. Ręka, przecięta żyletką, wypływała jak rzeka. Zasnęła, zamykając oczy.

Głośny krzyk wyrwał ją z drzemki. Na twarzy ojca pojawił się przerażony wyraz, a włosy popielate.

– Córeczko! Co zrobiłaś!

Wspomniała szpitalny sufit, biały, szukając czegoś, ale nie mogła znaleźć. Ręka bolała, ale najgłębiej bolała dusza.

Po trzech i pół miesiącu leczenia powróciła do domu pod pierwszym śniegiem, trzymając się rodziców. Ręka przestała boleć, ale część Lidia już nie żyła.

Wiedząc, iż ból serca jest prawdziwy, zrozumiała, iż niektóre wspomnienia i wiedza zostały wymazane przez leki, które znieczuliły jej ciało, ale nie mogą przywrócić dawnej radości.

Lata później, pracując kasjerką w hipermarkecie, poznała Michała. Jego miłość wyleczyła jej rany i znów poczuła chęć do życia. Wzięli ślub i zaczęli budować spokojne życie.

Jednak cień przeszłości nie pozwalał całkowicie zasłonić nieba.

– Poczekaj chwilę, zaraz wracam rzekła Lidia do Andrzeja i wbiegła do klatki.

Otworzyła drzwi do komory i na najdalniejszej półce znalazła zakurzoną szkatułkę.

– Trzymaj podała Andrzejowi starą puszkę, którą znalazła pod wanną po przeprowadzce rodziców. To wszystko, co pozostało z twojej niekończącej się miłości. Niech zostanie z tobą na zawsze.

Andrzej otworzył ją. Na dnie leżały dwa połamane pierścienie. W jego głowie zabrzmiała stara melodia:

– Obrączka, nie zwykła ozdoba, połączenie dwóch serc, jedność

Trzymając w dłoni resztki dawnego szczęścia, stał jeszcze długo pod bladym latarniowym światłem, patrząc w noc, której cienie zdawały się ciągnąć ku przeszłości.

Idź do oryginalnego materiału